Autor Wątek: bu!  (Przeczytany 2532 razy)

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
bu!
« dnia: Marzec 06, 2006, 10:14:30 pm »
takie cos mi sie z nudy napisalo...mam nadzieje ze dalszy ciag kiedys napisze :F

Arsen – świat niegdyś mlekiem i miodem płynący, któremu niczego nie brakowało. Piękne krajobrazy, rozciągające się po sam, odległy horyzont, gdzie tylko okiem sięgnąć. Gęste lasy, zamieszkiwane przez najróżniejszą zwierzynę, od wesołym śpiewem obwieszczających nowy dzień, mieniącymi się wszystkimi kolorami tęczy ptaków, po drapieżne, acz dostojne i potężne wilki, które od wieków symbolizowały moc i odwagę. Wysokie góry, których szczyty spowite białym puchem i skute lodem niemal przez wieczność, dawały zdobyć się tylko najmocniejszym i najodważniejszym, gdyż każdego bez wybitnych zdolności grzebały w śniegu po wsze czasy. Niebieskie wody, rozlane między kontynentami, by oddzielić je od siebie, okrywające swoją taflą najróżniejsze morskie stworzenia, które swoją kolorystyką i różnorodnością urzekały każdego, kto tylko je ujrzał. Rozległe równiny i pustynie, które jako jedyne były świadkami dawniej stoczonych wojen przez starożytne ludy, które ustanowiły do niedawna jeszcze istniejące granice. Wreszcie miasta, ogromne metropolie, z architekturą tak wspaniałą, że zapierała dech w piersiach. Cudowne pałace, gigantyczne kościoły i monstrualne, pięknie rzeźbione, jakby nie ludzką ręką posągi i statuy. Wszystko to, ozdabiało życie wesołej i żyjącej w dostatku, przyjaznej sobie ludności, której niczego nie brakowało.
Jednak to tylko wspomnienia, które jak przez mgłę mogli pamiętać tylko najstarsi żyjący mieszkańcy Arsen. Teraz, cały ten niegdyś cudowny świat, okalała kopuła bezgwiezdnej nocy, która nigdy nie ustępowała niczemu innemu, niż niewyraźny blask księżyca. Ową wieczna noc, sprokurowały rozpleniające się zło i mrok, które najpierw, nikt nie wie kiedy i z jakiego powodu, zagnieździły się w ludzkich duszach, transformując co poniektóre osoby, w plugawe potwory, siejące pożogę i chaos. Im więcej było wampirów, bo tak nazywano, te żywiące się krwią potwory, tym większy mrok ogarniał cały świat, aż w końcu zapadła wieczna noc, a wszystkie kolorowe ptaki pomarły lub zamilkły po na wieczność, pozostawiając wśród gałęzi drzew tylko krakanie kruków – zwiastunów śmierci, oraz wilkołaków – potężnych potworów, w które pod wpływem zła, jakie zapanowało w Arsen, przeistoczyły się wilki. Również te bestie, zaczęły w końcu wychodzić ze swoich ciemnych kryjówek w lasach, by siać spustoszenie wśród ludzkiej rasy, którą zgubiło ziarno zła, zasadzone w ich własnych duszach, które z czasem przeistoczyło się w potwora, z którym nie sposób walczyć…


Elena, szła powolnym krokiem, przemierzając kolejne uliczki Lemborgu, niczym labirynt. Jednak od kogoś uwięzionego w takowym różniło ją to, że znała to miejsce znakomicie i wręcz nie potrafiłaby się w nim zgubić. W końcu wędrowała tymi ulicami już tyle razy, lawirując między kolejnymi obskurnymi kamieniczkami, kamieniczkami których co najmniej połowa okien była zabita deskami lub powybijana. Za każdym razem gdy spoglądała na ten żałosny obraz ówczesnego świata, starała się przenieść myślami na zalany słońcem sad, o którym tyle razy opowiadała jej, nie żyjąca już od szesnastu lat, babcia. Kochała jej opowieści i oczy płonęły jej niczym świece, gdy wraz z babcią przenosiły się do mieniącego się najróżniejszymi kolorami wielu owoców, warzyw, krzewów i drzew, ogrodu, w którym kiedyś uwielbiała się bawić babka Eleny. Teraz ponownie trzydziestodwuletnia, atrakcyjna blondynka ubrana w proste szaty, podążała rozmarzona, jednak z zamyślenia wyrwał ją cichy szmer za jej plecami. Przystanęła na chwilę i spojrzała kątem oka w stronę, z której, jak jej się zdawało, ów dźwięk dochodził. Nie ujrzał jednak nic nadzwyczajnego, więc uznała ten odgłos tylko i wyłącznie za swoją imaginację, mimo to jednak przyspieszyła kroku i zaczęła, co jakiś czas nerwowo rozglądać się na boki i za siebie. Wiedziała, że w tych czasach nikt nie może czuć się bezpieczny. Dzięki swojej pracy kelnerki w dość popularnym barze, niemal codziennie dowiadywała się o tym, ze zaginął lub został zamordowany w okrutny sposób. Wiele osób przychodziło do baru tylko po to, by zatapiać swoje smutki po stracie kogoś bliskiego w kolejnych butelkach mocnych trunków. Całe jej życie wypełniało łkanie innych ludzi i to było głównym powodem, dla którego ona starła się nigdy nie ronić łez. Miała świadomość, że w erze wiecznego chaosu i niepokoju, ktoś musi pozostawać silny, by być podporą dla słabych ludzi, niepotrafiących poradzić sobie z problemami niebezpieczeństwami czyhającymi na nich za każdym rogiem. Ona starała się być właśnie taką podporą, jednak czasem sama traciła siły i zaczynała szlochać rozmyślając, czemu to jej mąż, a nie ona cztery lata temu, została rozszarpana na strzępy przez wilkołaka. Nigdy nie zapomni smrodu futra i potu, mieszającego się z zapachem świeżej krwi, rozlanej na powierzchni kilku metrów kwadratowych. Nigdy nie zapomni również agonalnych jęków i krzyków swego małżonka, który kazał jej uciekać, by ratować jej życie, a sam zginął w niesamowitych męczarniach. To wspomnienie wracało do niej często, jednak z czasem zadając coraz mniej bólu. To zdarzenie właśnie wróciło do jej głowy, więc z całych sił próbowała je z tamta wypchnąć, usiłując nie przypominać sobie widoku zmasakrowanych zwłok swego wybranka. Te ambitne próby przerwał jej cichy śmiech dochodzący zza jej pleców. Teraz była pewna, ze jej się nie wydaje – miała już pewność, ze to co słyszy jest prawdziwe. Zatrzymała się i powoli odwróciła, jednak ku swemu niezmiernemu zaskoczeniu nic nie zobaczyła. Włosy zjeżyły jej się na karku, gdy po raz kolejny usłyszała ten śmiech, tym razem znacznie głośniejszy i wyraźniejszy niż poprzednio, w dodatku, o dziwo ponownie za jej plecami. Ów śmiech napawał ją niesamowitym strachem. Nigdy takiego nie słyszała – to nie był śmiech kogoś rozbawionego, a śmiech szaleńca. Z niepokojem odwróciła się ponownie, po czym zaraz z krzykiem upadła i ciężko dysząc, zaczęła wycofywać się na czworakach, a raczej próbować, gdyż strach przenikał teraz całe jej ciało, od czubka włosów, aż po same końce palców u stóp. Kropelki zimnego potu tańczyły na jej czole w blasku księżyca, a jej zielone oczy, które nabrały teraz niesamowitych rozmiarów, wpatrzone były teraz w blade oblicze, wykrzywione teraz w drwiącym uśmiechu, które bez wątpienia należała do wampira. Ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę, nałożoną bezpośrednio na wychudzone ciało oraz wytarte spodnie, z dziurą ukazującą kolano napastnika. Przetłuszczone brązowe włosy, spływały krwiopijcy na oczy, ukazujące teraz, pełne dzikiego pożądania spojrzenie. W końcu wampir oblizał się ostentacyjnie i już zaczął nachylać się, nad swoją ofiarą, by jednym ukąszeniem pozbawić jej życia, gdy nagle poczuł szybkie szarpnięcie w brzuchu i odruchowo skierował swoje spojrzenie w dół. Spod jego klatki piersiowej wystawało długie na ponad pół metra ostrze, wykonane z mithrilu – jedynej, poza magią, rzeczy, która mogła uśmiercić wampira lub wilkołaka. Niedoszły morderca wydał z siebie zduszone charknięcie, opluwając przy tym krwią, leżącą przed nim dziewczynę, która wydała z siebie dziwny jęk, gdy na jej twarzy wylądowała posoka zabitego wampira, który w chwilę później zwisł bezwładnie na mieczu i zamienił się w proch. Elena, wciąż wypełniona od stóp do głów paniką i niepokojem, podniosła głowę by ujrzeć swego wybawcę. Mężczyzna opatulony był czarnym płaszczem z kapturem, tak, ze niemal całe jego ciało pozostawało pod tym okryciem, dopóki nie uniósł miecza i nie zlizał z niego krwi, tak, ze blask księżyca padł na jego usta, z których wystawały długie na mniej więcej centymetr kły. Kobieta natychmiast wydawała z siebie piskliwy krzyk, jednak jej wybawiciel i, jak się spodziewała przyszły kat, schował miecz do pochwy pod płaszczem, obrócił się na pięcie i szybkim krokiem oddalił się, znikając w mroku nocy…
 

Offline The_Reaver

  • Heartless Engineer
  • Redaktor
  • *********
  • Wiadomości: 2086
  • Dark Keyblade Master
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #1 dnia: Marzec 07, 2006, 09:33:51 am »
Nowy pisarz SquareZone. Fiki są ostatnio w modzie. A twój Siergiej nie odbiega jakością od innych. Tylko czemu nazwa bu? Anyhow mam nadzieje, że będziesz dalej pisał, bo naprawde interesująca praca.
I'm in Space!

Offline Miyone

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 81
    • Zobacz profil
    • http://
bu!
« Odpowiedź #2 dnia: Marzec 07, 2006, 01:01:28 pm »
Bardzo ładnie^^ chociaż niektóre teksty dziwne trochę... Ale może tylko ja odniosłam takie wrażenie, więc się nie przejmuj :P bo naprawdę jest fajnie. :)
Cytuj
jej wybawiciel (...) szybkim krokiem oddalił się, znikając w mroku nocy…
Hihihi, uwielbiam takie postaci!
Pisz dalej! Trening czyni mistrza^^

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #3 dnia: Marzec 07, 2006, 08:31:02 pm »
hmm.... widzę, że Serdż, wróciłeś do pisania. Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy źle...... Ogólnie tekst napisany poprawnie, chociaż mógłbyś unikać tych megadługaśnych zdań, o to tylko rozmazuje styl. O fabule na razie się nie wypowiem, bo to dopiero pierwszy rozdział. Zobaczymy co dalej z tego wyniknie....
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
bu!
« Odpowiedź #4 dnia: Marzec 08, 2006, 11:58:43 am »
Całkiem ciekawie się to czyta muszę powiedzieć.

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #5 dnia: Marzec 12, 2006, 08:06:59 pm »
-Jest nasz – wyszeptał Aragones do trójki kompanów oglądając całe zajście z dachu kamieniczki, która swymi rozmiarami górowała nad wszystkimi innymi budynkami w okolicy, a stała na samym końcu uliczki, w której kilka sekund wcześniej zginął wampir. Kiedyś ów budynek należał do ludzkiego magnata, jednak ten fakt został bezpowrotnie zmieniony, przez jakiegoś plugawego potwora, który bezwzględnie pozbawił życia mieszkańca kamienicy – szykujcie się – dodał odrobinę głośniej blondwłosy wampir w srebrnym, delikatnie połyskującym w blasku księżyca pancerzu i bordowej pelerynie na plecach. Moment później, już sam dzierżył w swych potężnych dłoniach, ściągnięty z pleców dwuręcznym miecz, wykuty z najlepszej jakości mythrilu. To samo zrobiła pozostała trójka krwiopijców, do tej pory stojących bez ruchu, niczym wykute w kamieniu posągi. Wszyscy ubrani byli tak samo, jednak znacznie różniły ich bronie, jakimi się posługiwali, postura oraz rysy twarzy. Niewysoki chłopak, którego twarz wskazywała na bardzo młody wiek, a białe włosy spływały aż do ramion, trzymał w dłoniach potężną kuszę, z załadowanym bełtem, którego grot lśnił, reflektując światło księżyca, gotowy do zatopienia się w ciele swego celu.
W rękach następnego, nieco wyższego mężczyzny, którego bystre spojrzenie wyglądające spod burzy kruczoczarnych włosów bacznie omiatało całą okolicę, pojawiły się dwa sejmitary. Za nimi stał, najwyższy z całej czwórki wampir, któremu łysa głowa i liczne blizny oraz szramy na twarzy, nadawały wygląd pospolitego bandyty, a oburęczny topór trzymany w wielkich dłoniach, napawał strachem każdego, kto spotkał się z nim oko w oko. Po przygotowaniu broni, cały kwartet, bezszelestnie odbijając się od kolejnych dachów, podążał w kierunku, w którym udał się wcześniej zakapturzony wampir. Już po chwili odnaleźli go, szybko, acz nie wydając żadnych dźwięków, lawirował między ponurymi budynkami, rzucającymi niemal nieprzenikniony dla ludzkiego oka, mrok. Zbliżali się coraz bardziej, aż w końcu, gdy dotarli do pierwszej lepszej dłuższej uliczki, zatrzymali się, by młodzian o białych włosach w spokoju mógł wycelować. Przez kilka sekund zalegała nie zmącona niczym cisza, podczas której nikt nawet nie śmiał poruszyć nawet najdrobniejszym mięsniem. W końcu, niczym huk wystrzału z armaty, rozerwał nią świst, z jakim bełt wystrzelił z kuszy i pomknął w stronę zakapturzonego mężczyzny. Zaraz potem dało się słyszeć szczęk uderzenia metalu o metal, a ubrane na czarno dziecię mroku wpatrywało się w niedoszłych oprawców, trzymając w ręce swój mythrilowy miecz. U jego stóp leżał bełt, który jeszcze przed chwilą rozcinał powietrze z oszałamiająca prędkością. Czwórka wampirów popatrzyła po sobie, po czym trzech z nich zeskoczyło z dachu i ruszyło w stronę swej ofiary, gotowych na to by uśmiercić go bez zmrużenia oka, a strzelec został na dachu by „przeładować” kuszę. Zakapturzony krwiopijca natychmiast odwrócił się i wbiegł pędem do najbliższej uliczki, a pościg pomknął za nim. „Inferi ehs!” zainkantował pod nosem mężczyzna z dwoma sejmitarami, a te natychmiast zapłonęły wyczarowanym przezeń ogniem, pozwalając roztańczonym płomykom rzucić trochę światła, na kolejną z ponurych uliczek, w której właśnie się znajdowali. Dzięki temu, Aragones dostrzegł znikający za rogiem, czarny płaszcz uciekiniera, po czym natychmiast zakomenderował:
-Dulkadir, biegnij tamtędy i wyjdź mu naprzeciw! – powiedział wskazując na postawnego mężczyznę z łysiną, po czym wskazał mu palcem gdzie ma się udać – a ty Sivias i ty Blitz, idziecie za mną – tu wskazał kolejno na mężczyznę oświetlającego sejmitarami ulicę i goniącego ich strzelca z białymi włosami, który dopiero teraz pojawił się na horyzoncie, po czym ruszył pędem w stronę znikającego mordercy, a reszta posłusznie wykonała jego polecenia. Gdy skręcili za uciekającym wampirem dostrzegli, że jest już w połowie uliczki, na której teraz stali. Nie mieli szans go dogonić, a jeśli dobiegnie do końca, to nawet Dulkadir nie przetnie jego drogi:
-Strzelaj! – krzyknął Aragones w stronę krwiopijcy o białych włosach, nie przestając biec w stronę zbiega.
-Tak jest! – odkrzyknął Blitz, zatrzymał się i niemal natychmiast wystrzelił bełt, który pomknął w stronę uciekiniera. Tym razem jednak ten nawet nie musiał się bronić, gdyż bełt przemknął tuż koło jego głowy, roztrzaskując się o pobliską ścianę. Już wydawało się, że wampir zniknie z oczu pościgu, gdy z mroku, tuż przed nim, wyburzyła się ogromna postać Dulkadir, który właśnie unosił swój topór, gotowy zadać nim śmiertelny cios. Jego przeciwnik błyskawicznie odskoczył, a mithtilowe ostrze z hukiem uderzyło w ziemię, rozłupując na drobne kawałeczki brukową kostkę, która była pokryta droga. Ubrany na czarno krwiopijca usiłował pchnąć mieczem przeciwnika, jednak ten podnosząc topór, zdołał zatrzymać ten cios. Zbieg zaatakował jeszcze raz, tnąc z dołu do góry, a następnie wykonując krótki wymach mieczem, jednak obydwa te ciosy zostały umiejętnie sparowane przez Dulkadira. Gdy ta dwójka walczyła, pościg coraz bardziej się zbliżał, aż zatrzymali się jakieś dwa, może trzy metry od pojedynkujących się wampirów.
-Czemu stoimy kapitanie? – zapytał zawiedzionym głosem, wyraźnie jeszcze mało doświadczony Blitz.
-Est ax xarth! – zainkantował w odpowiedzi kapitan, wbijając swój miecz w ziemię jedną ręką, a drugą wyciągając do przodu, zaciśniętą w pięść. Tuż przed nią zapalił się niebieski płomień, który z dużą prędkością wystrzelił w stronę walczących, lecąc wprost na plecy wampira zabójcy. Ten jednak dosłyszał inkantację, dzięki czemu zdążył uchylić się i ruszyć pędem w stronę, z której jego przeciwnik przybiegł. Tym razem udało mu się zgubić pościg, który najprawdopodobniej został przy trafionym zaklęciem, adresowanym do zbiega, Dulkadirze, którego siła czaru rzuciła niczym szmacianą lalkę kilka metrów dalej, zostawiając na jego twarzy kolejną porcję zadrapań i poparzeń.
 

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #6 dnia: Marzec 12, 2006, 08:33:08 pm »
hmm..... muszę ci powiedzieć, że trochę masz przegięty styl pisania. Zawsze chcesz zawżeć za dużo informacji w zbyt krótkim fragmencie tekstu. Reultat jest ało fajny, bo niektóre zdania musiałem po dwa razy czytać, żeby ogarąć całą ich treść.
Musisz się Serdżej postarać trochę swój styl  hmm..... uprościć. Nie, żeby inteligentne i rozbudowane zdania były złe, ale co za dużo to nie zdrowo....  
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline The_Reaver

  • Heartless Engineer
  • Redaktor
  • *********
  • Wiadomości: 2086
  • Dark Keyblade Master
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #7 dnia: Marzec 12, 2006, 08:33:44 pm »
Impresive. Masz zadatki konkurować z aktualnymi pisarzami, o ile nie skończy ci się tak szybko wenna. Pościg napisane bardzo ciekawie. Chwyciłem wszystko na raz i ... czekam na więcej.
I'm in Space!

Offline Miyone

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 81
    • Zobacz profil
    • http://
bu!
« Odpowiedź #8 dnia: Marzec 12, 2006, 09:26:02 pm »
Historia zapowiada się ciekawie, a jedyne do czego można się przyczepić to rzeczywiście długości niektórych zdań.
Cytuj
Tym razem udało mu się zgubić pościg, który najprawdopodobniej został przy trafionym zaklęciem, adresowanym do zbiega, Dulkadirze, którego siła czaru rzuciła niczym szmacianą lalkę kilka metrów dalej, zostawiając na jego twarzy kolejną porcję zadrapań i poparzeń.
Trudno się czyta podobne zdania. Lepiej myślę byłoby, gdybyś spróbował przerobić podobne teksty na dwu-trzy zdaniowe opisy.
Poza tym bardzo fajnie. :) Ja również mam nadzieję, że na tym nie poprzestaniesz i będziesz zamieszczał kolejne rozdziały opowiadania^^
« Ostatnia zmiana: Marzec 13, 2006, 02:56:09 am wysłana przez Miyone »

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
bu!
« Odpowiedź #9 dnia: Marzec 14, 2006, 11:18:08 am »
Nadal nieźle ci to idzie. Czekam na ciąg dalszy.  

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #10 dnia: Marzec 19, 2006, 09:04:39 pm »
Rozdział III

Wewnątrz kanału panowała absolutna ciemność, a szum niespokojnie płynących ścieków zagłuszał ostatnie jęki i piski, wydawane przez szczury, w które co chwila, wbijały się długie kły Siriela. Wszechogarniający go mrok nie był dlań żadnym problemem, gdyż dzięki temu iż był wampirem dobrze widział w ciemności, a przynajmniej na tyle dobrze, by upolować zadowalającą go ilość gryzoni. W końcu, gdy przed zakapturzonym wampirem stanęła, sięgająca niemal jego kolan sterta szczurzych zwłok, uznał, że zaspokoił swą rządzę krwi. Przysiadł, więc pod murem, by choć trochę wypocząć i pogrążył się w rozmyślaniach. Myślał nad tym, czy uda mu się pozbawić kolejnego plugawego krwiopijcę życia, zanim dopadną go żołnierze z Zakonu Srebrnego Kła. Była to jedyna wampirza organizacja w stolicy Arsenu – Lemborgu. Starała się ona za wszelką cenę niedopuścić do złamania trzech głównych zasad wampirów. Zabraniały one plamienia honoru „dostojnego, wampirzego rodu, którego od niemal wieku wystrzegają się wszystkie rasy”, jak to określał Zakon. A zrobić można to było na dwa sposoby. Wyssać krew z najbardziej nienawidzonego przez wampirów stworzenia, czyli wilkołaka. Krwiopijcy uważali lykanów za najbardziej bezwartościową z ras, nienawidzili ich, od kiedy wilkołaki zaczęły mordować ludzi, których szyje do tej pory były na wyłączność wampirów. Dla tego też te rasy z dużą satysfakcją mordowały swych przeciwników, jednak rasa nieumarłych twierdziłą, że dyshonorem byłoby zatopienie swych „szlachetnych” kłów, w ciele tak bezwartościowego ścierwa, jakim jest wilkołak. Drugą rzeczą, która mogła zostawić plamę na honorze wampira, było morderstwo kogoś z tej samej rasy – czyli innego krwiopijcę. Była to według Zakonu Srebrnego Kła najgorsza zbrodnia, jakiej tylko można się dopuścić i karą za dokonanie tego, była taka, jak popełnione przestępstwo – śmierć. Poza tymi dwoma zakazami, panował jeszcze inny, w przypadku którego nie przewidywano żadnych okoliczności łagodzących, mimo to jednak, nie twierdzono by była to wielka plama na wampirzym honorze i niektórzy otwarcie próbowali się sprzeciwiać temu prawu. Jednak mimo tych, swoją drogą nielicznych prób sprzeciwu, zakaz powoływania do życia nowych dzieci mroku obowiązywał bezwzględnie od trzydziestu lat. Mniej więcej wtedy stwierdzono, iż żyje już za dużą ilość wampirów i nie powinno powoływać się do życia nowych, ze względu na spadającą w dużym tempie liczbę ludzi, którzy były głównym pożywieniem dla krwiopijców, lubujących się w ludzkiej posoce, którą nazywali często napojem bogów.
Tymi, którzy podejmowali się łamania tych zasad zajmowali się znakomicie wyszkoleni, zarówno w czarnej magii jak i w posługiwaniu się bronią, żołnierze Zakonu. Byli oni postrachem całego Lemborgu i często sam widok takiego żołdaka napawał strachem od stóp do głów.
Teraz, gdy Siriel wiedział, że ci właśnie żołnierze ścigają go, miał świadomość, że dokonywanie kolejnych mordów na wampirach będzie znacznie trudniejsze. Jednak za bardzo ich nienawidził, mimo iż sam był jednym z nich, by zaprzestać zabijania ich. Robił to za to, ile nieszczęść sprowadzili na ludzką rasę i z jaką satysfakcją oraz bezgranicznym okrucieństwem mordowali swe kolejne ofiary, czerpiąc rozkosz z ludzkiego cierpienia. Przez ostatnie kilkanaście lat Siriel sam był tego typu potworem. Napawał się strachem w oczach swych ludzkich ofiar, pozwalał im uciec na kilka metrów, by po chwili wyprzedzić je korzystając ze swych wampirzych „usprawnień”, aby ponownie, po raz ostatni spojrzeć w ich oczy i ujrzeć w nich przerażenie. Jednak nie mógł tak dłużej. Za każdym razem, gdy zatapiał swe kły w czyjejś szyi, wracały doń wspomnienia z dnia, którego sam dołączył do mrocznej rasy. Obraz całej jego rodziny mordowanej osoba po osobie. Widok zwijających się w agonii braci i sióstr. W końcu docierało do niego najgorsze wspomnienie, to przypominające mu jego własną śmierć. Pamiętał doskonale swego oprawcę. Szczupły, średniego wzrostu mężczyzna, przywdziany w ciemnozielony płaszcz, zapinany na srebrne guziki. Jego głowę nakrywał czarniejszy od nocy melonik, spod którego strzelały na różne strony, kontrastujące z nim jasne włosy – tak właśnie wyglądał wampir legenda, Iroel, największy żyjący przeciwnik Zakonu Srebrnego Kła. Mimo licznych prób, żaden żołnierz nigdy nie pozbawił go życia, a kilku z nich przypłaciło własnym tego typu próby. Jeszcze dwa lata temu, siedzący teraz ze szczurami w kanale Siriel, był dumny, że jest potomkiem legendarnego wampira. Jednak wszystko zaczęło się zmieniać. Wspomnienia wracały, zadając mu takie cierpienie, jakiego nie doznał nawet torturowany za pomocą magii przez Iroela. Wiedział, ze nigdy nie zapomni tego ciekawskiego wyrazu twarzy krwiopijcy, kiedy przyglądał się, jak on, Siriel zwijał się z bólu, łkając jednocześnie z powodu utraty rodziny. Nie chciał, by kogokolwiek spotkała kiedyś podobna tragedia. Dla tego dwa lata temu poprzysiągł sobie wymordować jak największą ilość wampirów, w tym swego legendarnego oprawcę. Uśmiechnął się na samą myśl o martwym Iroelu i rozkoszował się nią, aż nie zmorzył go sen spowodowany zmęczeniem dzisiejszą ucieczką.

Drzwi otwarły się skrzypiąc niemiłosiernie i w środku obszernego gabinetu stanął Aragones. Całe pomieszczenie oświetlone było tylko jedną, małą świeczką stojącą na ustawionym w środku pokoju biurku. Blade światło padało na siedzącego za nim, wychudzonego wampira, o cerze bladej, nawet jak na przedstawiciela tej rasy. Po jego plecach spływały zlewające się z ciemnością, spięte włosy. Całą szczękę otaczał delikatnym, ledwie widoczny w kiepskim oświetleniu zarost, a czarne, małe oczy przewiercały swym spojrzeniem blondwłosego krwiopijcę. Aragones niepewnym krokiem podszedł bliżej, a twarz siedzącego za biurkiem mężczyzny wykrzywiła się w szyderczym uśmiechu, gdy tylko ujrzał zakłopotanie na obliczu kapitana oddziału Zakonu Srebrnego Kła.
-Dobry wieczór generale Gets – zaczął niepewnie przybyły wampir.
-Do rzeczy Aragones – odparł generał obojętnym tonem.
-No więc…em…ten morderca nam uciekł…
-Co proszę? – przerwał mu Gets, a uśmiech momentalnie spełzł z jego twarzy, która przybrała złowieszczy wyraz.
-Morderca nam uciekł i…tego, no…Dulkadir jest ciężko ranny – wydusił z siebie Aragones i wiedział, ze gdyby jeszcze był człowiekiem, to pewnie by się zaczerwienił.
-CO?! – wykrzyknął generał Zakonu, podnosząc się z krzesła – nazywacie się żołnierzami Zakonu Srebrnego Kła, a nie potraficie przez dwa pieprzone lata złapać jakiegoś patałacha?! – teraz Gets już wrzeszczał tak głośno, ze pewnie słychać go było na ulicy.
-Chyba nie jest takim patałachem, skoro…
-Zamknij się! – wykrzyknął generał ponownie przerywając niższemu rangą mężczyźnie – won z stąd, ale już! I nie waż mi się tu wracać bez wieści o tym, że złapaliście i zabiliście tego skurwiela! – po tych słowach Gets uderzył pieścią w blat biurka i spiorunował Aragonesa spojrzeniem. Ten odwrócił się pospiesznie i wymaszerował z gabinetu. Nienawidził swego dowódcy. Kiedy jego oddziałowi się udało czegoś dokonać wręczał mu żołd bez słowa, a kiedy coś sknocili, Aragones mógł być pewien, że czeka go wielka awantura i okropny gniew generała.


 
« Ostatnia zmiana: Marzec 19, 2006, 10:16:07 pm wysłana przez S&S »

Offline Miyone

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 81
    • Zobacz profil
    • http://
bu!
« Odpowiedź #11 dnia: Marzec 19, 2006, 10:03:22 pm »
Bardzo fajny rozdział i coraz bardziej się wciągam. :) Masz ogromną wyobraźnię i szczerze myślę, że idzie Ci coraz lepiej. Przeczytałam tę część z przyjemnością^^

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #12 dnia: Marzec 20, 2006, 11:20:04 pm »
hmm..... trzeba przyznać, że coraz bardziej wciągające jest to twoje opowiadanie. Cóż mogę rzec.... pisz dalej, wyrób sobie styl, będzie dobrze
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
bu!
« Odpowiedź #13 dnia: Marzec 22, 2006, 11:16:11 am »
Rozdział bardzo ciekawy.  

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #14 dnia: Marzec 26, 2006, 08:13:22 pm »
Rozdział IV

Powieki Siriela uniosły się w górę, gdy do jego uszu dobiegł stukot kropli deszczu, tłukących się w drogę ponad jego głową. Spojrzał w górę, by ujrzeć nad sobą właz do kanału i podniósł się z ziemi. W cale nie uśmiechało mu się polowanie pośród strug zimnej wody, sączącej się z czarnego nieba. Miał jednak tę świadomość, że deszcz utrudni pościg żołnierzom zakonu, przez co miał nad nimi przewagę. Siriel stał jeszcze chwilę, bijąc się z własnymi myślami. W końcu jednak, naciągnął kaptur na głowę i wspiął się, po lekko przeżartej już rdzą drabince, prowadzącej do włazu. Pchnął masywną, stalową klapę do góry i do kanału ściekowego zaczęły dostawać się lodowate kropelki wody. W mgnieniu oka zalały one całą twarz wampira, który wykrzywił swe blade oblicze w grymasie złości. Szybko podciągnął się i wylazł z kanału, by natychmiast przemoknąć do suchej nitki. Na próżno byłoby szukać miejsca na jego ciele, które nie ociekałoby wodą. Ruszył więc pędem w stronę ściany najbliższego budynku i w niesamowitym tempie wspiął się na dach, korzystając niemal ze wszystkich parapetów, czy pęknięć w ścianie. Stanął na szczycie jednej z ponurych kamienic, jakich pełno było w tym mieście i wciąż moknąc rozglądnął się wokół siebie, obejmując wzrokiem tyle, ile tylko był w stanie. W końcu, zupełnie bezszelestnie odbił się od dachu kamieniczki, chwilę później lądując na następnej, by znów przeskoczyć na kolejną. Odbijał się tak od kolejnych budynków, niemalże nie dotykając ich pokryć. Człowiek, gdyby to zobaczył, z pewnością stwierdziłby, że Siriel po prostu latał. W końcu wampir wylądował, na którymś z dachów i ociekając wodą spojrzał w dół. Jego oczy rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów, wciąż wpatrując się w jeden punkt, a wargi mimowolnie rozwarły się, by po chwili wykrzywić się w nienaturalnym uśmiechu. Wreszcie jego największe marzenie może się ziścić. Wreszcie może zabić Iroela, stąpającego teraz powoli po brukowanej drodze, nic nie robiącego sobie ze spadających nań zimnych kropel. Wyglądał dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy nawiedził dom, stojącego teraz nad nim wampira. Ten sam płaszcz, te same srebrne guziki, ten sam melonik, ta sama, jasna, strzecha na głowie – tak, to bez wątpienia był legendarny wampir. Siriel wydobył swój mithrilowy miecz, wciąż nie mogąc uwierzyć w szczęście, jakie go spotkało. Nie zwykł ufać w to, że  istnienieje zjawisko, zwane zbiegiem okoliczności, lecz teraz po prostu nie miał innej możliwości. Z resztą, nawet się nad tym nie zastanawiał i po prostu skoczył w dół, by zamordować swego najbardziej znienawidzonego wampira. Szybował w dół, trzymając swój miecz oburącz. Wiatr zdmuchnął mu z głowy kaptur, toteż jego włosy natychmiast nasiąknęły wciąż lecącą z nieba wodą. Do jego uszu zaczęły dobiegać jakieś słowa, jednak zanim zrozumiał co oznaczają, jego oprawca sprzed lat błyskawicznie się odwrócił. Wyciągnął do przodu swą lewa rękę i natychmiast wystrzeliła zeń smuga bladego światła, trafiając nadlatującego Siriela prosto w twarz. Ten odruchowo zamknął oczy, jednak magiczne światło bez problemu przeniknęło przez jego powieki wywołując ogromne cierpienie. Wszędzie wokół niego było tylko to przeklęte światło, zadające mu tak ogromny ból. Myślał już, że to jego koniec i ta przeokropna jasność nigdy go nie opuści. Jednak w końcu jego ciało uderzyło o mokrą od deszczu kostkę brukową. W końcu światło zniknęło i Siriel mógł otworzyć oczy bez żadnej obawy. Podniósł się z ziemi i spojrzał w stronę Iroela. Ten, jak gdyby nigdy nic, powrócił do swego spaceru, odwracając się plecami do napastnika. Ogromna frustracja wręcz rozpierała odzianego w czerń wampira. Podniósł z ziemi miecz, który wypadł mu z ręki, gdy został trafiony zaklęciem i trzymając go w prawej dłoni ruszył w stronę legendarnego krwiopijcy. Nie zwracał już uwagi na to, czy porusza się cicho czy nie. Spływająca po uliczce woda głośno chlapała, gdy tylko but Siriela o nią uderzał. W biegu bez przerwy mrugał oczami by pozbyć się, mieniących się różnymi kolorami, plam powidoku wciąż przesłaniającymi mu obraz. Był coraz bliżej i bliżej, aż w końcu znalazł się na tyle blisko Iroela, by zadać cios. Zamachnął się i gdy mithrilowe ostrze już miało sięgnąć szyi wampira, ten z niewiarygodną szybkością odwrócił się i chwycił przeciwnika za przegub swą lewą ręką. Prawą dłoń zaś, zacisnął na gardle napastnika, bez problemu unosząc go w górę. Siriel stracił grunt pod nogami i możliwość zaatakowania swego wroga. Czuł coraz mocniej zaciskającą się na jego szyi dłoń. Usiłował wyrwać się z owego żelaznego uścisku jednak wszystkie próby spełzły na niczym. W końcu zebrał się w sobie by spojrzeć Iroelowi w oczy, z taką nienawiścią, na jaką był w stanie się zdobyć. Ku swemu zdziwieniu, stwierdził, że wampir w meloniku w cale nie odwzajemnia tego typu spojrzenia. Wręcz przeciwnie. Spoglądał na niego z wymieszaniem zadowolenia i zaskoczenia zarazem.

Oddział Aragonesa mozolnie tułał się po wąskich uliczkach Lemborgu, bez większych nadziei na odnalezienie swego celu. Wiedzieli, że zbliżanie się do gabinetu generała Getsa, bez dobrych wieści, byłoby fatalnym pomysłem. Uznali, ze nawet gorszym niż poszukiwanie ubranego na czarno mordercy, pośród strug zimnego deszczu. Pracownicy zakonu ochrzcili rzeczonego zabójcę niezwykle wymownym mianem łowcy wampirów. Szukając go teraz we czwórkę, żołnierze szli powolnym krokiem, brnąc przez kolejne opustoszałe ulice. Woda bębniła w ich potężne pancerze, jednocześnie wsiąkając w bordowe peleryny i mrożąc twarze. Cały kwartet, a w szczególności Dulkadir, którego rany się jeszcze nie zagoiły, był w tak podłych nastrojach, że nie odzywali się do siebie ani słowem. Czekali z utęsknieniem, aż w końcu będą mogli powrócić do swych suchych i ciepłych kwater. Gdy tak szli, przemierzając kolejne ciemne i mokre uliczki, dostrzegli błysk światła, rozrywający wszechogarniającą noc i rozpościerający wokół siebie potężną magiczną aurę. Czwórka wampirów syknęła i wszyscy pozasłaniali sobie oczy rękami. Jednak nie uchroniło ich to przed magicznym światłem, które na ich szczęście zniknęło tak szybko jak się pojawiło.
-Lepiej to sprawdźmy – zakomenderował Aragones, ściągając z pleców swój dwuręczny miecz.
-Tak jest! – odpowiedział ochoczo Blitz, ładując kuszę. Był członkiem zakonu zaledwie przez półtorej roku, jednak jego zdolności strzeleckie i zamiłowanie do walki sprawiły, że został powołany do poszukiwania łowcy wampirów.
-Nareszcie coś zaczyna się dziać! – dodał Sivias, ziewając teatralnie. Znany był z tego, iż nigdy nie traktował niczego na poważnie, tak samo jak nigdy nie przykładał się specjalnie do tego co robił. Mimo to jednak, ze świecą trzeba by szukać kogoś, kto w sztuce posługiwania się mieczami, był odeń lepszy. Jego niesamowita szybkość połączona ze świetną techniką, pozwoliły mu dojść do perfekcji w walce sejmitarami. Podobnie jak reszta, swoją broń wyciągnął też Dulkadir. Ten olbrzym, który wyróżniał się nie tylko aparycją a również nieziemską siła, nie był typem dużo mówiącego osobnika, toteż zachował ciszę i ruszył biegiem za trójką Kompanów. W ciągu krótkiej chwili dotarli do wąskiego zaułka, z którego dobiegło do nich ta tajemnicza, magiczna jasność. Ujrzeli tuż przed sobą coś, czego nie spodziewaliby się w najdziwniejszych snach. Stał oto przed nimi największy wróg zakonu, trzymający cieszącego się złą sławą łowcę wampirów – ich cel. Jedną dłoń zaciskał na przegubie mordercy, a drugą na jego gardle, dzięki czemu utrzymywał go w powietrzu. Iroel zdawał się ich nie dostrzegać, natomiast gniewne spojrzenie Siriela, przeniosło się z legendarnego krwiopijcy na czwórkę żołnierzy.
-Ho-ho! Co my tu mamy? Dwa największe utrapienia wampirów unicestwione w jeden dzień – powiedział Sivias, uśmiechając się szeroko, po czym dodał – chyba jedna warto było urządzić sobie ten deszczowy spacer.
-Iroel! – wykrzyknął Aragones – wiesz, że wyczarowywanie światła jest zabronione. Oddaj nam tego skurwiela, a pozwolimy Ci odejść bez poważnych konsekwencji – na te słowa Iroel wypuścił z uścisku przegub Siriela i spojrzał na swych nowych oponentów, jednocześnie stając tak, by zasłonić sobą powołanego przezeń wampira, którego gardło wciąż trzymał.
-Chcecie, to sobie go weźcie – odparł, a na jego twarz wkroczył szelmowski uśmieszek.
-Nie ma sprawy! – krzyknął Blitz i wystrzelił bełt, który ze świstem pomknął ku legendarnemu krwiopijcy. Mgnienie oka i pocisk spoczywał w wolnej dłoni Iroela, a uśmiech na jego twarzy znacznie się poszerzył. Szybko odrzucił bełt i wciąż trzymając Siriela odbił się od ziemi by po chwili wylądować na dachu najbliższego budynku. Wszyscy, włączając w to łowcę wampirów, nie mogli ukryć swego zdziwienia. Taki skok, nawet dla dziecka mroku był czymś niezwykłym, nie wspominając nawet o tym, że lecąc, ciągnął za sobą drugiego wampira. Wróg zakonu zostawił na pokryciu swe dziecko i prędko się oddalił. Gdy żołnierze otrząsnęli się z szoku, błyskawicznie zaczęli wspinać się po ścianie kamienicy, na której dachu był teraz najbardziej poszukiwany przez nich wampiry . Jednak gdy dotarli na szczyt dwójka uciekinierów zdążyła się już oddalić. Ruszyli w pościg. Co prawda nie mieli szans na złapanie Iroela, który był teraz tylko małą zieloną plamką na widnokręgu, ale wciąż była nadzieja by dorwać Siriela. Zarówno on, jak i pędzący za nim pościg, biegli co sił w nogach, nie zważając na wciąż zacinający w ich twarze deszcz. Oddział Aragonesa starał się nie spuszczać z oczu łowcy wampirów, a ten natomiast usiłował sprawić by z zasięgu wzroku nie uciekł mu Iroel. Mimo to, zielona kropka stawała się coraz mniejsza i mniejsza, aż w końcu prawie zniknęła, gdzieś w okolicy murów miasta. Irytacja Siriela sięgała zenitu. Pozwolił sobie na porażkę. Na to by szansa, która może się nie powtórzyć, przepadła. W końcu zeskoczył w dół z jednego z dachów i poszybował w stronę okna następnego. Zbił je własnym ciałem i upadł na podłogę, kładąc się na resztkach szkła. Syknął z bólu, gdy kilka kawałków rozbitego okna przebiło jego klatkę piersiową, a parę innych pocięło twarz. Szybko podniósł się i otrzepał, po czym natychmiast przylgnął do ściany obok okna. Na jego szczęście poza nim, w pokoju nikogo nie było i modlił się w duchu by tak pozostało. Stał tak przez chwilę obok okna, przez które wlewała się coraz większa ilość wody. Słyszał bicie własnego serca, które wydało mu się hukiem tak głośnym, że można by je usłyszeć z ulicy. Ale jednak nic się nie działo. Najwyraźniej zgubił pościg…podobnie jak Iroela.
 

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #15 dnia: Marzec 26, 2006, 09:21:10 pm »
Uh-Oh...konkurencja <smeci pod nosem i zasiada do dalszego pisania Wielkiej Wojny>  =]  Coraz więcej ludzi mnie przesciga...cóz za motywacja!! :shu: Let's get the party started!

Świetnie napisane opowiadanie! Gratuluje!
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline Miyone

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 81
    • Zobacz profil
    • http://
bu!
« Odpowiedź #16 dnia: Marzec 26, 2006, 10:14:17 pm »
Jestem pod wrażeniem :) Ciekawie rozwija się akcja, fajne opisy, naprawdę  świetnie się czyta!

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
bu!
« Odpowiedź #17 dnia: Marzec 26, 2006, 11:46:22 pm »
Hmm.... trzeba przyznać, że się wyrabiasz jeśli chodzi o pisanie. Całkiem fajnie się to czyta. Miło, że dla odmiany ktoś skupia się na opisach :P .
Ale na miłość boską, to nie rozprawka, weź nie używaj słowa "toteż" :F
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Tamaya

  • Wanderer
  • *******
  • Wiadomości: 931
    • Zobacz profil
    • http://www.tamaya.escarp.net
bu!
« Odpowiedź #18 dnia: Marzec 27, 2006, 10:30:34 am »
Nadal ciekawie się czyta.