Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - Siergiej

Strony: [1] 2 3 4
1
FanFik / Ołowiany pocałunek
« dnia: Wrzesień 28, 2007, 10:29:21 pm  »
Takie tam, niedopracowane, niepoprawione opowiadanko inspirowane troche poezja Zbigniewa Herberta - jedyna, jaka potrafie strawic.

   Cisza. Cisza paradoksalna. Tak niesamowicie głośna i świszcząca w uszach. Najbliższa towarzyszka dwunastu mężczyzn, w ogromnym napięciu wyczekujących jakiegokolwiek ruchu lub odgłosu, który wychynąłby w ich stronę prosto z ciemności nocy. Cały tuzin, młodzi i tacy w średnim wieku, zdający sobie sprawę z tego, iż prawdopodobnie niedługo przyjdzie czas, by umrzeć. Śmierć widzieli już nie raz i nie dwa. Ich rodziny, bliscy, przyjaciele, wrogowie i osoby kompletnie nieznajome całymi setkami padały na ich oczach pod gradobiciem ołowianych morderców.
   Ale nawet mimo braku znaczących szans wszyscy wiedzą, że muszą spróbować. Jeszcze raz sięgnąć po karabiny, noże oraz granaty i stanąć oko w oko z najgorszym wrogiem – okupantem. Wojna oficjalnie się skończyła. Ale państwo podziemne dopiero teraz otrzymało prawdziwy cios. I należy na niego bezzwłocznie odpowiedzieć kontratakiem. Jeśli ma to być ostatnie ukąszenie wijącej się w konwulsjach żmii, to niech przynajmniej niesie ze sobą niewiarygodny ból, którzy uderzy we wszystkie członki wroga.
   Nie było w nich strachu przed tym, że mogą wyzionąć ducha. Na to byli przygotowani od kiedy usłyszeli pierwszy wystrzał. Tak naprawdę najeźdźca również nie był im straszny. Lęk w ich twardych jak kamień sercach budziła tylko myśl o tym, że mogą zawieść. Paść martwi koło tej polnej dróżki, po której obydwu stronach kryją się teraz, w milczeniu wyczekując na odpowiedni moment i nie wykonać zadania. To ostatecznie pogrzebałoby całą partyzantkę. Ostatnie pół tysiąca osób, które chcą walczyć o niepodległość i wciąż zdolne są trzymać karabin. Wszyscy czekają teraz w położonym kilkanaście kilometrów na wschód miasteczku i gotowi są na to, by bronić tego pozbawionego strategicznej wartości punktu aż do ostatniej kropli krwi.
   
   Cisza eksplodowała. Wybuchła warkotem czterech silników, które napędzały wlokące się po dziurawej szosie pojazdy. Każda sekunda, w której nieubłaganie zbliżały się do punktu gdzie leżała dwunastka partyzantów zdawała się być jeszcze dłuższa od poprzedniej.
   Ciemność pękła. Rozerwało ją mocne światło rzucane przez reflektory  nadjeżdżających wehikułów. Mrużyli oczy wpatrując się wszyscy w zbliżające się obiekty. Napięcie narastało. Zdawało się, iż ziemia drży od niesłychanie szybkiego, jednostajnego bicia ich serc. Jeszcze pięćdziesiąt metrów. Dwadzieścia. Dziesięć. Stało się.

     Wojna chyli się ku końcowi. Jeszcze trzydzieści kilometrów i konwój będzie u celu. Cztery najważniejsze osoby z tutejszej partyzantki zostaną osadzone w areszcie. Za parę dni odlecą samolotem do samego serca supermocarstwa, któremu mieli odwagę się przeciwstawić. A tam zostaną osądzeni jak terroryści i wszyscy skończą na krzesłach. I dobrze im tak. Banda sukinsynów. Państwo się poddało i było po wojnie. Ale nie, te skurwiele musiały rozpocząć pieprzoną partyzantkę. Ale w końcu ich mamy. Za trzydzieści kilometrów koniec trasy. W końcu odpocznę. Od tego żółtodzioba, którym kazali mi się opiekować. Od brudnych skurwysynów polujących na nasze życie. Od broni. Od zabijania. Od całej tej chuja wartej wojny, która nikomu nie przyniosła nic dobrego.

   O "kurczaczek"! Co tak jebło?!

-Czemu, do chuja, stanęliśmy? I co się w ogóle stało? – Franck wrzasnął w stronę siedzących w szoferce kierowcy i dowódcy, choć doskonale wiedział, jaka będzie odpowiedź. Odbezpieczył broń.
-"kurczaczek"! "kurczaczek"! "kurczaczek"! – sierżant Kelbreg nie był skory do odpowiedzi. Otwarł drzwi szoferki i jeszcze wielokrotnie powtarzając te słowa wyskoczył na zewnątrz.
-Niech to chuj! Jeep z przewodnikiem wjechał na minę. Wyjebało ich skaj haj, jak to mówią w Grecji, czy gdzieś! – Kierowca, były saper biegle władał czterema językami i miał bardzo specyficzne poczucie humoru, które jak zawsze było wyjątkowo wręcz nieadekwatne do panującej sytuacji.   
-Zaje-"kurczaczek"-biście! Żółtodziób – wrzasnął Franck, szturchając pobladłego żołnierza obok siebie. Dwadzieścia lat. Widział parę trupów. Ani razu, jak do tej pory, nie pociągnął za spust. – pilnuj skurwieli! – to rzekłszy, weteran przesunął rygiel, blokujący drzwi więźniarki i otworzył je kopniakiem. Do śmierdzącego, od potu czterech skutych jeńców i dwójki żołnierzy, wnętrza pojazdu wpadło zimne, orzeźwiające powietrze nocy, niosące ze sobą zapach krwi, która miała zostać przelana.

   Eksplozja miny rozerwała jadącego z przodu jeepa na części. Kierowca, przewodnik i siedzący za karabinem kapral Mucha nie mieli najmniejszych szans na przeżycie. Zdeformowane i przypalone szczątki ich ciał walały się teraz, umazane krwią i żółcią, po polnej dróżce, na którą natychmiast z dwóch stron wybiegli uzbrojeni mężczyźni w liczbie dwunastu. Ruszyli prosto na spotkanie dwukrotnie liczniejszej grupy żołnierzy. Większa ich część błyskawicznie wypadła z opancerzonych transporterów jadących za i przed więźniarką - Jedynym pojazdem, który budził prawdziwe zainteresowanie tuzina partyzantów.

   Tylko sześciu?! "kurczaczek", chuj jasny by to strzelił! Sześciu popierdolców wypadło z rowu obok drogi i tyle zamieszania, psia ich jebana w dupę mać! Zdychaj kurwo! I już pięciu! Ja pierdolę! Straciliśmy już dziewięć osób, łącznie z tymi z jeepa! "kurczaczek", dostał też Kelbreg, ale chyba żyje. Chuj z nim! Zostało trzech! Zdychać "kurczaczek", psy! O ja pierdole! Z tyłu też są! Niech ich chuj, zaatakowali z dwóch stron! Mogłem się domyślić! "kurczaczek", koniec amunicji! Moja noga! Ja pierdole! Więc było ich dwunastu! "kurczaczek"!

   Zostali zaatakowani. Chłopak zwany przez wszystkich żółtodziobem jako jedyny został we wnętrzu pojazdu. Pilnował jeńców. Nawet kierowca wysiadł i chwycił za karabin. Przed wyjściem jeszcze przed chwilą stał Franck. Żółtodziób widział, jak skończyła mu się amunicja. Dostał postrzał w nogę i odczołgał się gdzieś na bok. Pewnie już nie żył. Nie miał szans. Bez ani jednego naboju w magazynku, z kulą w kolanie nie miał najmniejszych szans na ratunek. Ale może jednak. A nuż zdarzył się cud i Franck wciąż oddycha. Żółtodziób wychylił się i rozglądał wokół więźniarki przez moment. I o moment za długo. Wszędzie, gdzie padało światło stojących pojazdów walały się ciała rannych lub zabitych w potyczce. Kilkanaście kroków od więźniarki słychać było jeszcze strzały i krzyki. Partyzanci wygrywali.

   Zaraz nas uwolnią. Boże, co za ulga. Zabili już chyba prawie wszystkich, poza tym gnojkiem, który wciąż nas pilnuje. Idiota. Nawet nie odbezpieczył broni. Jest cały pobladły i wypatruje nie wiadomo czego. Jak go tu znajdą, to wyprują mu flaki. Taki młody. Pewnie nawet nie wie, o co ta cała jebana wojna się toczy. Ja chyba z resztą też nie. Dziś nie walczymy już o niepodległość. To odległy cel, niemożliwy do osiągnięcia. Teraz strzelamy już tylko dla satysfakcji. Dzikiej i chorej radości, jaką przyniesie zadanie bolesnego ciosu wrogowi. Agresorowi, który wstąpił na nasze ziemie, zabił nasze dzieci i odebrał nasze domy. I tak dopóki nie padnie ostatni jeden z nas. Czym takie młokosy, jak ten gnojarz zasłużyły na taki los?

   Ktoś otworzył drzwi szoferki i zapalił silnik w błyskawicznym tempie. Żółtodziób natychmiast odwrócił się, by zerknąć w stronę miejsca kierowcy. Nie zdążył. Jeden z jeńców, ten siedzący najbliżej, który już wcześniej przykuł uwagę młodzieńca smutnym, pełnym mądrości spojrzeniem zdołał go dosięgnąć. Mocne kopnięcie nad kolano sprawiło, że żołnierz stracił równowagę. Zachwiał się i runął na ziemię, wypadając z więźniarki. Nie utrzymał w rękach karabinu. Pojazd ruszył. Na polu walki zostały tylko dwa puste transportery i około trzydziestu trupów, wylegujących się w blasku reflektorów tych pojazdów. Zginęli wszyscy. Poza jednym. Tym, który ukradł więźniarkę. Oczy Żółtodzioba zaszły łzami.

   Było nas dwunastu. Zostałem tylko ja. Patrzyłem jak wróg posyła w bezdenne czeluści piekła kolejnych kompanów, których skłonny byłem nazywać przyjaciółmi. I ja robiłem to samo. Śląc ołowiane pocałunki raz po raz zabijałem ojców, mężów, braci i przyjaciół. I to wszystko dla czwórki mężczyzn, którzy nakażą mi zabijać dalej. Jak długo jeszcze potrwa ten koszmar? Czy nikt nie może ukoić mego cierpienia? Czemu to nie mnie uściskał tej nocy posłaniec śmierci?

   O "kurczaczek". Moja noga. Ja pierdole. Czy wszyscy zginęli? A, nie. Ktoś tam się rusza. O "kurczaczek"! Żółtodziób! Żółtodziób żyje?! O jasny chuj! Jak on to zrobił?! Skurwysyn!

-Te! Żółtodziób! Chodź tu, "kurczaczek"! – na te słowa chłopak podniósł głowę z nad ziemi, na której dotąd leżał i wił się, łkając żałośnie. Jednak nie zareagował na polecenie. Klęczał w bezruchu, czekając aż Franck sam się do niego doczołga. Weteran był nie mniej blady od początkującego żołnierza. Poza tym, jego twarz zalewał pot. Prawe kolano było roztrzaskane.
-Pomógłbyś mi, "kurczaczek"! – wrzasnął starszy stopniem żołdak. Reakcji nie było. Rozsierdzony Franck dopełzł do opancerzonego transportera i usiadł, wspierając się o niego plecami. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę oraz paczkę papierosów i zapalił jednego, zamykając oczy. Ciszę nocy zakłócał tylko warkot silnika i żałosne pochlipywanie Żółtodzioba. Franck cisnął mu przed nos pudełko Marlboro wraz z zapalniczką.
-Tak wygląda wojna, Royston. Przyzwyczaj się. I nie pozwól już nigdy, ale to "kurczaczek" nigdy, by ktoś nazwał cię żółtodziobem. – chłopak ponownie się rozpłakał i zwymiotował prosto przed siebie. Nie miał zamiaru częstować się papierosem. Tak samo, jak w jego planach nie było przyzwyczajanie się do wojny. Nigdy.

2
Faza grupowa / Walka XLVII: Jowy VS Zell
« dnia: Maj 20, 2007, 08:07:42 pm  »
Ryk publiczność niemal zatrząsł posadami niewielkiego, pozbawionego okien budynku koło centrum miasta. Oto, zdawać by się mogło, chuchro pokroju Zella Dinchta powaliło kilkoma celnymi ciosami potężnego dryblasa, któremu mięśnie najprawdopodobniej zastąpiły mózg, nakazując tylko i wyłącznie atakować. Wielkie cielsko leżało teraz śmierdzące i spocone gdzieś w rogu otoczonego klatką ringu, a na samym środku stojący w świetle reflektorów konferansjer w geście zwycięstwa uniósł rękę filigranowego blondyna, oczekując aż wyznaczeni do tego ludzie ściągną z areny pobitego do nieprzytomności, byłego oponenta Zella.
-Kto następny gotów jest, by zmierzyć się z naszym nowym mistrzem Zeeeeeelleeeeeeeeeem!? – wrzeszczał speaker wciąż trzymając w górze jego pięść, podczas gdy ekipa porządkowa zbierała z podłogi dryblasa. Odpowiedzi nie było.
-He he. Chyba nie ma chętnych – szepnął Zell, przekonany, iż właśnie zgarnął główną nagrodę. W sali zaczynało robić się cicho.
-Czyżby naprawdę nikt nie miał odw...
Konferansjerowi przerwał trzask towarzyszący wyłamywaniu z zawiasów drzwi do żelaznej klatki. Wszystkie zgromadzone w niewielkiej hali oczy zwróciły się w jednym kierunku. Zapanowała absolutna cisza. Na ringu pojawiła się nowa postać. Długie włosy, kobiece rysy twarzy, postura wywołująca raczej uśmiech politowania niż podziw oraz obcisłe białe spodnie natychmiast nasunęły typowo męskiej publiczności skojarzenia z homoseksualizmem. Przeraźliwy gwizd niósł się po wnętrzu budynku przez dobrą minutę. Do akcji wkroczyła ochrona – trzech barczystych panów uzbrojonych w gumowe pałki wleciało do klatki i rzuciło się na Jowy’ego. Dwustronnie zakończony srebrną smoczą głową kij poszedł w ruch. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Trio strażników leżało nieprzytomnych. Konferansjer się ulotnił. Na ringu zostały tylko dwie osoby – Jowy i Zell. Patrzyli sobie w oczy. Wiedzieli co za chwile ma się stać. Jeden z nich nie opuści klatki. W każdym bądź razie – nie o własnych siłach. Wciąż panowała cisza jak makiem zasiał. Przerwał ją dopiero Disc Jockey, który wczuł się w klimat panującej sytuacji i „odpalił” „A Little Less Conversation” Elvisa Presleya. W ślad za DJ-em poszła publiczność, która jak jeden mąż ryknęła z radości spowodowanej zbliżającą się walką. Następni ruszyli wojownicy.  Pędzili na siebie najszybciej jak mogli. Jowy wziął zamach. Uderzał horyzontalnie. Unik. Boo-ya! Długi kij wyleciał w górę, a ciało Jowy’ego z impetem walnęło w ścianę klatki i odbiło się odeń jak piłka. Dincht nie zwalniał. Jego rywal podniósł się błyskawicznie i tyłem wskoczył na żelazną ścianę, wspinającej się po niej do góry. Za nim Zell. Już go doganiał. Miał kostkę Jowy’ego na wyciągnięcie ręki. Gdy Elvis zaśpiewał „Come along with me and put your mind at ease” bishonen puścił się klatki i spadając, pociągnął za sobą blondyna. Uderzyli o podłoże i wstali tak szybko jakby nawet nie poczuli. Parę szybkich ciosów to z jednej, to z drugiej strony i pierwsza krew – pięść Zella spadła na twarz oponenta jak grom z jasnego nieba, łamiąc mu nos. Posoka trysnęła na ziemię. Jowy się cofał. Poczuł pod nogą to, co było mu potrzebne – jego kij. Szybkim ruchem stopy podrzucił go do góry i zamiast łapać tylko odbił dłonią tak, że końcówka rozcięła łuk brwiowy nadbiegającego blondyna. Jego tatuaż zalała krew. Publiczność ryknęła z radości. Walka rozgorzała na dobre. „Come on, come on” śpiewał Presley. Zell z furią bił, w głównej mierze powietrze, podczas gdy jego przeciwnik od czasu do czasu kontrował celnymi ciosami swej laski. W końcu Dincht chwycił srebrnego smoka za łeb i wyrwał broń Jowy’emu. Siły znów się wyrównały. Kilku ciosowa seria i długowłosy znów był na deskach. Podciął przeciwnika. Obydwaj leżeli. Zaczęły się zapasy. Zwarli się w ucisku próbując przeważyć jeden drugiego. Szyja Zella znalazła się w potrzasku. Był duszony. Tracił siły. Jowy natomiast z satysfakcją patrzył jak jego rywal sinieje na twarzy. Ostatkiem swych możliwości niski blondyn zmusił się jeszcze by chwycić długie włosy nieprzyjaciela i pociągnąć do siebie, ale efektu nie było. Uścisk nie osłabł. Było po wszystkim. Zell Dincht poległ. Jowy wstał. Stanął na środku ringu i uniósł zaciśniętą dłoń do góry. Publiczność zawyła ze szczęścia. Elvis zamilkł.

3
Faza grupowa / Walka XXII: Yuffie VS Mog
« dnia: Luty 18, 2007, 12:33:11 pm  »
Kryła się. Przycupnęła pomiędzy gęstymi krzakami w pozycji kucającej, a jej głowa w wyraźnie niewygodnej pozycji wychylała się zza drzewa, by ułatwić dostrzeżenie nadchodzącego zagrożenia. To jednak wciąż chowało się, podobnie jak Yuffie nie chcąc wyjść ze swojego bezpiecznego ukrycia. Z początku myślała, iż będzie to po prostu kolejna łatwa zdobycz – darmowa materia i trochę zabawy – w końcu pokonała samego „blondasa” – teraz nikt nie mógł być dla niej wyzwaniem. Coś się jednak nie zgadzało. Jakiś element nie pasował do tajemniczej układanki, którą jawił się jej Turniej Tytanów. Miała być najlepsza, a jednak – czuła jakiś podejrzany respekt przed magiczną aurą jaka roztaczała się wokół jej, podobnie jak ona, kryjącego się rywala. Irytowało ją to. Yuffie była największą specjalistką od materii jaka kiedykolwiek stąpała po tych ziemiach. Ona przynajmniej tak uważała, gdyż patrząc na to okiem obiektywnego widza możnaby było wysunąć zgoła inne wnioski, ale wnioskowanie zostawmy osobom, która mają choć blade pojęcie co znaczy to słowo i wróćmy do Turnieju Tytanów. Złość Yuffie sięgała właśnie zenitu. Czuła magię, ale nie czuła materii. Rozpoznawała aurę, ale nie potrafiła zlokalizować tego, kto ją wokół siebie roztaczał. Kim on do cholery mógł być, by tak bezczelnie z niej drwić. Z niej, która niemal bez problemowo wyeliminowała swoją, tak jej się przynajmniej wydawało, najgroźniejszą przeszkodę – Clouda Strife’a. Czuła, jak zimny wiatr mierzwi jej kruczoczarne włosy, a grzywka opada na oczy, wpatrujące się to tu, to tam w celu wyśledzenia przyszłej ofiary. Wtem zza pleców dobiegł do niej jakiś szelest. Mocniej zacisnęła odzianą w skórzaną rękawicę dłoń na ramieniu żelaznej gwiazdy, aż poczuła przenikające jej ciało zimno stali. Powoli, czując spływającą po czole kropelkę lodowatego potu i stające na karku włosy, odwróciła głowę. Nic. Lekko zmrużyła oczy, usiłując wpatrzyć się w gęstwinę lasu. Nie ujrzała jednak absolutnie niczego, co mogłoby napawać ją strachem. Nagle błysk. Odwróciła się ponownie. To magia. Dała się wyśledzić. Ale jak? Nie ważne. Nie ma teraz czasu. Uskoczyła. Trawiąca wszystko na swojej drodze ognista kula minęła ją dosłownie o milimetry, podpalając okoliczne drzewa. Ogniste języki wzniosły się w górę, starając się pochłonąć kolejne elementy leśnego krajobrazu i wydzielając przy tym przerażające ilości dymu. Yuffie przeturlała się w bok na bezpieczną odległość i znów podniosła się do pozycji kucającej. Kurczowo zaciskała palce na jednym z czterech ramion swej broni. Drugą ręką otarła z czoła pot i ponownie wpatrzyła się w las, próbując znaleźć wzrokiem swojego oponenta. Wciąż nic nie widziała. Nerwowo rozglądnęła się jeszcze raz, dookoła siebie. Gdzieś głęboko w krzakach przemknął jakiś niewyraźny biały kształt, skupiając na sobie uwagę Yuffie. Odwróciła się w tamtą stronę. Powoli, starając się nie sprowokować najmniejszego nawet szelestu zaczęła zmierzać ku miejscu, w którym na moment pojawiło się owo dziwne „coś”. Zbyt wolno. Kątem oka ujrzała, jak od lewej strony nadchodzi kolejny płonący pocisk. Odbiła się od ziemi. Uniknęła trafienia o włos. Natychmiast – bez śladu zastanowienia, które przebiegnąć mogłoby przez jej umysł cisnęła żelazną gwiazdą. Rozcinając powietrze i mijając kolejne drzewa pomknęła ona tam, skąd wystrzelono płonący pocisk. Yuffie leżała przez chwilę w bezruchu. Drugi raz dziś uniknęła śmierci w płomieniach tylko dzięki szczęściu. To jej dzień. Jej moment. Jej walka. Nie może dać się pokonać. Podniosła się.  Podjęła ryzyko. Pędem, nie zważając na sięgające ku jej smukłemu ciału ogniste języki rzuciła się ku miejscu, w które rzuciła gwiazdą. Widziała ją. Rising Sun – bo tak się nazywała – trwała wbita w korę jednego z drzew, które nie zostały jeszcze spopielone. Podbiegła. Wyciągnęła dłoń, a jej palce ponownie zacisnęły się na zimnej jak lód stali. Wyszarpnęła broń z kory. Jej oczom ukazał się czwarty, do tej pory niewidoczny koniec gwiazdy – pokryty był purpurową cieczą. Kogo lub coś trafiła i owa istota ulotniła się stąd czym prędzej, prawdopodobnie pierzchając w panice. Spojrzała na ziemię. Nieregularne ślady krwi ciągnęły się dalej w głąb lasu. Uśmiechnęła się do siebie i  wyszeptała – „Teraz, kimkolwiek byś nie był, jesteś trupem” i ruszyła powoli tam, gdzie prowadziły ją czerwone ślady, uważnie wypatrując swojej przyszłej ofiary. Doganiała ją. Czuła to. Była coraz bliżej. Plamy krwi na spalonej ziemi pojawiały się coraz częściej. Jej przeciwnik opadał z sił. Był gdzieś blisko. Musiała zachować czujność. Zatrzymała się. Rozglądnęła. Jest! Jej oczom ukazało się małe, z pozoru sympatyczne stworzenie o niegdyś śnieżnobiałym futerku i fioletowych błoniastych skrzydełkach, z których jedno rozerwane było na kawałki, a pod nim widoczna była otwarta rana, z której bezustannie sączyła się krew, zalewając i tak już brudną sierść Moogla. Z głowy stworka nieśmiało sterczał dziwaczny narząd przypominający ogon, zakończony krwistoczerwonym pomponem. Mog odwrócił się. Zdawał sobie sprawę, że pojedynek łowców zakończył się. Musiał stawić czoła Yuffie w otwartej walce, w samym sercu płonącego lasu. Oboje wpatrywali się w siebie bez zmrużenia oczu. Była niebywale zaskoczona, iż tyle problemów sprawiło jej coś tak małego i niepozornego. Irytowało ją to. Ale to koniec – jej oponent z trudem trzymał się na małych nóżkach, a ona dzierżyła w dłoni narzędzie, którym miała zamiar pozbawić go życia. Zamachnęła się. Cisnęła Rising Sun tak, by utkwił w niepozornej główce Moga. „Głupia” – szepnęła do siebie ze złością, gdy gwiazda prześlizgnęła się po magicznej osłonie i ponownie tylko utknęła w korze jednego z drzew, tuż za plecami futrzaka. Stała się bezbronna. Otępiałym wzrokiem patrzyła, jak ogień stopniowo pożera wszystko wokół, a Moogle przygotowuje się, by wystrzelić ostatnią już w tym pojedynku kulę płomieni. „Myśl!” – to słowo nieprzerwanie brzmiało w jej głowie. Skupiła wzrok na oddalonej o kilkanaście metrów Rising Sun, utkwionej w drzewie tuż za Mooglem. Tak! „Ice!” wrzasnęła przerywając przeciwnikowi inkantację śmiercionośnego czaru. Czteroramienna gwiazda rozbłysła jaskrawozieloną poświatą, która pochłonęła białego futrzaka. Zaczęła biec. Gdy światło materii zgasło Mog był już tylko lodową bryłą. Szarpnęła. Rising Sun znów tkwiła w jej dłoni. „Żegnaj” wyszeptała i biorąc spory zamach przebiła orężem powierzchnię lodu. Końcówka ostrza przeszyła małą główkę stworzonka, ostatecznie pozbawiając go życia. Rozejrzała się. Wszędzie dookoła szalał niepowstrzymany pożar. Nawet magią nie da już rady go zgasić. Cóż, za ironia. Zwyciężyła, ale i tak musi czekać na śmierć bardziej bolesną, niż u jej oponenta. Niezbadane są wyroki bogów, którzy ją tu wysłali.

4
Faza grupowa / Walka XI: Fighter VS Sora
« dnia: Styczeń 14, 2007, 03:52:02 pm  »
Delikatna, morska bryza łagodnie otulała skąpaną w prażącym słońcu plażę, pozwalając ewentualnym przybyszom na obronienie swoich ciał przed palącym żarem lejącym się z nieba. Ale poza nimi dwoma, na niemal idealnie okrągłej, wystającej kilka metrów nad wodę wyspie, nie mógł znaleźć się nikt obcy. Bogowie zadbali o to, by ich reprezentanci w spokoju mogli stoczyć swój pojedynek, który miał być jednym z pierwszych kroków, do spełnienia marzeń.
Do tej pory spokojnie wylegujące się na wyspie ziarenka piasku podniosły się, z wolna niesione powiewem wietrzyku. Szybowały szybciej i szybciej, aż w końcu zawirowały wokół wyspy i nagle spadły, tak jakby miotająca nimi siła niespodziewanie zamilkła. Po środku piaszczystej areny, w przyjemnym cieniu rzucanym przez jedną z palm stała dwójka ludzi, wokół których zogniskowane było zainteresowanie Bogów wszystkich istniejących światów. Gdy Sora i Fighter zmaterializowali się, tu i ówdzie dało się słyszeć jakby jęk zawodu, który Bóstwa rozciągnęły ponad plażą, przy pomocy akurat przelatujących ptaków. Gdzieś tam, skąd te potężne istoty spoglądały na miejsce nadchodzącej walki spodziewano się potężnych wojów, a dojrzały tylko dziecko z przerośniętym kluczem w ręce i najzwyczajniejszego, przeciętnego człeka, dzierżącego zwykły, niczym nie wyróżniający się jednoręczny miecz. Przez chwilę patrzyli na siebie, ale Sora nie pozwolił swojemu przeciwnikowi długo na siebie czekać. Odbił się od ziemi i jak gdyby niosła go jakaś tajemnicza siła, z gracją bajkowego Piotrusia Pana poszybował ku rywalowi. Oburącz uniósł swój ciężki Keyblade w zamachu i gdy był już niemal u celu pewnie uderzył na oponenta, jak gdyby jego mosiężna broń ważyła tyle co piórko. Ten uskoczył jednak szybkim ruchem, pozwalając by trzonek wielkiego klucza śmignął tuż obok jego głowy. Za nim zdążył skontrować, dzieciak już gładko wylądował kilka metrów dalej. Przyszła kolej na Fightera. Nie umiał latać. Był zwykłym człowiekiem, o zwykłych marzeniach, które chciał spełnić – jak to w ludzkiej naturze bywa – kosztem innych. Rozpoczął szarżę, a każdy jego mocny, ciężki krok utrwalany był wyraźnymi śladami na piasku. Uderzyli obydwaj. Ich bronie zwały się, jakoby zapaśnicy w morderczym uścisku mierzący swe siły.
 Wojownik o włosach koloru świeżej pomarańczy usiłował wykorzystać swą fizyczną przewagę nad oponentem, który jeszcze nawet nie wszedł dobrze w wiek dorastania. Napiął mięśnie i całą swą moc włożył w odepchnięcie Sory, który natychmiast upadł na piach, wciąż trzymając w jednej dłoni Keyblade. Uniesione żelazo odbiło kilka promieni słonecznych, zanim uderzyło w miejsce, gdzie leżeć powinien powalony dzieciak. Tymczasem ostrze utkwiło w ziemi, a zwinny Keyblade Master bez trudu zdołał uciec od szykującego się śmiertelnego ciosu.
Przez myśl Fightera przebiegło tylko jedno słowo – niemożliwe. Sora nie mógł z taką prędkością zareagować i uciec od nadchodzącego razu. Mimo swych rozterek, odziany w skórzaną zbroję reprezentant swego Boga wyrwał miecz z podłoża i z wściekłością ponownie ruszył na swego młodocianego rywala. Sora przekonał się już, czym to może grozić i powolnym ruchem uniósł swój oręż tak, by tworzył równoległą względem ziemi linię.
-Firaga – szepnął jakby sam do siebie, a wokół wycelowanego w Figtera trzonka klucza zaczęły zbierać się iskry. Z początku małe, drobne iskierki, później przeistaczające się w całe snopy. W końcu wystrzeliła właściwa forma zaklęcia – ogromna ognista kula mknąca z zawrotną prędkością w stronę swego celu. Zaskoczony Fighter tylko cudem zdołał uniknąć ataku oczyszczającym żywiołem. W biegu odbił się od ziemi i przeturlał po nagrzanym piachu, pozwalając Firadze minąć jego ciało.
Tymczasem Sora wyczuł swoją okazję i poszybował w stronę rywala. Był coraz bliżej. Czuł, jak pęd powietrza przeczesuje mu włosy, a wiatr bezlitośnie bije w oczy, nie pozwalając ich do końca otworzyć. W końcu znalazł się u celu – jeden z pierwszych bezimiennych bohaterów w historii nie miał szansy by uskoczyć. Szarpnął się tylko na bok, sprawiając, iż opadający klucz uderzył w bark, a nie w czubek jego głowy, dzięki czemu wciąż jeszcze żył. Powietrze rozszarpał obrzydliwy, wywołujący szereg ciarek na plecach zgrzyt pękającej kości i jęk bólu, który mimowolnie wydarł się z gardła Fightera, gdy lewa ręka opadła mu bezwładnie. W desperackim ruchu spróbował jeszcze wziąć zamach prawą, ale następny cios legendarnego Keyblade’a złamał stalowe ostrze i wyrzucił je z dłoni „pomarańczowego”.
To zdawał się być koniec potyczki. Fighter jeszcze niemalże machinalnie odskoczył w tył, lecz nie na tyle daleko i sprawnie, by następne uderzenie nie było w stanie go dosięgnąć. Tym razem Sora z premedytacją atakował od dołu, trafiając oponenta w szczękę.  Fontanna krwi, zmieszanej ze śliną wystrzeliła w górę, by po chwili, razem ze znaczącą większością zębów ofiary legnąć na piasku i stać się dla wyspy pamiątką po stoczonej walce. Ciało trafionego wojownika oderwało się od ziemi i poszybowało w tył, ku brzegowi wyspy, uderzając plecami o podłoże. Półprzytomny z bólu Fighter z trudem łapał powietrze i usiłował zebrać w sobie jeszcze na tyle energii, by podnieść się z gorącego od promieni słonecznych piasku i próbować się dalej bronić, kontynuując tę z pozoru bezsensowną walkę.
Sora zbliżał się powolnym krokiem do swojej ofiary, obserwując jak ta walczy z własnym organizmem, by ponownie stanąć do boju. Kiedy Keyblade Master stanął drugim woju, patrzył on na niego z pozycji klęczącej oczami, które wyrażały ból niewymierny dla żadnej skali. Resztę twarzy zasłaniał mu pot zmieszany z krwią, powoli spływający w dół, skapujący i mozolnie wsiąkający w piasek. Klucz uniósł się i zalśnił w blasku słońca, odbijając jego promieni. Zdawał się być jak gwiazda, szykująca się do tego by uderzyć w ziemię i roztrzaskać ją na drobne kawałeczki. I w istocie tak miało stać się z czaszką niedoszłej ofiary klucza, ta jednak niesiona jakimś niespodziewanym napływem sił witalnych podniosłem się z krzykiem wyrażającym więcej bólu niż woli walki. Sora wypuścił z dłoni klucz, patrząc jak bezwładnie spada on poza zasięg swego mistrza i upadł pod ciężarem dorosłego, w pełni dojrzałego napastnika, który zdawał się nie zważać na ból rozsadzający jego ciało i przeszywający je we wszystkich punktach. Fighter całym swym ciężarem i powierzchnią przycisnął do ziemi rywala i jedyną zdrową rękę wyciągnął ku jego szyi, zaciskając swe spocone palce na szyi młodziana. Keyblade Master nie był w stanie się bronić – moc jego przeciwnika była zbyt duża. Czuł, jak powietrze bezskutecznie usiłuje przedrzeć się przez ściśniętą szyję. W końcu, po krótkiej szarpaninie młodszy z wojaków padł bezwładnie i wyzionął ducha, a zaraz za nim padł Fighter w momencie tracąc przytomność

5
Faza grupowa / Walka VIII: Kuja VS Vincent
« dnia: Grudzień 31, 2006, 01:01:44 pm  »
Na co dzień o tej porze przeważająca część mieszkańców wielkiej Alexandrii znajduje się w swoich domach, oddając się objęciom Morfeusza. Ale nie tym razem – ta noc była inna. I to wcale nie z powodu ingerencji mitycznych Bogów w jej przebieg, a dlatego, iż wielka, zarówno dosłownie jak i w przenośni królowa - Brahne z okazji własnych urodzin organizuje kolejny ogromny festiwal. Co roku motywuje to licznych Aleksandryjczyków do stanięcia pod murami zamku i bacznego obserwowania przebiegu sztuk teatralnych, sztucznych ogni oraz mnóstwa innych zaplanowanych przez Brahne atrakcji.
Niestety, z wysokości pałacowego dachu dokładne obserwowanie i nasłuchiwanie zdarzeń na scenie było skutecznie uniemożliwiane przez huczący tej nocy wiatr i odległość, dzieląca szczyt od dolnej części zamku.
-Jaka szkoda, zapowiadało się takie emocjonujące przedstawienie – szepnął sam do siebie i zachichotał – nawet nie zdążyłem się przywitać z drogą Brahne. Co za pech, co za pech – dorzucił jeszcze i w oczekiwaniu na przeciwnika znów począł wpatrywać się mieniącą się ,zadziwiającą jak na tę porę ilością kolorów, Alexandrię, która zdawała się teraz przypominać ogromny plac zabaw, a nie legendarne miasto – siedzibę majestatycznych królów i królowych.
-Gdzie kupię telefon komórkowy? – takie oto słowa wyrwały Kuję z zamyślenia i zmusiły do odwrócenia twarzy od urodzinowego festiwalu królowej. Oponent przybył. Długie, czarne włosy reprezentujące sobą tylko i wyłącznie CHAOS skutecznie zasłaniały twarz, a poszarpany płaszcz wyglądający na starszy od samego posiadacza, wyraźnie kontrastował ze złotymi butami i rękawicą wykonaną z tego samego tworzywa.
-Vincent Valentine? – rzucił Kuja. Nie doczekał się odpowiedzi. Adresat pytania natychmiast wyjął pistolet  i wycelował w maga. Odgłos wypuszczanych właśnie fajerwerków zmieszał się z dźwiękiem pocisku wystrzeliwanego z broni palnej.
-Protect – szepnął Kuja, a magiczna powłoka natychmiast zaświeciła wokół jego ciała. Kula uderzyła w twarz srebrnowłosego i zatrzymała się na niej, siłując się z magiczną aurą. Trwało to może kilka sekund – w końcu – pocisk upadł. Po raz kolejny powietrze uniosło chichot Kuja’y, który z przyzwyczajenia, w swym ulubionym geście przyłożył dłoń do podbródka i zaczął bacznie obserwować rywala.
-Fire. Fire. Fire – trzy kolejne pociski ze świstem wyfrunęły z lufy Vincentowej broni. W połowie drogi niczym urodzinowe fajerwerki Brahne rozbłysnęły jasnym, zielonym światłem, by po chwili zapłonąć magicznym ogniem i jeszcze szybciej pomknąć w stronę swojej ofiary. Ta jednak nie wyglądała na specjalnie wystraszoną nadchodzącym zagrożeniem.
-Reflect – rzucił nonszalanckim tonem Kuja, a płonące kule wyminęły go i zatrzymały się wysoką nad publicznością, oglądającą występ aktorów trupy Tantalus. Ludzie wstrzymali oddechy, ale nie ze strachu, a z wrażenia, przekonani iż to tylko kolejna ozdoba tego wspaniałego dnia. W końcu pociski zawróciły i pomknęły w stronę nadawcy, raz po raz połyskując zielonkawym światłem. Vincent natychmiast zareagował i odskoczył na bok, pozwalając, by jego własne zaklęcie minęło go dosłownie o milimetry i pomknęło dalej, znikając w ciemności nocy. Nieumarły spojrzał na Kuję jeszcze raz i odrzucając Death Penalty na bok ruszył pędem w jego stronę, szykując się do ataku. Jego rywal nawet nie zareagował i znudzonym wzrokiem śledził Vincowe poczynania. Brunet dopadł do niego i zamachnął się, by zadać cios pięścią, który w momencie zablokowało protekcyjne zaklęcie. W ułamku sekundy na srebrnowłosego spadł prawdziwy grad uderzeń, jednak żadne z nich nie było w stanie sięgnąć celu. Vincent jeszcze raz spojrzał na Kuję. Ale nie wzrokiem pokonanego wojownika, oczekującego na śmierć, a takim ukazującym pogardę i złość. Z jego zmęczonego gardła wydobył się ryk niemal tak głośny, jak startujący HighWind, który usłyszeli nawet zgromadzeni u stóp zamku Aleksandryjczycy. Valentine skulił się na ziemi i ryknął raz jeszcze, a z jego głowy wystrzeliły dwa długie, zakrzywione rogi niczym u stereotypowego diabła. Włosy przybrały odcień purpury, a skóra ciemnego fioletu. Rękawice rozerwały pojawiające się szpony, a resztę stroju przybywająca masa mięśniowa. Galian Beast podniósł się i spojrzał na swoją ofiarę, po czym natychmiast zamachnął się nań swoją ogromną łapą.
-Blizzaga – szepnął z uśmiechem Kuja i wyciągnął do przodu dłoń, z której natychmiast wystrzelił uformowany w strzałę lodowy pocisk i wbił się w klatkę piersiową wrogiej bestii, porywając ją za sobą. Przemieniony Vincent ryczał i charczał przeraźliwie, brocząc krwią i mocując się z soplem, który przebił go na wylot i nie pozwalał dalej walczyć. Kuja z lekkim zażenowaniem patrzył na ogromną bestie, pokonaną jednym zaklęciem, plującą krwią tu i ówdzie i w żałosny sposób próbującą uwolnić się z lodowego zaklęcia.
-Jakie to przykre – rzekł – Thundaga. Ni stąd, ni zowąd niebo rozświetlił piorun i uderzył w leżącego na dachu zamku Valentine’a. Bestia przestała walczyć, a wiatr zaniósł ze sobą smród krwi i spalonego mięsa. Czarodziej zwyciężył bezapelacyjnie.

6
Faza grupowa / Walka V: Serge VS Mog
« dnia: Grudzień 24, 2006, 11:36:25 am  »
Kiedy Bogowie przenieśli swoich reprezentantów na arenę - otuloną płaszczem nocy polanę, pośrodku gęstego lasu, w miejscu walki zapanowała grobowa cisza, paradoksalnie świszcząca w uszach obydwu zawodników. Małe, czarne oczka Moogla, wzbogacone figlarnym uśmiechem bez zmrużenia, pozbawione choćby najmniejszego ruchu wpatrywały się wyczekująco na stojącego w bojowej pozycji Serge'a. Ten z kolei przygotowywał się na odparcie ataku białego stwora, przekonany, iż to on zaatakuje pierwszy. I tak mijały boskim wojownikom  kolejne sekundy bezruchu, a każda z nich zdawała się być osobną wiecznością. W końcu, wokół Serge'a rozpostarła się śnieżnobiała aura, przy której świetle Księżyc i gwiazdy zdawały się zawstydzone gasnąć, kryjąc swój blady blask. Z twarzy niegdyś sympatycznego stworzenia zniknął uśmiech. Mog odbił się od ziemi, głośno trzepocząc błoniastym skrzydłami.  Serge zbliżał się z niewyobrażalną prędkością. Zdawało się, iż stopy człowieka, który od wielu lat winien być martwy nawet nie dotykają ziemi. W mgnieniu oka niebieskowłosy młodzian znalazł się przy swym oponencie, niczym gepard rozwijający niebotyczne prędkości, gdy goni swoją ofiarę. Dla obydwu walczących czas niemal zatrzymał się, w momencie, gdy nocną ciszę rozerwał świst powietrza, ciętego srebrnym ostrzem lancy "Ducha". Obserwującym Bogom już zdawało się, że to koniec, że walka się skończyła, bo Mog zaraz zostanie rozpłatany mithrilowym ostrzem. Tymczasem ani kropelka posoki nie uleciała z futrzanego ciała. Niepozorna istota zgrabnie wzbiła się wyżej na swych drobnych skrzydełkach i uniknęła zagrożenia w najbardziej nonszalancki sposób, na który może zdobyć się ktoś, w sytuacji zagrożenia życia. Następny cios Serge wyprowadził równie szybko jak poprzedni, niemal skracając filigranowego przeciwnika o głowę. Jednak świetny refleks, w połączeniu z marnymi gabarytami wciąż dawał Mooglowi przewagę. W ten sposób walka ciągnęła się następne kilkanaście długich sekund. Człowiek napierał na wroga, a mithrilowe ostrza odbijały księżycowe światło, tworząc wrażenie jakby Serge walczył blaskiem miesiąca w jego własnej postaci, a nie zwykłą bronią. Wreszcie nastąpiła chwila, na którą skrzydlate stworzenie od samego początku pojedynku oczekiwało. Po kolejnym cięciu, niebieskowłosy bohater opadł z sił - stracił cenną sekundę na wzięcie głębokiego oddechu, który w zamierzeniu miał wspomóc wojownika, ale rzeczywistość boleśnie zweryfikowała te plany. Przed zadaniem ciosu Mog tylko spojrzał na twarz swojego przeciwnika - Serge wiedział co się za chwilę stanie. Na jego czoło wstąpiły krople zimnego potu, powoli spływające w dół twarzy. Głębokie oczy na moment zaświeciły pustką, wyczekując na nieuchronne. W końcu cios nastąpił - świergot błoniastych skrzydełek rozerwał trwającą ułamek sekundy ciszę, a biały futrzak wystrzelił w stronę drugiego wojaka, uderzając głową wprost w jego umięśniony brzuch. Uścisk Serge'a rozluźnił się, zmuszając mithrilową lancę do wyśliźnięcia się z jego obleczonej w rękawicę dłoni. Był bezbronny, gdy leciał, niemalże nadziany na głowę swojego oprawcy. W końcu stwór z czerwonym pomponikiem zdobiącym jego głowę zahamował, pozwalając by posiadacz Astral Amuletu bezwładnie, niczym lalka rzucona w kąt przez niesforne dziecko, przeturlała się po ziemi dobre kilka metrów. Gdzieś w oddali zagrzmiał grom - to był Bóg faworyzujący Moogla. Wyrażał swój podziw dla ogromnej siły zamkniętej w tak małym i niepozornym ciele, które na pozór mogło wydawać się słabym, nie mogącym przeciwstawić się sile tego, który przeżył nawet własną śmierć.
-Kupo! - zaświszczał Mog i zakołysał pomponem, starając się przekazać oponentowi, iż tym razem nikt nie wyrwie go ze spragnionych ofiar objęć kostuchy.
-Jeszcze nie...przegrałem... - wydyszał Serge, jak gdyby odczytywał intencje przekazywane w, tylko teoretycznie, niezrozumiałym słowie. Ale wiedział, że się myli. Ledwie oddychał - wróg połamał mu żebra, a te z kolei rozerwały skórę. Za każdym razem, gdy usiłował wypełnić płuca powietrzem, wlewał się do nich tylko ból, natychmiast przenoszony na całe ciało. Wstał, zmuszając się do ogromnego wysiłku i półprzytomny spojrzał w niebo. Chciał poprosić reprezentowanego Boga o pomoc, ale nie dał rady. Z jego gardła wydobył się tylko jęk, nie podobny do żadnego innego dźwięku, jaki można sobie wyobrazić. Futrzak ze swoim figlarnym uśmiechem wracającym na twarz, patrzył na całą tę dramatyczną scenę z nielichą satysfakcją. Niemal wszyscy wszechmocni skazywali go na straty, a on jednym ciosem rozprawił się, ze słaniającym się teraz z bólu duchem. Chciał jeszcze napatrzeć się na swoje zwycięstwo, ale dobra natura nie pozwoliła mu na czerpanie radości z cudzego cierpienia. Musiał to zakończyć - ukrócić cierpienia słabszemu i wrócić do Bogów w pełni glorii zwycięstwa. Jeszcze nie uformowana energia zaczęła krążyć, wokół drgającego pod jej wpływem czerwonego pomponika. Moogle zamknął oczy, w skupieniu przywołując piorun, mający stać się katem Serge'a. Tego zaś przepełniła nowa siła. Marzenie. Nadzieja. Przecież nie mógł polec już na samym początku. Nie! Odmieni przeszłość i uformuje ją według własnych planów! Ostatkiem sił wyciągnął otwartą dłoń do przodu i ponownie otoczyła go ta sama aura co na samym początku walki. Tym razem jednak, moc bijąca z wnętrza jego duszy była tak wielka, iż natychmiast rozproszyła magię zbieraną przez futrzanego przeciwnika. Leżąca kilka metrów dalej lanca Serge'a, wiedziona jakąś niewidzialną siłą podniosła się z podłoża i zaczęła ponad nim lewitować, by po chwili wirując w powietrzu powrócić do dłoni swojego właściciela. Stopy wojownika oderwały się od ziemi i razem z całym ciałem, powoli, majestatycznie wędrowały ku górze, by zatrzymać się około trzech metrów nad poziomem podłoża. Mog po raz pierwszy zaczął się bać. Nie miał pojęcia jak to możliwe. Przecież niebieskowłosy ledwie miał siłę się ruszyć, a teraz, gotowy do dalszej walki wisiał w powietrzu. Niemożliwe!
W końcu, przerażenie Moogla siegnęło zenitu, gdy przy akompaniamencie zaczynających spadać kropel deszczu, Serge podniósł broń do góry i zaskakująco głośno i pewnie jak na swój stan powiedział:
-Flying Arrow - poczuł, jak cała jego siła, energia, wola oraz jakiekolwiek życie wciąż się w nim tlące, spływają po jego ciele oplatając mitrilowy oręż. Widząc to, jeden z Bogów, który ukrył się pod postacią Księżyca by móc lepiej obserwować walkę, sam postanowił schować się za chmurą. Tymczasem, resztką mocy jaką jeszcze miał, Serge cisnął ogromny pocisk, w stronę swojego wroga, wiedząc iż, albo zabije go teraz, albo sam zginie z powodu odniesionej rany i wyczerpania walką.
Flying Arrow uderzył w ziemię, wywołując eksplozję, od której potęgi w posadach zatrzęsły się pozostałe światy, z trwającymi równolegle walkami. Mog nie mógł uciec fali uderzeniowej, rozchodzącej się od centrum - miejsca uderzenia strzały. Został wyrzucony w powietrze, podczas gdy większość polany po prostu wyparowała. Teraz leżał na wpół żywy obok martwego ciała Serge'a i dziękował opatrzności, iż udało mu się przetrwać. Czuł, jak opuszcza go ciepła krew i na zewnątrz jego ciała miesza się z powoli tańczącymi na nim kropelkami spadającego deszczu. Gdyby miał na tyle siły i na tyle kończyn, to zatańczyłby jakiś taniec zwycięstwa, ale niestety nie mógł, wiec czekał cierpliwie, aż Bóg, w którego imieniu walczył zabierze go z resztek polany...

7
Game Market / SingStar
« dnia: Grudzień 18, 2006, 06:29:57 pm  »
Kupie:
-Singstar + 2 mikrofony. Interesuje mnie pierwsza gra z serii SingStar jaka sie ukazala - 80 - 90zl.
-ewentualnie 2 mikrofony + Singstar Rocks i w tedy 110-120 zlociszy jestem sklonny zaplacic (w Ultimie 149 nowka, a ja moge wziac uzywana - nie robi mi to problemu)

Oczywiscie PAL + pudelko + instrukcja (wszystko moze byc ANG lub PL. I don't care)

Kontakt:
-PM
-GG: 5458973

8
Final Fantasy XIII-XIV: ARR / Fabula Nova Crystalis
« dnia: Październik 07, 2006, 06:51:12 pm  »
Dobra. Piszcie tu co sadzicie o calym pomyslem z sekstetem trzynastego Fajnala. Mnie osobiscie to srednio jara raczej i uwazam, ze lepiej by Kwadratowi skupili sie na zrobieniu jednej, acz dobrej gry a nie trzydziestu milionach crapów. Jednak napewno ma to wieksze szanse powodzenia, bo od poczatku tworzone jest jako calosc i powinno byc jako tako spojne ze soba, bo jesli kojarze to pewne przeklamania w kompilacji FF7 sie pojawily i to chyba glownie dlatego, ze powstala 7 czy 8 lat po oryginale..

9
Offtopic / Wynalazki!
« dnia: Wrzesień 10, 2006, 11:48:26 am  »
Ha! Wpadl mi do glowy taki dosyc dziwny temat. Na pewno kazdy z Was, nawet mimowolnie, wymyslil jakis "wynalazek". Tak wiec drodzy SZowicze pochwalcie sie swoimi wizjami nawet, jesli sa niemozliwe do zrealizowania ;]

Jak przystalo na zalozyciela tematu, ja pierwszy:

1. Aparat cyfrowy z takim zoomem, ze na twarzy fotografowanej osoby mozna by bylo zobaczyc pojedyncze pixele ;] To by bylo cos - zrobic zdjecie Tantowi, a potem powiedziec "Maciek! Ale Ty masz rozpixelowany ryj" ;]

2. To juz nie moj pomysl, a Marveloowych tworcow komiksow, ale mniejsza ;] Posiadanie takich macek w jakie wyposażony byl Octopus było by genialna sprawa ;] nie bylo by wtedy miejsca w ktore nie mozna sie dostac ;]

3. Pancerna konsola. Ktoz z Was nie denerwowal sie kiedys przed konsola, kiedy po raz 3195586572 cos mu sie w danej grze nie udawalo? Dla tego wlasnie pancerna konsola, z rownie pancernym wyposażeniem byla idealna do grania w takie gry. Mozna by ja kopac, rzucac padem, gryzc karte pamieci i tak dalej.

A Wy? Macie jakies pomysly?

10
FanFik / Pac - Man po ciemnej stronie mocy
« dnia: Wrzesień 03, 2006, 10:28:22 pm  »
UWAGA: artykuł należy traktować z przymrużeniem oka, gdyż wzięcie go na poważnie grozi poważnymi skrzywieniami psychiki i kręgosłupa.

Zastanawialiście się kiedyś czemu w pierwszej części swoich "przygód" niejaki Pac-Man goniony jest przez cały tabun kolorowych duszków, które mają zamiar go zjeść, podczas gdy on zjada podejrzanie wyglądające kuleczki? Gdy tak sobie nad tym dumałem, doszedłem do zadziwiającego wniosku. Mianowicie śmiem twierdzić, iż gra o tym żółtym stworku, jest chyba pierwszym produktem w świecie elektronicznej rozrywki, który pozwolił się nam wcielić w... czarny charakter z prawdziwego zdarzenia! Na pierwszy rzut oka może się to wydawać pomysłem idiotycznym, ale zastanówmy się nad tym chwilkę. W pierwszej odsłonie Puck-Mana, bo tak się pierwotnie zwał, w zasadzie nie ma żadnej fabuły. Nie trzeba jednak być geniuszem by zauważyć, że nasz na pozór sympatyczny zjadacz kulek bezczelnie pożera to, czego pilnują jego kolorowi przeciwnicy. Czy wpadło Wam kiedyś do głowy, że może labirynt po którym nasza okrągła postać grasuje, jest posiadłością duszków, nieustannie goniących Pac-Mana? Może to właśnie on jest tutaj bad guyem, bezczelnie włażącym na cudzą posiadłość...? Ale to przecież nie wszystko, bo to, że nasz „kulek” wlazł komuś na chatę, to pół biedy. Gorsze jest to, ze Pac bez cienia litości pożera zapasy żywnościowe tych biednych duszków. Czyż nie jest to dla nich powód wystarczający, by udać się za "panem niedojedzona pizza" w pościg? Przecież to jedyna droga do uratowania bezcennych żółtych kulek, których tak pilnie strzegą oponenci Pucka. Ale to jeszcze nie wszystko. Przecież przy odrobinie szczęścia kierujący żółtym zjadaczem gracz, sam może dobrać się do skóry tychże duchów, które przecież niczym mu nie zawiniły. To one występują tu jako postacie najbardziej skrzywdzone. Przecież jedyne co robią, to starają się ratować to, co jest ich własnością, a wredny Pac-Man niejednokrotnie odbiera im za to życie. Tak moi drodzy – może się Wam to wydawać nierealne, ale Namco w jednej ze swoich pierwszych mega-produkcji zaserwowało nam prawdziwe zło wcielone w postaci głównego bohatera. Ha! A wydawać by się mogło, że coś stworzone na podstawie rzeczy tak wspaniałej jak pizza* nie może mieć niecnych planów. A jednak – nigdy nie wiadomo co czai się w pełnej pomysłów głowie pana Iwataniego (człowiek odpowiedzialny za sam fakt istnienia naszego herosa).

No ale skoro tak, to czemu powstały gry z serii Pac-Man World, w których sympatyczny PizzaMan okazuje się być wzorem rycerskości i zjadaczem kulek stojącym na straży prawa i moralności? A to kogoś mu porwali i ruszał go ratować, a to świat stawał na krawędzi zagłady i jak zwykłym musiał się tym zająć nie kto inny jak właśnie bohater tego tekstu... W takim razie, jak można wobec tak dobrej i sympatycznej postaci wysnuwać oskarżenia o jakich przeczytaliście w poprzednim akapicie? Ano bardzo prosto. Śmiem twierdzić, że wszystkie gry z serii Pac-Man Word, Pac-Man Rally itd. są niczym więcej jak po prostu prequelami tytułu, który Namco wydało już blisko trzydzieści lat temu, a który wciąż jest znany i lubiany. Puck swego czasu był dobrym zjadaczem kulek, ale jak wiadomo – tylko krowa nie zmienia swoich poglądów, a skoro w tym znanym powiedzeniu nie ma ani słowa o PizzaManie, znaczy to, że ma on do zmiany zdania pełne prawo. W końcu większość ludzi (świadomie pozwalam sobie tutaj na podciągnięcie Paca pod człowieka) dąży do poszerzenia swoich intelektualnych (i nie tylko takich) horyzontów, więc czemu „Kulek” miałby tego nie spróbować. Może po prostu znudziło mu się spełnianie kolejnych dobrych uczynków, których nikt nie docenia? Ludzie woleli zwracać uwagę na BatMana, Supermana, czy też postacie z Marvelowskich komiksów, a na starania biednego, żółtego stworka nikt nie zwracał uwagi. Chyba każdy, kto spotkałby się z taką niewdzięcznością ze strony całego świata, zasiałby w sobie małe ziarenko nienawiści, które stopniowo kiełkowałoby... Z Pac-Manem było tak samo. Ludzie odtrącili go, wiec postanowił przejść na ciemną stronę mocy. Siał śmierć i spustoszenie wśród biednych kolorowych duszków w międzyczasie pozbawiając ich jedzenia.

Mam nadzieję, ze udało mi się dobrze zobrazować to, jak tragiczną postacią jest wydawać by się mogło że sympatyczny stworek. Jest doskonałym przykładem tego, że niewiele potrzeba by z przykładu rycerskości i szlachetności zawsze stającego w obronie dobra, stać się niczym więcej jak mordercą i złodziejem, stąpającym po drodze zła i występku usianego żółtymi kulkami i kolorowymi duszkami, z którymi walka zdaję się nigdy nie kończyć. Co ciekawe, w historii gier nasz Puck był zdaje się pierwszym bohaterem o tak głębokim podłożu emocjonalnym i wcale a wcale nie trzeba
daleko szukać developerów, którzy z pana Toru Iwataniego wzięli przykład i również stworzyli postacie, które z bohaterów stoczyły się na samo dno i zyskały miano terrorystów. Na pewno kojarzycie Hideo Kojimę i chyba nie muszę mówić za jaką wielką serię jest ten człowiek odpowiedzialny. Spójrzmy teraz na Big Bossa – czyż z naprawdę wielkiego człowieka, który uratował świat (a to nowość, no) nie stał się jednookim bad-assem? Ano stał się. Inną sytuacją, kiedy bierze się za swoją muże legendarnego Pac-Mana, jest znana seria Rockstaru, o której na pewno słyszeliście i prawie na pewno się z nią zetknęliście. Oczywiście mam tu na myśli Grand Theft Auto. Pewnie teraz myślicie sobie coś w stylu "jakim kretynem trzeba być, żeby doszukiwać się analogii pomiędzy Kulkiem, a dzieckiem R*"? Chodzi mi o nic więcej jak o to, że RockStar właśnie od Toru Iwataniego, bo od kogóż innego, wziął pomysł na granie bad-guyem po wielkim obszarze i uciekanie przed policją, która może nas "zbustować". Że nie wspomnę o hidden packages itp. patentach, które są ewidentną metaforą żółtych kuleczek, za którymi Pac-Man uganiał się bez przerwy.

Tak więc widać jak na dłoni, że stworzenie przez Namco żółtego krążka z wielką paszczą było prawdziwym przełomem i kamieniem milowym w dziedzinie elektronicznej roz(g)rywki, którą przecież tak wszyscy lubimy. To właśnie ta zła i podstępna postać, jaką jest Pac-Man niewątpliwie zainspirowała takich gigantów jak choćby Konami czy Rockstar do tego, by wydać na świat gry tak znakomite, jak wspomniane powyżej Metal Gear Solid, czy GTA. Gdyby się postarać, to pewnie takich przykładów można by mnożyć bardzo wiele. Na zakończenie pozostaje mi tylko napisać słowa: "tak niepozorny, a taki wielki" – Pac-Man po ciemniej stronie mocy. OGM

Siergiej

*Inspiracją dla powstania Pucka była właśnie ugryziona pizza.

11
Przygodowe / Smutek
« dnia: Maj 26, 2006, 07:57:16 pm  »
Drodzy konsolowi bracia! Co sadzicie o tworzonym przez Krakowski Nibris projekcie pod nazwa Sadness, eksluzywnie dla nintendo Wii?

Na moje oko, to ten caly smutek to jedna wielka smierdzaca kupa. Przekrety szefa Nibris, z udzielaniem wywiadu na temat samego siebie. Brak umiejetnosci sklecenia poprawnego zdania po angielsku przez ludzi od Sadness i co gorsza niesamowite zapowiedzi i nie pokazanie absolutnie NICZEGO na E3. No bo jak nazwac inaczej trailer zmontowany na predce miesiac przed targami, na ktorym jakas kobita stoi przed TV i macha pilotem? No po prostu smutek ;/ Bede zaskoczony jesli z tego projektu cos wyjdzie, a jeszcze bardziej zaskoczony jesli okaze sie on sukcesem. A jesli sie tak stanie (a tak sie nie stanie) to odsczekam wszystkie zle slowa pod adresem Nibrisu i zwroce honor ;]

12
Inne gry Square Enix / Radiata Stories
« dnia: Kwiecień 27, 2006, 10:16:08 pm  »
damn...sie zdziwilem, ze nie ma takowego topicu na forum :P

Gra bardzo ciekawa, chociaz muzyka ja troche zabija ;/ i na poczatek mam pare pytan, raczej do Tanta, bo nikt inny raczej w to nie gra :F

1. 20lvl po wykonaniu misji z Crogogatorem i polazeniu po miescie dwie lub trzy godziny to dobrze, zle, czy w sam raz?
2. Czy wykonaywanie misji w training facility wplywa na skutecznosc poslugiwania sie dana bronia?
3. Dostaje sie cos, za zrobienie wszystkich misji w training facility?
4. Jak czesto trzeba expic...na czym najlepiej?
5. Ile tak na oko, powinienem zwerbowac ludziow z ulicy...bo na razie mam tylko Clive'a, Alba (Alba'a?) i Jared'a ;]
6. Mozna zrobic jakis uzytek z butelki znalezionej na smietniku?
7. Wiedziales Tant, ze w Path of Spider mozna trafic na Crocogatora? :D
 

13
FanFik / bu!
« dnia: Marzec 06, 2006, 10:14:30 pm  »
takie cos mi sie z nudy napisalo...mam nadzieje ze dalszy ciag kiedys napisze :F

Arsen – świat niegdyś mlekiem i miodem płynący, któremu niczego nie brakowało. Piękne krajobrazy, rozciągające się po sam, odległy horyzont, gdzie tylko okiem sięgnąć. Gęste lasy, zamieszkiwane przez najróżniejszą zwierzynę, od wesołym śpiewem obwieszczających nowy dzień, mieniącymi się wszystkimi kolorami tęczy ptaków, po drapieżne, acz dostojne i potężne wilki, które od wieków symbolizowały moc i odwagę. Wysokie góry, których szczyty spowite białym puchem i skute lodem niemal przez wieczność, dawały zdobyć się tylko najmocniejszym i najodważniejszym, gdyż każdego bez wybitnych zdolności grzebały w śniegu po wsze czasy. Niebieskie wody, rozlane między kontynentami, by oddzielić je od siebie, okrywające swoją taflą najróżniejsze morskie stworzenia, które swoją kolorystyką i różnorodnością urzekały każdego, kto tylko je ujrzał. Rozległe równiny i pustynie, które jako jedyne były świadkami dawniej stoczonych wojen przez starożytne ludy, które ustanowiły do niedawna jeszcze istniejące granice. Wreszcie miasta, ogromne metropolie, z architekturą tak wspaniałą, że zapierała dech w piersiach. Cudowne pałace, gigantyczne kościoły i monstrualne, pięknie rzeźbione, jakby nie ludzką ręką posągi i statuy. Wszystko to, ozdabiało życie wesołej i żyjącej w dostatku, przyjaznej sobie ludności, której niczego nie brakowało.
Jednak to tylko wspomnienia, które jak przez mgłę mogli pamiętać tylko najstarsi żyjący mieszkańcy Arsen. Teraz, cały ten niegdyś cudowny świat, okalała kopuła bezgwiezdnej nocy, która nigdy nie ustępowała niczemu innemu, niż niewyraźny blask księżyca. Ową wieczna noc, sprokurowały rozpleniające się zło i mrok, które najpierw, nikt nie wie kiedy i z jakiego powodu, zagnieździły się w ludzkich duszach, transformując co poniektóre osoby, w plugawe potwory, siejące pożogę i chaos. Im więcej było wampirów, bo tak nazywano, te żywiące się krwią potwory, tym większy mrok ogarniał cały świat, aż w końcu zapadła wieczna noc, a wszystkie kolorowe ptaki pomarły lub zamilkły po na wieczność, pozostawiając wśród gałęzi drzew tylko krakanie kruków – zwiastunów śmierci, oraz wilkołaków – potężnych potworów, w które pod wpływem zła, jakie zapanowało w Arsen, przeistoczyły się wilki. Również te bestie, zaczęły w końcu wychodzić ze swoich ciemnych kryjówek w lasach, by siać spustoszenie wśród ludzkiej rasy, którą zgubiło ziarno zła, zasadzone w ich własnych duszach, które z czasem przeistoczyło się w potwora, z którym nie sposób walczyć…


Elena, szła powolnym krokiem, przemierzając kolejne uliczki Lemborgu, niczym labirynt. Jednak od kogoś uwięzionego w takowym różniło ją to, że znała to miejsce znakomicie i wręcz nie potrafiłaby się w nim zgubić. W końcu wędrowała tymi ulicami już tyle razy, lawirując między kolejnymi obskurnymi kamieniczkami, kamieniczkami których co najmniej połowa okien była zabita deskami lub powybijana. Za każdym razem gdy spoglądała na ten żałosny obraz ówczesnego świata, starała się przenieść myślami na zalany słońcem sad, o którym tyle razy opowiadała jej, nie żyjąca już od szesnastu lat, babcia. Kochała jej opowieści i oczy płonęły jej niczym świece, gdy wraz z babcią przenosiły się do mieniącego się najróżniejszymi kolorami wielu owoców, warzyw, krzewów i drzew, ogrodu, w którym kiedyś uwielbiała się bawić babka Eleny. Teraz ponownie trzydziestodwuletnia, atrakcyjna blondynka ubrana w proste szaty, podążała rozmarzona, jednak z zamyślenia wyrwał ją cichy szmer za jej plecami. Przystanęła na chwilę i spojrzała kątem oka w stronę, z której, jak jej się zdawało, ów dźwięk dochodził. Nie ujrzał jednak nic nadzwyczajnego, więc uznała ten odgłos tylko i wyłącznie za swoją imaginację, mimo to jednak przyspieszyła kroku i zaczęła, co jakiś czas nerwowo rozglądać się na boki i za siebie. Wiedziała, że w tych czasach nikt nie może czuć się bezpieczny. Dzięki swojej pracy kelnerki w dość popularnym barze, niemal codziennie dowiadywała się o tym, ze zaginął lub został zamordowany w okrutny sposób. Wiele osób przychodziło do baru tylko po to, by zatapiać swoje smutki po stracie kogoś bliskiego w kolejnych butelkach mocnych trunków. Całe jej życie wypełniało łkanie innych ludzi i to było głównym powodem, dla którego ona starła się nigdy nie ronić łez. Miała świadomość, że w erze wiecznego chaosu i niepokoju, ktoś musi pozostawać silny, by być podporą dla słabych ludzi, niepotrafiących poradzić sobie z problemami niebezpieczeństwami czyhającymi na nich za każdym rogiem. Ona starała się być właśnie taką podporą, jednak czasem sama traciła siły i zaczynała szlochać rozmyślając, czemu to jej mąż, a nie ona cztery lata temu, została rozszarpana na strzępy przez wilkołaka. Nigdy nie zapomni smrodu futra i potu, mieszającego się z zapachem świeżej krwi, rozlanej na powierzchni kilku metrów kwadratowych. Nigdy nie zapomni również agonalnych jęków i krzyków swego małżonka, który kazał jej uciekać, by ratować jej życie, a sam zginął w niesamowitych męczarniach. To wspomnienie wracało do niej często, jednak z czasem zadając coraz mniej bólu. To zdarzenie właśnie wróciło do jej głowy, więc z całych sił próbowała je z tamta wypchnąć, usiłując nie przypominać sobie widoku zmasakrowanych zwłok swego wybranka. Te ambitne próby przerwał jej cichy śmiech dochodzący zza jej pleców. Teraz była pewna, ze jej się nie wydaje – miała już pewność, ze to co słyszy jest prawdziwe. Zatrzymała się i powoli odwróciła, jednak ku swemu niezmiernemu zaskoczeniu nic nie zobaczyła. Włosy zjeżyły jej się na karku, gdy po raz kolejny usłyszała ten śmiech, tym razem znacznie głośniejszy i wyraźniejszy niż poprzednio, w dodatku, o dziwo ponownie za jej plecami. Ów śmiech napawał ją niesamowitym strachem. Nigdy takiego nie słyszała – to nie był śmiech kogoś rozbawionego, a śmiech szaleńca. Z niepokojem odwróciła się ponownie, po czym zaraz z krzykiem upadła i ciężko dysząc, zaczęła wycofywać się na czworakach, a raczej próbować, gdyż strach przenikał teraz całe jej ciało, od czubka włosów, aż po same końce palców u stóp. Kropelki zimnego potu tańczyły na jej czole w blasku księżyca, a jej zielone oczy, które nabrały teraz niesamowitych rozmiarów, wpatrzone były teraz w blade oblicze, wykrzywione teraz w drwiącym uśmiechu, które bez wątpienia należała do wampira. Ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę, nałożoną bezpośrednio na wychudzone ciało oraz wytarte spodnie, z dziurą ukazującą kolano napastnika. Przetłuszczone brązowe włosy, spływały krwiopijcy na oczy, ukazujące teraz, pełne dzikiego pożądania spojrzenie. W końcu wampir oblizał się ostentacyjnie i już zaczął nachylać się, nad swoją ofiarą, by jednym ukąszeniem pozbawić jej życia, gdy nagle poczuł szybkie szarpnięcie w brzuchu i odruchowo skierował swoje spojrzenie w dół. Spod jego klatki piersiowej wystawało długie na ponad pół metra ostrze, wykonane z mithrilu – jedynej, poza magią, rzeczy, która mogła uśmiercić wampira lub wilkołaka. Niedoszły morderca wydał z siebie zduszone charknięcie, opluwając przy tym krwią, leżącą przed nim dziewczynę, która wydała z siebie dziwny jęk, gdy na jej twarzy wylądowała posoka zabitego wampira, który w chwilę później zwisł bezwładnie na mieczu i zamienił się w proch. Elena, wciąż wypełniona od stóp do głów paniką i niepokojem, podniosła głowę by ujrzeć swego wybawcę. Mężczyzna opatulony był czarnym płaszczem z kapturem, tak, ze niemal całe jego ciało pozostawało pod tym okryciem, dopóki nie uniósł miecza i nie zlizał z niego krwi, tak, ze blask księżyca padł na jego usta, z których wystawały długie na mniej więcej centymetr kły. Kobieta natychmiast wydawała z siebie piskliwy krzyk, jednak jej wybawiciel i, jak się spodziewała przyszły kat, schował miecz do pochwy pod płaszczem, obrócił się na pięcie i szybkim krokiem oddalił się, znikając w mroku nocy…
 

14
jRPG / Disgaea
« dnia: Grudzień 22, 2005, 05:37:07 pm  »
gral ktos? Bo jesli tak to juz mi tu pisac co o ow grze sadzicie:P

Ja dopiero co zaczalem grac (jestem zaledwie w 2gim episodzie), ale gra wywarla na mnie jak najbardziej pozytywne wrazenie, choc na poczatku bylo inaczej. Grafika, choc calkiem spoko "krskowkowa", to jednak ja preferuje RPGie z grafiku w stylu Final Fantasy. Dubbing angielski rowniez pozostawia wiele do zyczenia, a glos glownego bohatera brzmi jak z dupy raczej. No ale nic, przebrnalem przez pieprwsze zmagania z tym co mi sie nie podoba i doszedlem do tutoriala walki. Ha! System sie swietnym. Disgaea jest RPGiem taktycznym wiec fani FFT i FFTA (hi Tant!) powinni byc systemem zadowoleni. Do walk jest kilka ciekawych dodatkow jak np. Geo Symbols czy tez mozliwosc rzucania wlasnymi postaciami :D. Po przejsciu tutorka bylem nastawiony do gry mocno pozytywnie i ruszylem zapoznawac sie z pozostalymi rzeczami dostepnymi w zamku Laharla. No i jestem pod duzym wrazeniem. Dark Assembly, w ktorym mozemy zdawac egazmin,  zwolywac senatorow by uchwalili lub odrzucili propozycje ustawy (nie dosc ze skorumpowani, to jeszcze mozna ich pozabijac jak odrzuca ustawe :D), lub i to w tym wszystkim najlpeszem, tworzyc wlasnych kompanow. Swietna opcja, a najlepsze jest to, ze im wiecej przeciwnikow zabilismy, tym lepszych mozemy tworzyc "uczniow" dla danych postaci. No to tyle z Dark Assembyl. O szpitalu chyba pisac nie musze, wiec przejde od razu do item world. Ta opcja jest swietna. Moznosc wchodzenia do wlasnych przedmiotow jest powalajaca. Kazdy przedmiot ma inne rarity innych specialistow, mozemy lvlupowac przedmioty, ulepszac za ich pomoca inne...no miazga po prostu. No i jeszcze sie wypowiem o poziomie trudnosci..ujme to tak ŁAH! Wreszcie jakies wyzwanie! Co prawda Laharl jest mega przepakowany, to jednak pokonanie bossa bez expienia graniczy z cudem, a czasem w zwyklych levelach mam problemy...jak na raie gra robi duuze wrazenie...no i mam nadzieje ze dalej tak bedzie :D

A wy co sadzicie?

15
Granie a gadanie / Madafakas
« dnia: Grudzień 10, 2005, 09:17:39 pm  »
No...pisac mi tu zaraz kto wedlug was jest najwiekszym madafaka z wirtualnego swiata? Czyj wyglad/charakter/cos innego wywoluje u was najwieksze emocje? Czyje dokonania powoduja u Was ciarki, zlosc, albo nawet "swieczki" w oczach? Wedlug mnie klasyfikacja wyglada tak:
1. Kratos (God of War) - istna maszyna do zabijania. Zrobi wszystko by pozbyc sie Aresa ze swojego zycia. Nie ma dla niego znaczenia ile osob zginie, wazne by osiagnal swoj cel. By zdobyc Pandoras' Box zlozyl w ofierze swojego, teoretycznie, sprzymierzenca. No i ten jego power...ahh!
2. Seph - nie widzi swiata poza soba i Jenova. Morduje co i kogo popadnie. Zsyla na ziemie Meteor  by pozbyc sie ludzi i spokojnie rzadzic sobie martwym siwatem, razem z Jenova.
3. Big Boss (MGS3) - Real one man army...i to powinno wystarczyc :) No i jeszcze to co zrobil na samym koncu...az mi sie lezka zakrecila w oku

16
Nieaktualne / MapleStory
« dnia: Październik 11, 2005, 05:04:28 pm  »
jesli lubicie MMORPG i platformowki to MapleStory jest gra wlasnie dla Was! Jest to bardzo ciekawe polaczenie obydwu tych typow gier. Co prawda cukierkowosc tej gry moze odstraszac ale dont worry! Gra sie bardzo przyjemnie. No...moze poza jednym szczegolem :P bardzo wolne zdobywanie lvli.

Jesli ktos bylby zainteresowany to kliknij mnie! ała. Clien zajmuje tylko 210MB wiec ze sciagnmieciem nawet przy przecietnym transferze nie powinno byc klopotu.

Jak cos to gram na serwerze...eee....ten najbardziej po prawej na menu wyboru serva :P

Jesli macie jakies pytania to smialo...jak bede umial to odpowiem :F

17
FanFik / Hateman Story
« dnia: Lipiec 06, 2005, 09:03:12 pm  »
czytajcie, bluzgajcie i zaproponujcie jakis tytul

Martin podążał właśnie w dół schodów prowadzących do tunelu metra – miasta Erengrad. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że metro przyjedzie za jakieś 8 minut. W myślach powiedział sobie „znając to cholerne miasto to można pewnie doliczyć kolejne 8”. Uśmiechnął się lekko i skręcił w prawo, w stronę najbliższej stacji. Grzywka nieuczesanych i przetłuszczonych, czarnych włosów łagodnie opadała na jego wysokie czoło niemal zasłaniając duże, piwne oczy, którymi rozglądał się bacznie po, zdewastowanym przez młodzież i ciągnącą się wojnę, tunelu Erengradzkiego metra. W kieszeni swoich czarnych sztruksowych spodni odkąd pamięta nosił swojego „małego przyjaciela” – nóż typu butterfly. Ale częściej służył mu do obrony przed dresiarzami i skinami niż do zgładzania swoich ofiar. Do tego używał swoich dwóch pistoletów typu „Desert Eagle”, które trzymał w wewnętrznych kaburach znajdujących się w jego skórzanej, brązowej kurtce. Trzymał w niej też kilka innych, przydatnych rzeczy jak gadżety do kamuflażu, zapasowe magazynki z amunicją czy fałszywe dokumenty. Im dłużej pracował jako płatny zabójca, tym bardziej przekonywał się, że obszerne kieszenie to bardzo ważna rzecz w tym zawodzie.
Gdy Martin Hateman, a według dokumentów Eddy Farenhost doszedł do stacji i podwinął delikatnie rękaw swojej kurtki, by rzucić okiem na zegarek, poczuł, że ktoś klepie go po prawym ramieniu. Odruchowo się odwrócił i zdążył tylko zauważyć dużą dłoń, zaciśniętą w pięść z nałożonym kastetem, która z zadziwiająco dużą prędkością zmierzała w stronę jego nosa. Gdy cios dotarł do celu, mężczyzna zachwiał się, aczkolwiek utrzymał równowagę i delikatnie pomacał ręką okolice swojego nosa. Stwierdził, że jest on złamany i obficie leje się z niego krew, lecz w tych okolicznościach nie miał zbyt wiele czasu na zajęcie się tym, gdyż naprzeciwko niego, stało trzech młodych dresiarzy. Stwierdził, że w zasadzie nie różnią się od siebie niczym. Szare dresy, łyse głowy, krok na wysokości kolan i kastety na dłoniach.
-Dawaj całą kasę cwelu albo rozpierdolę Ci ryj tak, że cię matka nie pozna! – krzyknął na Hateman’a ten sam chłopak, który wcześniej go uderzył.
-Drogi chłopcze. Uprzejmie radzę Ci byś razem z kolegami odszedł stąd zanim będę zmuszony zrobić Ci krzywdę – odparł „Eddy” zmuszając się na niezwykle uprzejmy ton.
-Tak k***a?! To pokaż, co potrafisz gnoju! – krzyknął „łysy” i rzucił się z pięściami na Martina, a za nim jego „klony”. Bohater niedbale sparował dwa pierwsze ciosy przeciwnika, a by uniknąć ataków jego kompanów odskoczył w tył i wyciągnął swojego butterfly’a, po czym natarł na najbliższego z oponentów wbił mu nóż pomiędzy czwarte a piąte żebro – w serce. Nie lubił zabijać ludzi innych niż swoje cele, ale miał świadomość, że w tej sytuacji nie miał innego wyjścia. Zanim ogromne zwłoki z małą dziurą w klatce piersiowej upadły na ziemię, Martin wyciągnął z nich „motylka” i ponownie odskoczył, z gotowością do następnego natarcia na przeciwników. Ci popatrzyli najpierw na zwłoki kompana, a potem wymienili pełne zdziwienia spojrzenia i ponownie ruszyli na Hateman’a. Martin ze stoickim spokojem złapał nadlatującą rękę przeciwnika i szybkim ruchem złamał ją w łokciu, czemu towarzyszyło charakterystyczne chrupnięcie i krzyk „łysego”, który już po chwili został popchnięty na swojego kompana, co spowodowało upadek obojga dresów. Zabójca zastanawiał się przez moment czy nie pozbawić dwójki napastników życia, ale zrezygnował z tego, gdy spojrzał w małe, pełne strachu i zaskoczenia oczy. Martin odwrócił się, a jego przeciwnicy zniknęli tak szybko jak się pojawili, z tą różnicą, że w niepełnym składzie. Martin spojrzał na zegarek i stwierdził, że nadszedł czas na to, by odrobinę zmienić swój wizerunek. Wyciągnął z kieszeni sztuczne wąsy i ciemne okulary. Po tym przypruszył włosy jakimś proszkiem by sprawiały wrażenie lekko siwawych. Chwilkę po tym nadjechało metro, w którym miał znajdować się cel Martina – Voytech Borovitch. Hateman miał go zabić i zabrać mu płytę, na której znajdowały się ważne dla pracodawcy Martina dane. Zabójca nie wiedział, co to za dane, nie znał nawet swego zleceniodawcy, ale póki ten dobrze mu płacił, nie obchodziło go to. Gdy tylko wsiadł do metra, zobaczył siedzącego naprzeciwko wejścia i czytającego gazetę, drobnego blondyna. Flanelowa, kraciasta koszula, poplamiona czymś czerwony. Martin z początku pomyślał, że to krew, ale uznał, że ktoś taki nie jest w stanie nikogo zabić. Od razu wiedział, ze ów człowiek to Borovitch, więc usiadł obok niego i rozglądnął się po wagonie. Poza nim i Borovitchem, po drugiej stronie wagonu znajdowało się dwóch dobrze zbudowanych męszczyzn. Pierwszy nosił na sobie niczym niewyróżniające się jeans’y i białą bluzkę. Jego czarne niezbadane włosy opadały na ramiona, a duże niebieskie oczy uparcie wpatrywały się w siedzącego naprzeciwko niego mężczyzny, z krótko przystrzyżonymi rudymi włosami i piegami na twarzy, na której znajdowały się malutkie świńskie oczka. Jego skórzana kurtka bez ramion odsłaniała pokaźną ilość mięśni i tatuaży na rękach.
Martin wsadził delikatnie rękę pod kurtkę i wyciągnął srebrnego eagle’a z kabury, aczkolwiek dalej trzymał go zabezpieczonego pod kurtką. Ponownie omiótł wzrokiem wagon i zauważył, że dwójka rosłych mężczyzn, co jakiś czas rzuca, na jego wsuniętą pod kurtkę dłoń, ukradkowe spojrzenia. Odrobinę go to zaniepokoiło, ale uznał, że to dal tego, iż za pewne, odrobinę dziwnie wygląda w takiej pozycji. Poza tym doszedł do wniosku, że gdyby stawiali opór będzie miał wystarczająco dużo czasu by po zabiciu Voytecha Borovitcha, zastrzelić również ich. Ta myśl napawała go spokojem i optymizmem. Postanowił, że zabije swój cel strzałem w tył głowy, gdy ten będzie wysiadał. Jednak przeliczył się. Na dwie stacje przed pętlą metra dwóch osiłków podniosło się ze swoich siedzeń zaczęło iść w ich stronę. Hateman spojrzał w stronę Borovitcha i zauważył, że ten wstaje i podchodzi do wyjścia. Pomyślał, więc, że pozostali panowie wysiadają na tej samej stacji i dla tego się zbliżają. Lecz brutalna prawda niestety okazała się zupełnie inna. Gdy tylko Martin znalazł się w zasięgu wytatuowanych łap, te brutalnie pochwyciły go i cisnęły nim o podłogę metra. Hateman niemal odruchowo wyciągnął swój pistolet i odbezpieczył go, lecz nim zdążył wypalić, drugi z osiłków wykopał mu broń z ręki, a ta poszybowała w przód i uderzyła o drzwi prowadzące do drugiego wagonu. Zanim zdążył cokolwiek zrobić otrzymał jeszcze kilka potężnych kopnięć w brzuch od goryli Borovitcha. I nagle, ten niepozorny blondyn ryknął potężnym głosem „Dość!”, a osiłkowie natychmiast przestali go bić. Nastał moment milczenia, a pociąg zatrzymał się na stacji.
-Bierzemy go – syknął Borovitch do swoich kompanów.
-Robi się – odparł długowłosy i wyszczerzył zęby, które bardziej przypominały kły, a następnie uderzył Hatemana w głowę, a ten natychmiast stracił przytomność.
 

18
Nieaktualne / ET
« dnia: Maj 26, 2005, 11:31:39 pm  »
w prawdzie nie jest to RPG, a strzelanka z drobnymi elementami RPG, to jednak dobrze sie mozna przy tym rozerwac. Gre zarowno mozecie zassac z TĄD
a pacz z TĄD
niemal codziennie gramy partyjki dla relaxu wiec zawsze mozna sie dolaczyc!
Dobrego transferu i dobrej zabawy przy ET zycze :D

19
Nieaktualne / The Crims Online
« dnia: Kwiecień 08, 2005, 04:07:16 pm  »
zostan wirtualnym gangsterem i wstap do naszego gangu...wszyscy mafiozi mile widziani....
TheCrims.com
rozpierduche czas zaczac :D

20
FanFik / Pomoc z języka polskiego
« dnia: Marzec 20, 2005, 04:03:00 pm  »
ocencie moje opowiadanie na temat milsoci Klary i Wacka w "Zemscie" OK? Bo nie wiem czy cos zmeiniac czy oddac takie do oceny

Słońce leniwie wzeszło ponad horyzont i zajrzało przez zakurzoną szybę do komnaty Wacława, oblewając jego uśpione oblicze, jasnym blaskiem. Wacław otworzył oczy i spojrzał przez okno. Ujrzał mur oddzielający posiadłość jego ojca, od posiadłości Cześnika Raptusiewicza, czyli dwóch wielkich wrogów. Wacław był jeszcze zaspany i naprawdę rozbudził się dopiero w momencie, gdy przymrużonymi oczyma zobaczył dziurę w murze. To właśnie tym otworem przemykał się na drugą stronę, by móc spotykać się ze swoją ukochaną, Klarą Raptusiewiczówną. Swoje spotkania musieli Oni zachowywać w tajemnicy, ze względu na nienawiść swoich ojców. W tym momencie przypomniał sobie o tym, że tego dnia miał się spotkać z Klarą. Spojrzał na stary drewniany zegar, który wisiał na ścianie i strach wymalował się na jego twarzy. Już po chwili Wacław Milczek usłyszał głos kukułki wydobywający się z zegara na ścianie. Tak, była godzina dziesiąta rano. Klara pewnie już na niego czeka. Zdenerwowany sięgnął po najbliższe ubranie. Wdział na siebie brudną koszulę i wytarte, długie, czarne spodnie, które kiedyś prawdopodobnie były spodniami „wyjściowymi” Rejenta Milczka, ojca Wacława. Po wdzianiu na siebie odzieży, szybko wybiegł z domu i ruszył pędem w stronę dziury w murze. Zatrzymał się krok od niej i głośno dysząc rozglądnął się, by sprawdzić czy nikt go nie obserwuje. Gdy był już tego pewny, wszedł po cichu dużego otworu i wyszedł z jego drugiej strony. Spojrzał w prawo i ujrzał niedużą, zieloną, ozdobioną złotymi wzorami altankę. To w niej zawsze spotykał się z Klarą, swoją ukochaną. Chowając się za krzakami, które rosły w okolicy muru, Wacław zakradł się do altany i wszedł do niej niepewnym krokiem.                                                                                    
-Wybacz mi spóźnienie i mój strój, ale…
-Ciiiiiiicho, nie krzycz tak bo nas tu ktoś nakryje – przerwała Wacławowi Klara. Jej długie blond włosy opadały na ramiona, a lazurowe oczy wpatrzone były w Wacława. Była wysoka aczkolwiek jeszcze bardzo młoda, miała dopiero dziewiętnaście lat – nie musisz się już tłumaczyć.
-Dobrze, dziękuje Ci, że czekałaś – rzekł Wacław – po co wezwałaś mnie dziś tak wcześnie?
-Ponieważ moja kuzynka Podstolina, ma się żenić z Cześnikiem! Mogłaby wyprosić u niego błogosławieństwo – powiedziała z entuzjazmem Klara.
-To cudownie! – krzyknął Wacław i w jednej chwili zasłonił sobie dłonią usta, ze świadomością, ze nikt nie może wiedzieć, że on tu jest.
-Ale najpierw musiałaby Cię poznać – zapowiedziała Wacławowi Klara
-Ale jak tego dokonać…. – zdanie Wacławowi przerwał krzyk. Był to męski, piskliwy głos.
-Papkin…tutaj? – powiedziała jakby do siebie Klara i wyjrzała z altany. Zobaczyła Papkina, ubranego we francuski strój, z szablą i dwoma pistoletami u pasa. Przyglądał się jak kilku innych poddanych Cześnika próbuje rozgonić murarzy, którzy najwidoczniej przyszli naprawić, nadgryziony zębem czasu mur. Nie zważając na Wacława, Klara przestraszona, szybko wymknęła się z altany i pobiegła do rezydencji Raptusewicza. W tym momencie w głowie Wacława zaświtała pewna myśl. Poczekał aż walka się skończy, co nie trwało długo. Dwóch murarzy szybko zostało przegonionych przez hajduków Cześnika Raptusiewicza, a Wacław podbiegł po cichu do Papkina. Przez chwilę miał ochotę wymierzyć sługusowi Cześnika potężny cios w potylicę, po którym zapewne Papki już by się nie podniósł z ziemi. W ostatniej chwili jednak Wacław powstrzymał swoją chęć uderzenia Papkina i rzekł do niego:
-Witaj! – powiedział, a Papki wzdrygnął się przestraszony, a następnie się obrócił w stronę Wacława.
-Kim jesteś, czego ode mnie chcesz?! – wrzasnął Papkin.
-Jestem Wacław Milczek, syn Rejenta – odrzekł ze stoickim spokojem Wacław.
-Ty!!!…… - zaczął Papki sięgając lękliwie po szablę Artemidę, ale Wacław kopnięciem wybił mu ją z ręki, a ta poszybowała w powietrze i spadł kilka metrów dalej – czego chcesz?!
-Chcę żebyś mnie pojmał jako adwokata Rejenta i ukrył w domu Cześnika, oczywiście nie za darmo – rzekł spokojnie Wacław wyciągając sakiewkę, która zaszeleściła pieniędzmi.
-O…oczywiście – zająknął się Papki, gdy Wacław pokazał mu zawartość sakiewki. Niedługo potem uszyli w stronę posiadłości Cześnika Raptusiewicza. Po chwili stali już przed dużymi, dębowymi drzwiami do komnaty Cześnika. Wacława był lekko spięty, ale przełamał strach i wszedł do pomieszczenia. Cześnik ubrany jeszcze w koszulę nocną i szlafmycę rzekł:
-A któż to? –spytał z zaciekawionym wyrazem, pomarszczonej twarzy.
-To jest adwokat Milczka, JA go pojmałem! – odpowiedział dumnym głosem Papki kładąc szczególny nacisk na słowo „ja”.
-Nie chce tu żadnych ludzi tego idioty! – krzyknął oburzony Cześnik.
-Ale…
-Powiedziałem, że masz go wyprowadzić! – po tych słowach Papki z Wacławem pospiesznie opuścili komnatę Raptusiewicza, by za drzwiami spotkać piękną Klarę:
-Wacław?! Co Ty tu do cholery robisz?! – powiedziała niezbyt kulturalnie Klara na widok ukochanego w domu ojca.
-Cicho! Ukryję się tu by móc Cie częściej widywać – szeptem odpowiedział Wacław.
-Najpierw pieniądze – wtrącił Papki.
-Masz to i odejdź już stąd – powiedział Wacław dając Papkinowi sakwę z pieniędzmi, pieniędzmi ten odszedł od pary i powędrował wzdłuż korytarza. Wtem zza drzwi wyłoniła się kobieta podobna do Klary, lecz wyższa i starsza, ubrana w ciemnozieloną suknię. Wacław od razu rozpoznał w niej Annę, którą uwiódł za czasów studenckich i której przedstawił się jako Książe Radosław. Teraz miał tylko nadzieję, że Anna go nie pozna. Jednak nadzieja jak zawsze okazała się być matką głupich. Gdy tylko Anna spojrzała na Wacława, wykrzyknęła z radością w głosie jego imię, a po jego czole zaczęły powoli spływać kropelki zimnego potu i zrobiło mu się gorąco:
-To Wy się znacie? – spytała Klara.
-Ależ oczywiście Klaruniu! – odrzekła Anna.
-Co to znaczy Wacławie? – zapytała lekko podenerwowana całą sytuacją Klara.
-No wiesz eeee… - zaczął jąkając się Wacław, ale Podstolina mu przerwała…
-Nie czas teraz na wyjaśnienia, chodź! – powiedziała Anna zaciągając Wacława siła do najbliższej komnaty i dodała – co Ty tu robisz?
-Mógłbym zapytać o to samo – odrzekł Wacław, który nie bardzo wiedział co powiedzieć.
-Mam nadzieję, że pamiętasz o naszej umowie – powiedziała ze spokojem do Wacława, Anna.
-Jakiej umowie – spytał Wacław udając, że nie wie o co chodzi , czując jednocześni, że robi mu się coraz bardziej gorąco.
-Jeśli jedno nie zechce wziąć ślubu z drugim, zobowiązane będzie zapłacić sto tysięcy odszkodowania – powiedziała z tryumfem w głosie Anna.
-Aaaaa….tak oczywiście, że pamiętam. Wybacz, ale teraz musze już iść – rzekł zmieszany Wacława i pospiesznie wyszedł z pomieszczenia, by pożegnać się z Klarą i potajemnie udać się w stronę zamku ojca.
Rejent Milczek już na niego czekał i gdy tylko Wacław pojawił się w zamku rzekł do niego:
-Jutro ślub.
-Czyj?
-Twój.
-Z kim?
-Z Anną.
-Nie! Nie ma mowy, nie zgadzam się!
-To trzeba było nie podpisywać umowy o sto tysięcy głupcze! - krzyknął Rejent – poza tym jutro walczę z Cześnikiem, jeśli przegram to Anna się dobrze Tobą zajmie.
-Ale ja nie chce!
-Nic mnie to nie obchodzi, bo ja też nie chce płacić stu tysięcy, tysięcy powodu kaprysów niedojrzałego syna. Wacław nie wiedział, co powiedzieć. Jego ciało, od stóp do głów przenikały mieszające się złość i żal do ojca. Pobiegł do swojej komnaty i zamknął się wewnątrz niej. Siedząc na łóżku przeczekał całą noc i nie zmrużył nawet oka. Gdy nastał ranek Wacław nawet się nie przebrał, tylko wyruszył na, być może, ostatnie spotkanie z Klarą w altanie. Ale teraz nawet nie starał się poruszać po cichu, ani niezauważenie. Gdy tylko przeszedł przez dziurę w murze z pobliskich krzaków wyskoczyły cztery sługi Cześnika. Zaczęli się do niego zbliżać dosyć szybkim tempem. Nie był uzbrojony, ale mimo to przyjął postawę bojową. Po chwili ruszył na pierwszego z Hajduków uderzył go barkiem w twarz, prawdopodobnie łamiąc mu w ten sposób nos. Następny ze służących otrzymał potężny cios łokciem w brzuch, ale szybko się pozbierał i zaatakował Wacława kopnięciem w kostkę. Wacław zawył z bólu i kontrował prawym sierpowym, który pozbawił przeciwnika kilku zębów i ochoty do dalszej walki, jednak zanim Wacław zdołał się obrócić poczuł mocny cios na swojej potylicy, po czym upadł na twarz i stracił przytomność.
Wacław obudził się w pomieszczeniu, które przypominało mu kościół. Leżał na ziemi i był otoczony kołem przez: Papkina, Cześnika, Klarę, jakiegoś kucharza i kilku sług Raptusiewicza. Wacława strasznie bolała głowa i wywnioskował z tego, że cios który otrzymał w tył głowy „pochodził” od najwyższego Hajduków najlepiej zbudowanego z Hajduków. Podniósł i ze zdziwieniem patrzył na otaczających go lduzi. Po chwili niezręczną ciszę, która panowała w pomieszczeniu przerwał Cześnik:
-Masz teraz wybór: albo weźmiesz zaraz ślub z Klarą albo marny Twój los! – wysapał Raptusiewicz
-To cudownie! – krzyknął Wacław
-Więc na co czkeamy? – pwoeidizała ochoczo Klara. Po chwili wezwany został ksiądz ksiądz ceremonia się zaczęła.

…….I żyli długo i szczęśliwie…..

 

Strony: [1] 2 3 4