Autor Wątek: Wielka Wojna  (Przeczytany 15873 razy)

Offline The_Reaver

  • Heartless Engineer
  • Redaktor
  • *********
  • Wiadomości: 2086
  • Dark Keyblade Master
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #20 dnia: Styczeń 17, 2006, 06:26:04 pm »
Cytuj
chyba nadeszła konkurencja dla W_w i Tanta.....
Indeed. Do roboty chłopaki, bo zostaniesie w tyle.
I'm in Space!

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #21 dnia: Styczeń 17, 2006, 08:20:03 pm »
Miło.... tak, miło się czyta i miło, że w ai miły sposób wdrażasz czytelników w realia tego mało miłego świata. Jak zwykle stwierdzam, że czyta się bardzo fajnie i jak zwykle czekam na następny rozdział.....
No i wresazcie mam motywację, żeby na bardzo poważnie wziąć się do pisania :F
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #22 dnia: Styczeń 18, 2006, 04:49:50 pm »
Miło mi, że ci miło :shifty: A moje zdanie o Twoim pisaniu wyraziłem przy "Przeklętym"... Powiem tylko, że mógłbym się od Ciebie uczyć. Ponownie dziękuję wam wszystkim za komentarze. To wy powodujecie, że dalej to zamieszczam i wiem, że mój wysiłek w to włożony nie poszedł na marne. Dziś, z okazji 2 z 3 zaliczeń na studiach dodaję następny fragment :) Życzę miłej lektury.

Sala Narodzenia brała swą nazwę od zdobiących ją witraży i malowideł. Każde przedstawia inny etap tworzenia Dominium. Każde z bóstw miało swój osobny rozdział, choć najwięcej miejsca poświęcono Gavrielowi, ze zrozumiałych powodów. Oczywiście sceny te były efektem działania wyobraźni ich twórcy, a nie odzwierciedleniem prawdziwego procesu. Bo niby skąd mieli wiedzieć jak on przebiegał?. Liczne marmurowe kolumny podtrzymywały wysoki sufit. Ich długie rzędy ciągnęły się od masywnych, drewnianych drzwi aż po podwyższenie, na którym stał bogato zdobiony i wyścielany najdroższymi tkaninami tron przeznaczony dla Cesarza. Przy podłużnym, stojącym na środku sali, stole siedzieli władcy Mrocznych Plemion. Oświetlani byli przez magiczne światła, wirujące pod sklepieniem. Przywódcy wilkołaków, drowów, nekromantów, i durrengarów czekali z rosnącym zniecierpliwieniem na Dariusa. Spóźniał się, wyznaczony termin minął już godzinę temu. To była jawne lekceważenie, uwłaczające ich godności.
   Nagle drzwi rozwarły się z hukiem i do sali wkroczył cesarz, powiewając peleryną przy każdym kroku. Bez słowa przeszedł salę i usiadł na swoim miejscu.
   -Cieszę się, że przybyliście –zaczął z wolna witać się z przedstawicielami plemion. –Dournd Ur’Den, król drowów, Hunter, przewodnik wilkołaków, Ulrich Krieger, władca durrengarów i, oczywiście, Lotar, Arcykapłan gildii nekromantów. Jestem zaszczycony...
   -Nie spieszyłeś się –rudobrody, przysadzisty krasnolud był wyraźnie rozdrażniony.
   -Musiałem załatwić parę spraw –ton głosu Dariusa nie uległ zmianie. –Teraz dowiecie się, po co was wezwałem... Wierzę, że każdy z tutaj obecnych zna treść ultimatum ludzi względem plemion ciemności. Wiecie, zatem, że nie macie innego wyjścia, jak się podporządkować –cesarz wygłaszał ujmy względem swoich gości głosem przywodzącym na myśl pogadankę przy herbacie. –Postanowiłem ponownie połączyć ten kontynent pod jednym berłem. Ludzi. To, co wyście nam odebrali, ja odzyskałem. Ludzkość nie śmiała nawet marzyć o ponownym zasiedleniu Dominium od czasu Wielkiego Wyjścia, a co dopiero            o władaniu swymi ciemiężycielami –Darius napawał się swoją przemową. Nieświadomie uniósł się z tronu i zacisnął pięści.
   -Nie potrzebujemy powtórki z historii. Doskonale wiemy jak się to odbyło –wysoki drow, Dournd Ur’den, o długich, siwych włosach i czarnych oczach rzucił człowiekowi pełne nienawiści spojrzenie.
   -Cisza! –Cesarz wyciągnął rękę w stronę elfa, a ten z łoskotem upadł na podłogę               i przejechał po niej pod najbliższą kolumnę. –Teraz ja mówię... A może ktoś chciałby jeszcze coś dodać? –przed kontynuowaniem przemowy odczekał, aż drow ponownie zasiądzie przy stole. –Lecz, jak zwykle w takich wielkich planach, pojawia się pewien irytujący zgrzyt. Wampiry nie chcą połączenia! Bronią się przed mą wspaniałomyślnością! Bezczelność, ale        i na nich znalazłem sposób. Nawet ich potężna jazda nie oprze się zjednoczonym wojskom ich braci!
   -Ale, panie, jest jeszcze jeden lud, pozostający...Hmmm... Wolny – nekromanta przemówił chłodnym, syczącym głosem. Mimo tego, że całe jego ciało ukryte było pod długim, wyszywanym złotymi nićmi płaszczem, jego ruchy pozostawały płynne.
   -Tak.. Dragoni. Rasa neutralna, dopóki pozostawimy ich samym sobie, nie stanowią większego zagrożenia.
   -To co z tymi wampirami? –Wilkołak o długim pysku i szerokich barach zaczął niespokojnie wiercić się na swoim krześle. Po chwili wahania dodał. –Panie...
   -Nie zamierzam wywoływać wojny. Jeszcze nie teraz. Dajmy im kilka lat i zobaczymy jak będą się zachowywać. Lecz nie oznacza to, że damy im spokój. Już teraz ich osłabiamy, krok po kroku.
   -Dlaczego nas zebrałeś, skoro nie chcesz wojny? –krasnolud nie krył już swojego zdenerwowania.
   -Mam dla was dwie informacje. Po pierwsze, od tej chwili będziecie rezydować tutaj, w mej stolicy –władcy plemion wykrzywili się w grymasie dezaprobaty. –Po drugie, chcę wam kogoś przedstawić. Był on generałem wampirzej armii, a dołączył do nas dzięki pomocy naszego przyjaciela, Lotara –Arcykapłan ukłonił się lekko. –Swoją drogą jest naprawdę uzdolnionym berserkerem. Szanowni goście, poznajcie Victora –do komnaty niepewnym krokiem wszedł ghul. Na zakrwawionym i poranionym ciele pozostawały ślady dawnego wyglądu.
   -Jak wam się to udało?! –drow był w szoku. –Jak można przywrócić do życia istotę nieumarłą? I to w ten sposób?
   -To już tajemnica sługi potężnego Xarth’a –Darius przekrzywił kpiąco głowę, patrząc na ożywieńca. Victor niezdarnie poczłapał do Cesarza i padł przy nim na kolana. –Poprowadzi on nasze wojska do bratobójczej walki... Nie mogę się doczekać –Darius wyciągnął rękę i zaczął głaskać ghula po głowie. Nie zwracał uwagi na to, że warstwy łuszczącej się skóry zostawała mu między palcami.



Jest co prawda krótki, ale zamyka pierwszą część pierwszego rozdziału. Można traktować to jako wprowadzenie, ale, jak już pisałem, mam jeszcze 90 stron rękopisu, a wstęp trwa... Wiecie, mam czasem wrażenie, że ta opowieść żyje własnym życiem... Dziwne.
Zapraszam do komentowania... Będzie mi bardzo miło ;)  
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline Musiol

  • kiedyś byłem tutaj popularny
  • SuperMod
  • **********
  • Wiadomości: 2873
    • Zobacz profil
    • pssite.com
Wielka Wojna
« Odpowiedź #23 dnia: Styczeń 18, 2006, 05:11:46 pm »
lubię takie "skakanie" po miejscach, wymaga od czytającego skupienia i zaangażowania, jak zwykle czekam na dalszą cześć.

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #24 dnia: Styczeń 18, 2006, 05:25:16 pm »
Hmm.... zmuszasz mnie do ponownego pochwalenia twojego dzieła, a ja nie lubię się powtarzać. No ale co zrobić.. czyta się przyjemnie i generalnie nie mam nic do zarzucenia twojemu stylowi pisania.
Mówisz że masz tego jeszcze 90 stron? .... No to fantastycznie :F
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
Wielka Wojna
« Odpowiedź #25 dnia: Styczeń 19, 2006, 01:48:13 pm »
Zgadzam się z przedmówcami. Miło się to czyta :)

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #26 dnia: Styczeń 19, 2006, 07:49:36 pm »
Witam ponownie szanownych czytelników! :) Oto składam na wasze ręce kolejny fragment mego "dzieła", oby się wam spodobał... Dziękuję wszystkim za komentarze i proszę o więcej :grin: Jesteście dla mnie naprawde wyrozumiali ;)

II

   Od narodzin Dracona minęło dziesięć lat. Chłopiec stawał się coraz silniejszy               i sprawniejszy, a zarazem wolny od przekleństwa krwi. Zarówno on, jak i reszta społeczności Skalnego Miasta, zawdzięczał to specjalnej substancji Mistrza Alchemika, która łagodziła głód, sprowadzając go do poziomu używki. Niektórzy to popierali, inni nie. Ci drudzy bardzo szybko opuszczali miasto... Młody wampir wkraczał w okres dojrzewania. Głowa zarosła mu bezkształtnym gąszczem brązowych włosów, nadając jej jeszcze bardziej okrągły kształt. Spomiędzy tych kłaków jaśniały spostrzegawcze, niebieskie, oczy. Dracon, pomimo swego młodego wieku, był dobrze zbudowany. Marcus Delacroix szkolił swego przybranego syna najlepiej jak potrafił. Fechtunek, jazda konna oraz sztuka wojenna wypełniały każdą jego chwilę, pompowane w jego umysł przez opiekuna. Zadziwiające, jego pojemność i pragnienie wiedzy zdawało się nie mieć końca. W końcu chłopiec sam zaczął czytać wszelakie książki, mogące uzupełnić praktykę teorią.
   Niestety, w tym wszystkim tajemnica jego oczu pozostawała niezgłębiona. Marcus płacił wszelakim mędrcom za badania nad tym, ale żadnemu się nie powiodło. Popełniali jeden, zasadniczy błąd. Nie wierzyli w legendy spisane przez „natchnionych” demonami.
   Dzień po dziesiątych urodzinach młodego Delacroix’ a jego ojciec zawołał go do siebie. Dracon zbliżył się niepewnie... Oficjalny wyraz twarzy Marcusa nie zwiastował niczego dobrego. Wampir spojrzał na chłopca i wskazał fotel przy sobie.
   -Nie musisz stać, synu –nieco uspokojony, Dracon usiadł i wyczekiwał, aż ojciec przerwie zaległą ciszę. –Mam ci coś ważnego do powiedzenia... Jak zapewne wiesz –mówiąc to wbił wzrok w stropiona twarz chłopaka. –Wkroczyłeś w wiek, w którym każdy młody członek naszej społeczności wybiera sobie drogę kształcenia, a zarazem swe przeznaczenie –przy ostatnim słowie Marcus skrzywił się lekko. Nienawidził myśli, że coś może mieć nad nim absolutna władzę. –Dlatego musisz podjąć nauki u jakiegoś mistrza w naszym mieście.
   -Kto to taki, ojcze? –chłopak zaczerwienił się, zawstydzony swoja niewiedzą.
   -Trochę szacunku... Twojego nauczyciela.... Zresztą sam się przekonasz. Trzy drogi otwierają się przed tobą, synu. Czarna i naturalna magia oraz alchemia... Musisz wybrać do jutra, gdyż wtedy muszę cię odstawić pod siedzibę jednego z mistrzów.
   -Ale... Ja nie potrafię wybrać, ojcze, nigdy nie musiałem... Naprawdę...
   -Ehhh... Czułem, że tak będzie –przez twarz Marcusa przemknął uśmiech, dodając chłopcu otuchy. Lecz po chwili ustąpił miejsca poprzedniemu kamiennemu spokojowi. –Wiem, że to trudny wybór. Co prawda masz parę innych możliwości –zaczął wyliczać, prostując za każdym razem jeden palec. –Uzdrowiciel, zabójca, łowca, straż królewska... Lecz ja cię tam nie widzę, prawdę mówiąc...
   -Mógłbym to przemyśleć w spokoju?
   -Dobrze, masz jeszcze trochę czasu –mrugnął do syna. –Ale chciałbym, żebyś był gotowy do mojego powrotu –wampir wstał, wygładził brzegi swojej tuniki i wyszedł z domu. Draconowi towarzyszyła teraz jedynie cisza.
   Chłopak zamyślony rzucił się na łóżko i prawie natychmiast pogrążył we śnie. Nagle stał na środku pola bitwy. Ziemia wokół niego zasłana była rozkładającymi się trupami               i przesiąknięta krwią do tego stopnia, że młody wampir brodził w niej po kostki. Dracon               z zaciekawieniem przyglądał się ciałom, ale nie potrafił odróżnić jednych od drugich, umazani czerwienią i przeżarci przez robaki, wszyscy byli tacy sami. Chłopiec odwrócił się              i zobaczył Skalne Miasto, a właściwie to, co po nim zostało. Ogromny lej zajmował większą część dawnej powierzchni tej, niegdyś potężnej twierdzy. Wszędzie wokół walały się gruzy, niemi świadkowie przeszłości. Gdzieniegdzie wystawały części ciał mieszkańców. Zmasakrowane twarze, zakrzepłe na murach flaki i połamane kończyny, oderwane od reszty...
   Dracon pochylił się i zwymiotował prosto na ciało jakiegoś anonimowego żołnierza. Ocierał rękawem usta, gdy nagle usłyszał za sobą cichy mlask i nierówne kroki.                             W momencie, kiedy chłopak chciał się odwrócić, silny cios w głowę powalił go na ziemię. Wydawało się, że odzyskanie ostrości widzenia trwało wieki, ale w istocie minęły może dwie minuty. Wtedy dopiero dostrzegł twarz napastnika, czy może raczej coś, co kiedyś twarzą było. Żywy trup pochylał się nad nim i zgniłą ręką sięgał w stronę oczu wampira. Dracon zaczął miotać się rozpaczliwie, aż jego dłoń natrafiła na krótki miecz, wyszczerbione                i pokryte czarną krwią ostrze było jego jedyną nadzieją. Z całej siły ciął na oślep przed siebie. Ghul cofnął się trochę, ściskając okaleczoną prawą rękę i patrząc na Dracona z nienawiścią. Mimo tej nagłej zmiany sytuacji chłopaka nadal paraliżował strach, a trup znów zbliżał swoje kłapiące w pustce szczęki, czekające na świeże mięso. Wampir ponownie ciął, tym razem godząc w czaszkę stwora. Ostrze dotarło aż do ust, powodując, że trup, padając, pluł nadgnitymi zębami. Dopiero teraz odzyskał władzę nad swoim ciałem i podniósł się z ziemi, wciąż ściskając swą, wątpliwej jakości, broń.
   Nad polem bitwy znów zapanowała niezmącona niczym cisza. Tak doskonała, że aż dźwięczała w uszach. Nawet jeden ptak, czy najlżejszy podmuch wiatru nie śmiał zburzyć tego niecodziennego nastroju. Wampir rozglądał się niespokojnie, w poszukiwaniu innych napastników, gdy nagle chór jęków rozniósł w pył jego nowo przywróconą odwagę. Z ziemi zaczęli wstawać polegli wojownicy. Gardło chłopca ścisnął strach a źrenice rozszerzyły się do granic możliwości. Starał się uciec, ale coś nowego przykuło go do ziemi. Nagły błysk oślepił go i po chwili znalazł się w powietrzu. Szybował, całkowicie rozkojarzony. Do jego uszu doleciał głos. Jakby własny, lecz trochę odmieniony. Grubszy i niższy, bardziej mroczny.
   -To, co jest martwe, martwym musi pozostać! –wtedy spojrzał w dół i zobaczył swoje, ale jednocześnie obce ciało. Czarne włosy spływały łagodna falą do szerokich ramion wampira, a oczy płonęły gniewem. Z ust wystawały, kontrastujące swą bielą z resztą sylwetki, kły. Postać wyglądała dostojnie, a nawet, na swój sposób, delikatnie. Nic nie usprawiedliwiało przerażenia, jakie wzbudzała. –Zaraz pożałujecie tego, że nie chcieliście spoczywać w pokoju! –postać, śmiejąc się z własnego dowcipu uniosła się nieco nad ziemię. Głos przeszedł w syk, a usta wykrzywiły się w wyrazie bezgranicznej wściekłości. Wokół mężczyzny pojawiła się kula z najczystszego mroku, zamykając go w sobie. Czerwone błyskawice znaczyły jej powierzchnię i uderzały we wszystko, co się zbliżyło. Wampir strzelił palcami i kula zaczęła się powiększać. Nieumarli, wyjąc, zostawali pochłonięci przez czerń, niknąc bez śladu. Teraz istota śmiała się pełnym głosem.
   Gdy całe pole bitwy zostało oczyszczone, mężczyzna odwrócił się do Dracona, pomachał mu dłonią i ruszył w stronę ruin Skalnego Miasta. Nie było w tym geście nawet cienia serdeczności. Wampir mógłby przysiąc, że była to ukryta groźba. Nagle poczuł, że coś wyrywa go z koszmaru, przywracając do rzeczywistości.


Spodobało się? Motyw tajemniczej postaci ze snu rozwinę nieco dalej, ale chyba nietrudno umiejscowić go w fabule  :rolleyes:  
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline Musiol

  • kiedyś byłem tutaj popularny
  • SuperMod
  • **********
  • Wiadomości: 2873
    • Zobacz profil
    • pssite.com
Wielka Wojna
« Odpowiedź #27 dnia: Styczeń 19, 2006, 08:17:09 pm »
część o wiele spokojniejsza, ale równie ciekawa, chyba nie muszę pisać, że czekam na kolejne?

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #28 dnia: Styczeń 20, 2006, 07:44:18 pm »
Dobre to jest? .... Taaaa.... Rzekłbym nawet że bardzo dobre. Fajnie, że przeplatasz w opowieści róże motywy. Trzymasz waść poziom i liczę że trzymać go będziesz do końca.
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline GLenn

  • AvEx3 Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2036
  • Hollow Kon
    • Zobacz profil
    • http://nudenaru.deviantart.com/
Wielka Wojna
« Odpowiedź #29 dnia: Styczeń 20, 2006, 10:44:59 pm »
real cacy tylko zeby tak więcej ... prrrosze ...

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
Wielka Wojna
« Odpowiedź #30 dnia: Styczeń 21, 2006, 10:44:23 am »
Z każdym kawałkiem wciąga coraz bardziej. Czekam na ciąg dalszy.  

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #31 dnia: Styczeń 21, 2006, 07:50:35 pm »
Dziś dokończymy sprawę wyboru drogi przez Dracona... Co-nieco się o nim dowiecie, a w następnej... Hmm... Jeden z moich ulubieńców ;)  Tradycyjnie dziękuje za komentarze, jest mi bardzo miło i ciągle pragnę więcej  :grin:
Miłej lektury.


-Dracon! Synu, obudź się! –Marcus stał nad chłopcem i szarpał go za ramiona.
   -Yyyy... Co się stało? Gdzie ja...? Ojcze? –chłopiec z trudem odzyskiwał przytomność.
   -Jak zwykle zaspany –Delacroix uśmiechnął się dobrodusznie.
   -Przepraszam, jakoś tak mnie sen zmógł –Dracon szybko przetarł oczy.
   -Podjąłeś już decyzję? To bardzo ważne –twarz Marcusa nagle przyjęła poważny wyraz.
   -Tak. Chcę studiować magię żywiołów!
   -Szara Sztuka? Skąd wiedziałeś, że istnieje taki kierunek? Przecież nic ci nie mówiłem –wampir wydawał się zakłopotany, ale szybko się opanował.
   -Nie wiem, to chyba sen mi podpowiedział.
-Dobrze, dokonałeś wyboru –maska powagi na twarzy Marcusa popękała, uwalniając spod siebie wyraz dosyć dziwnej ulgi. –Chodź, przedstawię ci twojego mistrza –powiedział, wyprowadzając chłopaka z domu.
Ulice Skalnego Miasta były wąskie i nad wyraz czyste. Wielki Marszałek był bardzo czuły pod względem higieny. Uważał wampiry za lud wyższy, niegodny taplania się we własnych odchodach, jak ludzie. Cała sieć kanałów odprowadzających nieczystości została wykuta w tym samym czasie, w którym powstawało miasto. Tunele rozciągały się nie tylko pod siedzibą wampirów, ale również pod całym pasmem górskim, uchodząc dopiero na granicy z wilkołakami. Do tej pory nikt, nawet budowniczowie nie zwiedzili ich całych, inną sprawą jest to, że nikt nie miał ochoty się tam pchać... Wśród mieszkańców krążyły legendy         o wszelakich potężnych potworach czających się w głębinach i wyciągających swe łapy po niczego niespodziewających się wędrowców. Choć głównym czynnikiem odstraszającym był smród.
Budynki tworzyły pewnego rodzaju baldachim nad głowami wampirów. Czasami miało się wrażenie, że wampiry nadal chciały się chronić przed słońcem pomimo magicznej zasłony, którą rozwinęli spory czas temu. Ale nawyki pozostają... Przeludnienie miasta wymusiło takie budownictwo. Domu nie tylko wznoszono, ale również wykuwano w skale             i stawiano na już istniejących. Każde wolne miejsce było zajmowane przez nowe budynki. Wygodne, acz bardzo niebezpieczne. Gdyby nagle w twierdzy wybuchł pożar, ogień byłby niemal nie do powstrzymania. Obronie przed takimi zdarzeniami była właśnie sieć komnat, oraz tuneli, wiodących od ziemi przez całą wysokość góry. Teraz jedynie żołnierze, rzemieślnicy oraz gildie zamieszkiwały Dolne Miasto.
Marcus prowadził Dracona labiryntem wąskich i krętych uliczek, zmierzając do najgłębiej położonej dzielnicy. Stały tam dwie, monumentalne wieże, otoczone przez małe, rozlatujące się domki z drewna i śmieci.  Tam mieszkali adepci magii. Pierwsza, wzniesiona          z gładkiego, czarnego kamienia należała do Arcymaga Devona, specjalizującego się w czarnej magii. Druga zaś, o ścianach z szarego marmuru do Raziela, Mistrza Żywiołów. Tam właśnie Dracon miał spędzić najbliższe dziesięć lat... Ucząc się arkan panowania nad żywiołami.


Ciężkie, drewniane drzwi zatrzasnęły się z hukiem za młodym wampirem. Marcus pozostał przed wejściem, twierdząc, że chłopak sam musi stawić czoła Razielowi.
-To tradycja –mówił niewzruszenie Delacroix. –Mistrz Żywiołów zechce cię sprawdzić, upewnić się, czy jesteś godzien –wampir pchnął mocno drzwi, odsłaniając wąskie przejście prowadzące w ciemność.
    Dracon rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszystko było zbudowane z tego samego marmuru, co na zewnątrz. Z gładkiej i śliskiej podłogi wyrastały potężne kolumny, niknące gdzieś nad głową chłopaka. Zdawały się podtrzymywać cały ciężar budowli i były jedynym urozmaiceniem. „Tyle wydał na budulec, że zabrakło na wystrój, czy jak?” –pomyślał Dracon, zmierzając w stronę następnych drzwi. Te nie były tak ogromne jak wejściowe, ale równie ciężkie. „Drzwi z marmuru? Co za świr” –chłopiec skrzywił się w myślach. Nagle usłyszał głos rozpływający się po całej komnacie. Dobiegał go zewsząd i jednocześnie znikąd.
   -Młody Delacroix. Doskonale. Spodziewałem się ciebie –głos zdecydowanie był dziwny. Miał metaliczną barwę, a magia w nim zawarta stawiała włosy na karku. –Ale nie czas na pogaduchy. Przed tobą cztery komnaty. Każda odpowiada za jeden żywioł. Nie mam wątpliwości, że poradzicie sobie z nimi...
   Tak nagle jak się pojawił magiczny głos umilkł, pozostawiając wampira rozkojarzonego. Dracon, nie wiedząc co ma dalej robić, zbliżył się do drzwi i szarpnął za uchwyty. Marmur otoczyła niebieska poświata i w chłopca ugodziła błyskawica, posyłając go dwa metry dalej.
   -Co jest, do cholery? –rzucił, zirytowany, trąc rękami o potłuczony tyłek.
   -To pierwsza próba –metaliczny głos znów dał o sobie znać. –Cierpliwość oraz wytrzymałość na głód i pragnienie to podstawowe cechy adepta żywiołów. Będziesz tu czekał na drugiego kandydata tak długo ile będzie to konieczne. Aha... Zapomniałem ci powiedzieć, że drzwi w mojej wieży otwierają się jedynie z jednej strony –w bezosobowy dotąd głos wdarła się nutka rozbawienia.
   -Bardzo śmieszne, ty zramolały głupcze! –Dracon nie wytrzymał i zaczął wygrażać pięściami w sufit. Uczucie poniżenia strasznie mu doskwierało. Miał ochotę stąd wyjść... Nie, nie wyjść, ale roznieść to idiotyczne drzwi na kawałki –Zaraz przez nie przejdę i pokaże ci na co mnie stać! –rozpędził się i z całej siły naparł na marmur. Tym razem bariera zadziałała        z jeszcze większą siłą. Wyładowanie posłało chłopca pod przeciwległą ścianą. Ta odbiła go od siebie i wampir uderzył tyłem głowy o marmurową posadzkę. Miał wrażenie, że zęby mu powypadają. Usłyszał chrupnięcie i fala ciepła rozlała się najpierw po jego głowie,                 a następnie po całym ciele. Stracił przytomność.


Wiem, że w częściach o młodym wampirze nie dzieje się wiele, ale traktujcie to jako przystawkę do późniejszej akcji =]  Zapraszam do komentowania.
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline GLenn

  • AvEx3 Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2036
  • Hollow Kon
    • Zobacz profil
    • http://nudenaru.deviantart.com/
Wielka Wojna
« Odpowiedź #32 dnia: Styczeń 21, 2006, 08:24:21 pm »
dasz dzisiaj jeszcze 1 część ??

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #33 dnia: Styczeń 21, 2006, 11:31:46 pm »
kolejny raz zmuszasz mnie do napisania, zę bardzo mi się podobał ten rozdział, chcociaż uważam, że skoro wszytsko masz już napisane, to mógłbyś dłuższe rozdziały dawać.... Ale ja tam się nie znam
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #34 dnia: Styczeń 22, 2006, 10:36:30 am »
Mógłbym dawać więcej, ale musiałbym szybciej przepisywać na komputerze, bo piszę ręcznie, a dopaiero później w Wordzie... Ale się postaram, dobrze, nasz klient (czytelnik) nasz pan. Ale wracam do tematu.

Dzisiaj, moi drodzy, zapoznam was z Dantem, Wędrowcem... Jest to jedna z najbardziej dziwnych postaci, której nawet ja sam zbytnio nie rozumię. Po prostu pewnego dnia wlazł do mojej głowy i stwierdził, że mam go opisać. Co zrobiłem. Wam pozostawiam kwestię oceny.


III

   Tej nocy chmury były wyjątkowo skłębione. Nawet zwyczajne, mdłe światło księżyca nie potrafiło odnaleźć dla siebie drogi. Zwierzęta pochowały się gdzie tylko było można. Nikt z mieszkańców Valley, małego miasteczka, znajdującego się na wschodnich terenach cesarstwa ludzi, nie wiedział o co chodzi. Mimo wszystko życie toczyło się swoimi zwykłym tempem. Ludzie już dawno przestali się przejmować takimi dziwnymi zjawiskami.
   Centrum miasteczka stanowił sporych rozmiarów plac, na którym przez cały tydzień stali przekupnie i przekrzykując się wzajemnie starali się opchnąć swój towar przygodnym frajerom. Lecz, nawet jeśli handel szedł dobrze, wraz z zapadnięciem zmroku miasteczko pustoszało. Gwar ucichał, a nawet przedstawicielki najstarszego zawodu świata zamykały się w domach uciech. Wtedy to na ulice wylegali wszelkiej maści zbóje, męty i pijacy. Większość z nich kierowała się do jedynej karczmy w okolicy i tam spędzała noc, pijąc najczęściej „na kredyt”.
   Vil zdecydowanie nie był jednym z nich. Wszyscy znali go jako drobnego przemytnika i zręcznego kupca. Był na tyle sprytny, że wszedł w koneksje z wojskiem Cesarza, co zapewniało mu dostęp do ekskluzywnego towaru. Broń palna. Cieszył się jak dziecko, widząc oczyma wyobraźni złote góry, choć sam nie wiedział do czego to służy. Jego wspólnicy z armii nawet nie chcieli mu tego tłumaczyć, mówiąc, że mu to do szczęścia niepotrzebne i, żeby się odp... Odczepił, bo zawraca głowę. Vil był starym, grubym i łysym mężczyzną o mocno wybrakowanej szczęce. Mimo swego wyglądu zawsze byli przy nim tak zwanych „przyjaciół”, ale nie miał wątpliwości, że chodzi im tylko o jego pieniądze. Bo był również majętny. Nikomu nie zdradził tajemnicy o skrytce ukrytej pod podłogą jednego            z jego magazynów. Gdy zostawał sam schodził tam i leżał na swoim złocie... Nie potrzebował żadnej innej miłości. Był szczęśliwy.
   Ta noc zapowiadała się spokojnie. Wypije parę piw i pójdzie odwiedzić swój skarbiec. W końcu dzień należał do udanych. Sprzedał tonę przedniego zboża, przywiezionego z terenu dragonów, kilka worków mąki z Edenu, wyspy za wielkim morzem i kilkadziesiąt sztuk doskonałych wampirzych mieczy. Jego stolik był wciśnięty w najgłębszym rogu sali. Więc nikt mu nie przeszkadzał, a półmrok zasłaniał nieco jego wydatny brzuch. Pod blatem trzymał rzeźnicki nóż, tak na wszelki wypadek...
   Właśnie ustawiał estetyczne słupki ze swoich dzisiejszych dochodów, gdy do karczmy cicho wślizgnął się człowiek szczelnie zasłonięty czarnym płaszczem. Dziwnym trafem, zwykle ciekawscy, bywalcy nie zwrócili na niego żadnej uwagi, nawet na chwilę nie oderwali się od kufli. Przybysz szybkim krokiem podszedł do kontuaru. Vil miał wrażenie, że postać unosi się lekko nad ziemią, jakby brud pokrywający klepisko ją odpychał. Po chwili wpatrywania się dotarło do niego, że nie potrafi oderwać wzorku od czarnej sylwetki.
   Tajemniczy, jak go ochrzcił w myślach, wyszeptał coś do karczmarza, a ten, lekko przestraszonym ruchem napełnił kufel i wskazał stolik Vila. Na odchodnym postać rzuciła przez ramię srebrną monetę z godłem Imperium. Karczmarz złapał ją zręcznie w powietrzu      i długo wpatrywał się w nią, nie kryjąc podziwu.
   Po krótkiej chwili Tajemniczy lekko spłynął na krzesło obok kupca, wydając przy okazji dziwny, brzmiący stalą, odgłos. Vil odruchowo chwycił za nóż pod stołem                        i, sfrustrowany, przerwał milczenie.
   -To mój stolik. Płacę za niego i nie przypominam sobie, żebym cię tu zapraszał, nieznajomy –w całej postaci przybysza najbardziej denerwowała go twarz, a raczej najwyraźniejszy jej brak. Zawsze lubił patrzeć w oczy klientom, tam można najlepiej dojrzeć ich prawdziwe reakcje.
   -Wiem, że oferujesz ciekawe towary... –i to było wszystko! Żadnego przedstawienia się, żadnej fałszywej uprzejmości. Po prostu konkret, wypowiedziany zimnym, niczym lód, głosem. Mimo wszystko Vil postanowił kontynuować rozmowę.
   -Niby skąd? –czuł, że Tajemniczy nie lubi takich podchodów, ale gówno go to obchodziło.
   -Przestań błaznować, przemytniku! –nieco podniósł głos, jednocześnie rzucając na stół złotą monetę z godłem Imperium. Była warta dziesięć takich, jakimi mu płacono. Mężczyzna starał się nie pokazać choć kawałka swojej chciwości. Pieniądze nie były tylko jego kochanką, ale i narkotykiem, używką pozwalającą odbić się od syfu tego zawszonego miasteczka.
   -A co dokładnie cię interesuje, panie? –teraz wpadł w usłużny ton, chcąc dać klientowi poczucie pewności siebie.
   -Amunicja. Chyba pod takim mianem znacie to, czego potrzebuje.
   -Nie ma zbyt dużego popytu na to dobro, więc cena będzie bardzo wysoka, mój panie. Moje magazyny są tego pełne –alkohol rozwiązał jego język bardziej niżby chciał.
   -Masz może klucz do niego? Gdzie to jest? Chcę zakupić każdą ilość, jaką tylko dysponujesz –oczy Vila zalśniły. Szybko porzucił zwyczajną przemytnikom ostrożność                i przekazał nieznajomemu adres oraz pokazał klucz, ukryty w wewnętrznej kieszeni jego kurty.
   -Doskonale –Tajemniczy odprężył się trochę.
   -Ale najpierw chciałbym zobaczyć twoja broń, która tak zadzwoniła przy zajmowaniu przez ciebie miejsca –wypite piwo coraz donośniej dawało o sobie znać. Ogłupiało go                 i dodatkowo uciskało coraz mocniej pęcherz.
   Nieznajomy powoli odchylił jedną połę płaszcza i z cienia, nieprzepuszczającego  wzroku Vila wyciągnął dziwny, metalowy przedmiot. Na pierwszy rzut oka mężczyzna rozpoznał metalową rurkę, walec o wyrzeźbionym kształcie i tkwiącymi w środku ołowianymi stożkami. Dłoń Tajemniczego zaciskała się na drewnianej, wypolerowanej, rączce. Całość sprawiała wrażenie doskonale zachowanej i niebezpiecznej broni, ale na pewno nie było tym to, co składował w magazynach. Nagle postać skierowała wylot rurki          w stronę przemytnika. Ciekawość Vila zagłuszyła instynkt samozachowawczy. Z transu wyrwało go dopiero brzmienie głosu nieznajomego. Dominowało w nim szczere rozbawienie.
   -Dziękuję za współpracę –mówiąc to, istota pociągnęła za spust. Ostatnią rzeczą, jaką Vil usłyszał był huk wystrzału. Kula wwierciła się w jego czoło, wbijając odłamki kości do środka. Następnie się spłaszczyła, czyniąc w środku czaszki mężczyzny niesamowite spustoszenie i wyrywając niemal całą potylicę. Wszystko to trwało ułamki sekundy. Chwilę później mózg kupca spływał po ścianie za nim. Gdy Tajemniczy rozejrzał się po sali zobaczył, że wszyscy na niego patrzą. Jedni otumanieni niesamowitym hukiem, inni oszołomieni widokiem. Paru rzygało na podłogę. Istota wprawnym ruchem schowała broń pod płaszczem i wstała od stolika. Zgarnął klucz do magazynu i swoją monetę, rzucając ja karczmarzowi. Ledwo wyszedł na zewnątrz, gdy urwane rozmowy zostały podjęte na nowo, jakby nic się nie stało. Otulona płaszczem postać spokojnie ruszyła w kierunku wskazanym wcześniej przez Vila.
 


Jestem ciekaw jakie uczucia wzbudził w was mój bohater (bo Tajemniczy to Dante).
Nie ukrywam, że wyczekuję waszych komentarzy z jeszcze większą niecierpliwością niż zwykle... Jeżeli macie jakieś uwagi, pytania, lub cokolwiek innego, to piszcie. Będzie mi naprawdę miło.  
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline The_Reaver

  • Heartless Engineer
  • Redaktor
  • *********
  • Wiadomości: 2086
  • Dark Keyblade Master
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #35 dnia: Styczeń 22, 2006, 07:04:26 pm »
Akurat jak czytałem moment z zastrzeleniem Vila ,to przez moje głośniki poleciał utwór podbijający tajemn iczość Dantego. Powoli punkty na twoim koncie idą w gurę, stając się poważną konkurencją dla Isoga i Przeklętego (GT ostatnio stoi i mało mi się podoba).
I'm in Space!

Offline Musiol

  • kiedyś byłem tutaj popularny
  • SuperMod
  • **********
  • Wiadomości: 2873
    • Zobacz profil
    • pssite.com
Wielka Wojna
« Odpowiedź #36 dnia: Styczeń 22, 2006, 07:42:15 pm »
wg. mnie nie powinienieś spoilerować na końcu każdego kawałka, cześć bardzo dobra, pobudziłeś nawet lenia Tanta do pisania :P

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #37 dnia: Styczeń 22, 2006, 09:02:33 pm »
hmmm.... ciekawy zwrot akcji, muszę powiedzieć. Takie przeniesienie abuły w inne miejsce na pewno wyjdzie na dobre twojemu opowiadaniu. Motyw z pistoltem też całkiem ciekawy.
Tylko zastanawia mnie, dlaczego większość bohaterów opowiadań zawsze nosi czarny płaszcz :F
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Wielka Wojna
« Odpowiedź #38 dnia: Styczeń 23, 2006, 08:44:58 am »
@W_W
Nie wiem czemu... Może dlatego, że to tak "fajnie i tajemniczo" wygląda... Ale masz rację, zdecydowana większość tak robi...

@topic
Dziękuję wam wszystkim za komentarze i przechodzimy do kolejnego fragmentu. Ale za radą Musiolka nie będe spoilerował, po prostu przeczytajcie ;)
Miłej lektury!

IV

   -Nareszcie się obudziłeś... Spałeś co najmniej trzy godziny –z ciemności dobiegł go jakiś głos. Ale ten zdecydowanie różnił się od tego magicznego. Był o wiele bardziej przyjazny.
   -Wiesz, to nie był taki zwykły sen –odparł Dracon, niewiele się zastanawiając. Dopiero wtedy w krąg światła pochodni wszedł wysoki, chudy chłopak o szarej skórze. Jego pociągłą twarz otulały długie, proste włosy o szarej barwie. Spomiędzy ich zasłony świeciły oczy. Było to delikatne, białe światło...Nieznajomy jednym ruchem spiął włosy w luźno zwisający na plecach kucyk, odsłaniając spiczaste uszy. Uśmiechał się pobłażliwie.
   -Ano tak! Zapomniałem się przedstawić, wybacz ten nietakt. Nazywam się Ignatius            i, jak pewnie zauważyłeś, jestem drowem –nadal nie przestawał się uśmiechać. –Przybyłem do waszego miasta z północnego Ghy’ Darad, a dokładniej z Sai’ Thu. A ty?
   -Dracon Delacroix –odparł wampir, trąc nabiegającego krwią guza na potylicy. –Miejscowy. Chcę zostać adeptem magii żywiołów –drow rozszerzył swój uśmiech do niewiarygodnych wręcz rozmiarów. Można było dostrzec białe i niezwykle równe zęby. Chłopak spojrzał na Ignatiusa ze zdziwieniem.
   -Ja również! Wstawaj! Razem możemy przejść przez te drzwi –drow nie krył radości, właściwie, to prawie podskakiwał, ucieszony.
   -Dobra, tylko na czym to polega? Czemu bariera nie chciała mnie przepuścić?
   -Nie wiesz? –uśmiech na twarzy mrocznego elfa po raz pierwszy stracił na wyrazistości. –To co tutaj robisz? Nieważne, wytłumaczę ci –drow zaczerpnął powietrza jakby szykował długi wywód, albo zamierzał zejść na godzinę pod wodę. –Mag Raziel, zwany Mistrzem Żywiołów, ogłosił, że chętnie będzie przyjmował nowych uczniów, ale postawił warunki. Adeptów musi być dwóch i muszą stanowić zgrany zespół, zdolny pokonać nawet największe przeszkody. Muszą się uzupełniać i solidarnie dotrzeć do piątego pokoju. Jeśli jeden zawiedzie, drugi automatycznie zostaje skreślony. Dlatego musimy iść razem –Ignatius sprawiał wrażenie dumnego z siebie. Najwyraźniej nie przejmował się możliwością, że Dracon mógłby zawieść. Przecież wtedy może stracić marzenie, jeśli nie życie. A co, jeśli zawiedzie drow? Ale teraz to nie było wcale takie ważne.
   -Dobra –powiedział wstając. –Idziemy.
   Oboje podeszli do marmurowych drzwi. Bariera, wyczuwając obecność dwójki istot, zadrgała, a następnie rozpłynęła. Rozległ się szczęk zamków i wrota rozstąpiły się przed chłopcami.
   -Ignatius, mam do ciebie pytanie... Ile ty masz lat?
   -Tyle samo co ty. Dziesięć –uśmiech na powrót zagościł na twarzy drowa.
   Dwie rasy, dwaj chłopcy stali przed swoją przyszłością. Sami jeszcze nie wiedzieli co ich czeka. Teraz miejsce najważniejszego problemu w ich głowach zajął żar, buchający              z następnej komnaty. Ledwie zdążyli przekroczyć próg, gdy Dracon poczuł, że jego jaźń zapada się w sobie, druzgocząc świadomość i wyduszając ostatni oddech. Guz z tyłu głowy pękł, zalewając jego plecy gorącą krwią. Bezwładnie upadł na podłogę. W ostatnim przebłysku świadomości widział patrzącego nie niego przerażonego Ignatiusa. „Przepraszam” –pomyślał i jego oczy zasnuła mgła.    
   
   Gdy Dracon rozchylił powieki jego umysł przeszyło ostrze bólu, niemal na powrót pozbawiając go przytomności. Poleżał więc dłuższą chwilę, starając się ocenić uszkodzenia ciała. Jego umysł przebiegał przez każdą kość, mięsień i nerw. Dopiero, gdy proces był zakończony spróbował się podnieść. Usłyszał nieprzyjemne mlaśnięcie i po jego plecach zaczęła spływać mokra i zimna struga czegoś lepkiego. Ostrożnie sięgnął do podstawy czaszki i jego ciało wyprężyło się pod wpływem nowej fali czystego bólu. Ale rana się zasklepiła. Krew pochodziła z rozerwanego skrzepu.
   -Dzięki Tor’ Alu za zdolność regeneracji –wyszeptał, chcąc sprawdzić, czy nie uszkodził sobie mózgu... Wszystko wydawało się w porządku. –Mam już dosyć tracenia przytomności... Ile ja tu leżałem? –rzucił pytanie w ciemność, nie oczekując odpowiedzi. Ale ta nadeszła, w dodatku wypowiedziana dziwnie znajomym głosem.
   -Jakieś dziesięć minut. A tą raną nie musisz się przejmować. Ale to już wiesz –Dracon, zdziwiony spojrzał na postać stojącą za jego plecami. Cała, za wyjątkiem twarzy, znajdowała się w cieniu. Lecz wampira i tak uderzyło jej niesamowite podobieństwo do mężczyzny ze snu. Twarz istoty wyrażała ogromne zmęczenie, jakby dopiero został obudzony. Lecz pomimo tego biło od niego niesamowite piękno na równi z bezgranicznym okrucieństwem.
   -Ale kim ty...? Przecież jesteś wytworem mojej wyobraźni –im bardziej Dracon czuł się zakłopotany, tym szerszy uśmiech pojawiał się na twarzy mężczyzny.
   -Hahaha!!! –jego śmiech zmroził chłopcu krew w żyłach. –Nikt mnie tak jeszcze nie nazwał. Zuchwały jesteś. Ale to jedynie świadczy o słuszności mego wyboru –widok coraz bardziej rosnącego zdumienia Dracona spowodował niespodziewaną reakcję mężczyzny. Momentalnie spoważniał, co tylko spotęgowało wyraz zmęczenia odbijający się nawet w sposobie przymykania powiek. W końcu przemówił do wampira, a jego głos był wręcz nieludzko głęboki. –Jam jest Śniący, jeden z siedmiu Czuwających, dzieci Najwyższego, Ojca Stworzenia, Riviana. Razem z braćmi spoczywamy w Otchłani, wyczekując Czasu Zjednoczenia. A ten jest bliski. Zatem opuściliśmy nasze ciała i wyruszyliśmy w poszukiwani Godnych, co narzędziami Zjednoczenia będą –Śniący przerwał, z uwagą wpatrując się          w Dracona swymi bezdennie czarnymi oczyma.
   -Nic nie rozumiem... Ach! –ból głowy wzmógł się, wszystko dookoła zaczęło się rozmywać. Nic już nie rozumiał. Ale ostatnie słowa Śniącego tłukły się po uszkodzonej czaszce, urastając do niewyobrażalnej skali.
   -Zrozumiesz...
   Wampir obudził się w przestrzennym, miękkim łóżku, leżąc pod puchową kołdrą. Głowę miał zabandażowaną i położoną na dużej poduszce. Pokój był owalny, biały                    , z jednym oknem wychodzącym na skwer, niewidoczny od strony ulicy. Lecz tego Dracon nie mógł zobaczyć. Właściwie, to nie do końca potrafił rozchylić powieki. Jego umysł                 z całych sił trzymał się tego dziwnego snu, nie chcąc wrócić do rzeczywistości. Nie potrafił poruszać rękami ani nogami. Wpatrując się tępo w sufit nieświadom, że przy nim stały dwie sylwetki, debatujące nad jego zdrowiem. Do jego uszu docierały dwa głosy. Jeden niewątpliwie należał do Ignatiusa, ale drugiego nie znał. Ale to nie było ważne. Raziel przyjął ich. Byli jego adeptami!


Podobało się? Jeżeli tak/nie, to wyraźcie to :shifty: Jężeli macie jakieś rady, uwagi, cokolwiek, to z miłą chęcią ich wysłucham/je przeczytam...  
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
Wielka Wojna
« Odpowiedź #39 dnia: Styczeń 23, 2006, 11:35:35 am »
Czyta się naprawdę świetnie co tu więcej mówić.  :)