Autor Wątek: "Gotowi by upaść" ::FFVII  (Przeczytany 4605 razy)

Offline Lacci

  • SemiRedaktor
  • Wiadomości: 6
    • Zobacz profil
"Gotowi by upaść" ::FFVII
« dnia: Grudzień 25, 2007, 12:09:06 am »
Heh… bez większych wstępów… Jest to mój pierwszy fanfik związany z FFVII jaki napisałam (i notabene, który jeszcze piszę). Pierwsze rozdziały są prawie sprzed dwóch lat, więc proszę o wyrozumiałość ^^” (aczkolwiek zastanawiam się, czy ta wyrozumiałość nie jest bardziej potrzebna przy późniejszych częściach…).
Tytuł jest tandetny, ale nie miałam lepszego pomysłu…

Dodam jeszcze, że nie wszystko musi się całkowicie zgadzać z fabułą gry – czasami mogą to być wyniki zamierzone, a czasami… wręcz przeciwnie.

Przepraszam za ewentualne błędy  ^^”
Miłej… khm... lektury...



Woda spływała dosłownie każdą ulicą, rynną i innymi możliwymi dla nieokiełznanej cieczy drogami. Niebo było ciemne, wręcz czarne, zupełnie jak to nocą. Brakowało tylko księżyca i jego towarzyszek – gwiazd.
Na dodatek wiatr hulał w najlepsze, porywając niewinnym przechodniom kapelusze i czapki.
Taka pogoda panowała w Midgar już od rana.
Tifa westchnęła i dotknęła dłonią szyby.
Zimna.
Cofnęła rękę.
Dziewczyna była dzisiaj zupełnie sama.
Barret zabrał Marlene na długie wakacje i Tifa nie wiedziała, gdzie oni się teraz podziewali.
Cid się nie odzywał.
Yuffie wyjechała żeby spotkać się z ojcem.
Z Vincentem jak to z Vincentem. Nikt nie wiedział gdzie on jest.
A Cloud… również chodził swoimi drogami. Mimo iż ostatnio, nie można było temu zaprzeczyć, zmienił się. Jakby to powiedzieć… stał się bardziej otwarty, jego postawa się zmieniła. Dotychczas miało się wrażenie, że obwinia się on za wszystkie nieszczęścia tego świata. A teraz tego nie było.
No cóż, może nie na tyle, że 'nie było', ale przynajmniej nie było tego po nim widać.
Tifa wyrwała się z zamyślenia i ponownie spojrzała przez okno.
Ludzie na ulicach już się pochowali.
Deszcz wzmógł swoje działania i teraz równomiernie walił w szklaną taflę okna, a odgłosy, jakie temu towarzyszyły przypominały uderzenia setek ziaren grochu spadających na ziemię ze znacznej wysokości. Niebo zachmurzyło się i ściemniało jeszcze bardziej… o ile to właściwie było możliwe.
Tifa przeniosła teraz wzrok na coś, co już od paru tygodni górowało nad miastem…
Nowy budynek ShinRy.
***
- Szefowi znowu się pogorszyło. – Oświadczył Reno.
Właśnie wnosili z Rude'm jakieś kartony do nowego budynku ShinRa Inc.
- Ja się osobiście dziwię Szefowi – zaczął znowu – że mu się chce w takim stanie bawić znowu w te klocki. – Przystanął na chwilę, żeby wziąć oddech. Kiedy Rude wyprzedził go o parę metrów, otrząsnął się i szybko wyrównał mu kroku. – Według mnie, to Szef powinien znaleźć sobie kogoś na swoje miejsce i ewentualnie się z nim konsultować…
- Najlepiej ciebie… - mruknął Rude, podsumowując kolegę. Szczerze powiedziawszy miał już dość paplaniny partnera.
- Coś mówiłeś? – Reno spojrzał na niego znad stosu pudeł.
Obydwoje przystanęli, znaleźli się naprzeciw wejścia do budynku.
- Nie, nic… - mruknął Rude i 'otworzył' nogą główne wejście do budynku.
- Ale ja wiem co mówiłeś!!! – wrzasnął i pobiegł za nim. Jednak zanim zdążył przebiec przez drzwi, te zatrzasnęły mu się przed nosem. Chłopak upadł z hukiem. Przez chwilę leżał na ziemi przygnieciony kartonami. Po paru sekundach podniósł głowę i oparł się na łokciach.
- Wiesz co?! – wrzasnął do przyjaciela, który stał w uchylonym wejściu; wyglądało na to, że całkiem nieźle się bawi. – Niech cię szlag trafi, ty stary pacanie!
***
- Cholera… - Mężczyzna powolnym ruchem odsunął telefon od ucha i odłożył go kilka centymetrów od siebie, tak żeby w razie czego mógł go odebrać bez zbędnego wysiłku.
Spojrzał na swoją lewą rękę. Znowu przyczepili mu jakieś rurki i kabelki. Nie cierpiał tego.
Opuścił głowę na poduszkę. Nienawidził tego ciągłego leżenia. Mimo iż nie należał do ludzi, którzy ubóstwiają ciężką pracę, w tym momencie miał o wiele ważniejsze i pilniejsze rzeczy do roboty.
Przeklął siarczyście pod nosem.
Czuł się tak, jakby ktoś przywalił mu z całej siły tępym, ciężkim narzędziem w głowę.
Położył się na wznak i wbił wzrok w ciemność.
Cisza. Ta cholerna cisza!
Nic, poza cichym, równomiernym pikaniem i szumem różnych spec-maszyn medycznych, które stały prawie w całym pomieszczeniu.
Mężczyzna czuł się jakby powoli, stopniowo wtapiał się w tę otaczającą go ciszę.
***
- Jestem! – Radosny głos ciemnowłosej dziewczyny zakłócił ciszę.
Istota stanęła na środku pomieszczenia, przygryzła wargę i mruknęła:
- A więc to tak… - Nikogo nie było.
Rozejrzała się, przeleciała wzrokiem po pustym barze, krzesłach, stolikach itd., aż na końcu zatrzymała wzrok na przeciwległej ścianie.
Ich zdjęcia. Zdjęcia ich drużyny. Prawie cała ściana!
Dziewczyna podeszła bliżej.
Byli tam dosłownie wszyscy.
O! Tifa z Cloudem… jaka z nich ładna para… pasowaliby do siebie…
Dalej…
Barret i Marlene, Cid, Red… o! I nawet ona jest! Nieco dalej odnalazła jeszcze wzrokiem Vincenta, który, notabene, za zdjęciami nie przepadał… Dalej znalazła znowu siebie, tym razem na zdjęciu z Barretem, później kilka zdjęć Clouda… dalej Tifa, Red, Cait Sith… Kiedy zweryfikowała już zawartość całej ściany, zauważyła, że w rogu, na samej górze wisiał specyficzny portret młodej dziewczyny o bystrych zielonych oczach i brązowych, lekko loczkowatych włosach.
Zdecydowanie nieznajomej dziewczyny.
- Yuffie! Miałaś przyjechać dopiero jutro! – Tifa zbiegła ze schodów i stanęła na wprost młodej przybyszki.
- A tak się jakoś złożyło… - mruknęła i obdarowała koleżankę szczerym, radosnym uśmiechem.
- Ależ ja się bardzo cieszę! Już miałam dość siedzenia tutaj samej! Teraz przynajmniej będę miała do kogo usta otworzyć! – Tifa wyściskała gościa.
Kiedy Yuffie poczuła, że została już wystarczająco wymiętoszona, odsunęła się delikatnie od przyjaciółki i zwróciła swój wzrok na fotografię, która tak bardzo ją zaintrygowała.
- Kto to jest? – spytała bez zbędnych dochodzeń.
- Nie wiem – usłyszała w odpowiedzi – znalazłam to zdjęcie niedawno, kiedy byłam z wizytą w Nibelheim, leżało zniszczone niedaleko Shinra Mansion, a że, szczerze powiedziawszy, spodobało mi się, więc je ze sobą wzięłam. I tak się jakoś stało, że teraz tutaj wisi…
- Ahaaa… - mruknęła przewlekle Yuffie, jakoś mało usatysfakcjonowała ją odpowiedź, którą usłyszała. Ponownie zagapiła się na fotografię.
Zapadła chwila ciszy.
- Siadaj – Usłyszała. Odwróciła się. Tifa nagle znalazła się za barem. – Dam Ci coś ciepłego do zjedzenia. Po takiej podróży zapewne jesteś głodna!
Yuffie zgodnie przytaknęła i usiadła na barowym krzesełku. Przez chwilę przyglądała się jak powstaje jej dzisiejszy obiad, a potem zerknęła za okno.
Rzucił się jej w oczy wiadomy budynek.
- Nie wiem, o co w tym chodzi… - mruknęła cicho Tifa, nie podnosząc wzroku znad gotowanej potrawy. Nie musiała widzieć żeby wiedzieć, na czym skupiła się uwaga jej przyjaciółki. – Niby chcieli się 'odbudować'…
- Ale w jakim sensie… - dokończyła za nią Yuffie.
* * *
A jednak, nawet coś, czego potęga już nie istnieje, budzi w sercach wspomnienia, złe wspomnienia… W takich momentach nie wierzymy w to, że człowiek może się zmienić…
Bo czy może?
* * *
- No dobra, to już chyba wszystko – mruknął Reno. Odłożył ostatni karton, który miał wnieść do nowego gabinetu Shinry i otrzepał ręce. – No to co, przyjacielu? – Spojrzał na Rude'a. – Idziemy do baru odwiedzić naszych starych przyjaciół? A przy okazji walnąć sobie kieliszeczek albo dwa? – Uśmiechnął się przekonywująco.
Nie widząc reakcji „Przyjaciela" dodał szybko:
– Ja stawiam!
Rude wzruszył ramionami.
Reno zawsze stawiał.
* * *
Cloud Strife właśnie kończył kolejny dzień pracy w Korporacji. Nie przyznano mu jeszcze miejsca w głównej siedzibie, gdyż ta dopiero co powstała i nie została jeszcze do końca rozplanowana. Wszystko robione było na 'szybkiego'.
Coś o nim samym?
Cloud wrócił do SOLDIER i zajął się tam szkoleniem rekrutów. Normalnie, w żadnym wypadku nie wróciłby do ShinRy, ale zrobił to tylko po to, żeby wiedzieć 'co jest grane'. Wielka korporacja znowu przejmowała władzę, a Cloud i reszta drużyny musiała mieć pewność, że Shinra nie popełni kolejnego błędu. Strife działał, jakby na przeszpiegach i przy okazji nieźle zarabiał. Zaś życie w Nowym Midgar do tanich nie należało… niby był jeszcze bar Tify, ale tam wpadali tylko ludzie, którym nie żal było pieniędzy (czyli przeważnie Turksowie, z jednym 'specyficznym' na czele).
Cloud szedł przez chwilę zamyślony, wgapiony w czubki swoich butów.
Wiatr targał jego włosami.
Czy już nie powinni porzucić swoich obaw? Przecież Rufus jest jeszcze chyba na tyle mądry, żeby nie powtarzać błędu swojego i ojca.
Chociaż ostatnimi czasy do uszu Clouda doszło, że Shinra poszukuje jakiegoś źródła energii. Ale jakiego? Nie wiadomo.
Chłopak żałował, że jako SOLDIER nie miał bezpośredniego wglądu do źródeł informacji. Był po prostu za daleko od spraw urzędowych.
- Hej! Strife, zaczekaj! – Usłyszał za sobą głos, który wyrwał go z zamyślenia.
Odwrócił się.
Reno biegł za nim, omal nie gubiąc po drodze zsuwającej mu się z ramion marynarki. Oczywiście za chwilę, parę metrów dalej, wyłonił się Rude, który szedł spokojnie, w bezpiecznej odległości, udając, że nie zna czerwonowłosego.
Reno dobiegł do blondyna, zgiął się w pół i zaczął brać głębsze wdechy. Kiedy pozbył się zadyszki wyprostował się i poprawił marynarkę.
- I jak tam Cloud? – zagadał.
Strife wzruszył ramionami i ruszył dalej, zostawiając dwóch Turksów w tyle. Mylił się, jeśli myślał, że oni za nim nie pójdą. Bo poszli.
- Nie lubisz nas już? – spytał Reno, doganiając go.
Blondyn wyminął go taktownie i ruszył dalej. Turks zaś dogonił go w trybie błyskawicznym.
- Ej, stary, co jest? – spytał.
Strife westchnął.
- Jakiś idiota za mną idzie – odpowiedział.
- Gdzie? – Reno rozejrzał się. Po chwili jakby zrozumiał aluzję. - No wiesz co?! To nie było miłe! – oburzył się.
"Sorry? Why, I've never had this much fun."

Offline Spec (Wraith)

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 210
  • Trololo
    • Zobacz profil
    • Rise of the Empire
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #1 dnia: Grudzień 25, 2007, 08:58:02 am »
Nie wiem, jak wy, ludzie, ale mnie się podobało. :) Good work & we want MORE! :)

Offline kubkowski

  • Soldier
  • Wiadomości: 6
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #2 dnia: Grudzień 25, 2007, 08:12:29 pm »
Tekst niezły, kilka rzeczy poprawiłbym (jeśli masz ochotę, prześlij mi go na mejla - powinien być gdzieś w okolicy). Ciekawie się zaczyna, więc czekam na ciąg dalszy.

Offline Rezo

  • Soldier
  • Wiadomości: 38
  • this is madness
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #3 dnia: Grudzień 26, 2007, 12:15:12 am »
dobre , naprawde dobre poprosze o wiecej hhehehe

Offline G-1

  • "cudowny" użytkownik
  • General
  • ******
  • Wiadomości: 542
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #4 dnia: Grudzień 26, 2007, 10:12:21 pm »
Według mnie jak na razie ok. Jak na razie w tej części widzę tylko jedną wadę, sporo się dzieje ale jakby akcja prawie nie posuwa się wcale do przodu. Ale jak na mały wstęp może być. Kontynuuj to dalej.
Pisząc fika w dobrze znanych każdemu realiach jest łatwiej jeśli chodzi o opisy ale te, nieliczne, które są w tym krótkim tekście jakoś mnie nie przekonują.

Pierwsze rozdziały są prawie sprzed dwóch lat, więc proszę o wyrozumiałość ^^”
Pewnie czekałaś aż "on" i jego krytyka przestaną pojawiać się na forum hehe. ;F
« Ostatnia zmiana: Grudzień 26, 2007, 10:17:38 pm wysłana przez G-1 »
(...)Poprostu ja nie mam czasu na granie w kilkudziestogodzinne gry po to żeby poznać fabułe jakąś lipnawą w której ziomu ratuje świat, a ja podczas tego ratowania świata biegam sobie mietkiem naciskam przycisk X i walcze z potworem, później oglądam film jak ten mietek główny bohater gada 30 minut z jego wybranką z czeg nie wynika nic ciekawego, później zaliczam każdą postać w lokacji i gadam z nią żeby dowiedzieć się na przykład że ładną mamy pogode, a nowa generacja konsol będzie mi oferowała to samo z tym że z lepszą grafiką... nie gry to już nie jest dla mnie główna rozrywka i nie mam czasu na kilkadziesiąt godzin grania podczas gdy o wiele epszą fabułe mogę mieć oglądając jakiś koreański film... teraz już mnie granie nie ara, jak mówiłem wcześniej przed konsolą chce się rozerwać, niepotrzebny do tego jest mi główny bohater stworzony z 40 milionów pixeli zamiast z 4...

Offline The_Reaver

  • Heartless Engineer
  • Redaktor
  • *********
  • Wiadomości: 2086
  • Dark Keyblade Master
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #5 dnia: Grudzień 27, 2007, 12:03:25 am »
To na razie tylko wstęp, ale piszesz ciekawie. Oby dalej było równie interesująco.
I'm in Space!

Offline Nova/smogu

  • Zerg Lurker
  • SuperMod
  • *********
  • Wiadomości: 2236
  • MOAR!
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #6 dnia: Grudzień 27, 2007, 02:11:03 am »


Pierwsze rozdziały są prawie sprzed dwóch lat, więc proszę o wyrozumiałość ^^”
Pewnie czekałaś aż "on" i jego krytyka przestaną pojawiać się na forum hehe. ;F
q o wszystkim wie, wszystko widzi i wszystko usłyszy

A tak na serio, to nie wywołuj wilka z lasu.
Kame Hame Ha

Offline ShinRa

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 53
    • Zobacz profil
    • Metal Gear Solid PL
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #7 dnia: Grudzień 27, 2007, 02:54:05 pm »
Świetne. Dziewczyno, masz talent. Nie to co ja. :D
Daj jakiegoś uptade, bo spodobało się ludziom :D
Final Fantasy IV PBF
http://www.ff4pbf.yoyo.pl/
Teraz po apokalipsie, ale wciąż jest fajnie :P

Offline Lacci

  • SemiRedaktor
  • Wiadomości: 6
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #8 dnia: Grudzień 29, 2007, 01:19:28 am »
sporo się dzieje ale jakby akcja prawie nie posuwa się wcale do przodu
No to nie wiem, jak przetrzymacie najbliższe dziesięć rozdziałów ;p
A co do tych opisów... postaram się poprawić.. (zobaczymy, jak mi to wyjdzie...)

Wiecie, zawsze możemy zarzucić ją spamem na GG. :) Na swoje nieszczęście podała numer w profilu. ;]
A phi! Ja twarda jestem  :P
« Ostatnia zmiana: Grudzień 29, 2007, 01:20:09 am wysłana przez Lacci »
"Sorry? Why, I've never had this much fun."

Offline Miremel

  • Soldier
  • Wiadomości: 2
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #9 dnia: Styczeń 05, 2008, 09:50:01 pm »
Lacci, twój fik jest świetny, prosze napisz jak najszybcej kolejną cześć  ;)


Posprzątałem, bo się nam tu spamowisko robiło. Koniec z postami w stylu "napisz nowy rozdział" i "kto to jest q?", bo pierwsze z nich wcale nic nie przyspieszy, a drugie jest nie na miejscu hehe - Krasnal Hałabała
« Ostatnia zmiana: Styczeń 06, 2008, 06:20:25 pm wysłana przez Tantalus »

emiel_

  • Gość
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #10 dnia: Styczeń 08, 2008, 03:46:14 pm »
Lacci, całkiem przyjemnie się to czyta:> Co do uwag, głównie styl i interpunkcja gdzieniegdzie.Osobiście?Razi mnie w oczy np. to: "Deszcz wzmógł swoje działania". Nie pasuje tak jakby.Było jeszcze kilka innych niedoróbek, ale mniejsza o nie... Widzę tu wyraźnie Twoją fascynację nie tylko FFVII, ale też FF AC (no chyba, że mi na łeb padło, ale jest tu scenka, która przywołuje mi w pamięci film ;P )
   To, co mnie zaintrygowało: nie wiem, może się pomyliłaś, a może zrobiłaś to celowo. Jakoś mi ni cholery nie pasują osobowości Reno i Rude. To Reno zwykł być opanowany, a Rude miał coś, na wzór "motorka w tyłku". U Ciebie jest dokładnie na odwrót,heh... 
    Czekam na dalsze rozdziały i pozdrawiam.

EDIT: Fak, nic dzisiaj nie piłem;> dzięki Bucu za poprawkę, starość nie radość;/ Lacci, odwołuję to co mnie zaintrygowało.Reszta bez zmian :P
« Ostatnia zmiana: Styczeń 08, 2008, 03:56:17 pm wysłana przez emiel_ »

Offline Solidus

  • This is no Zaku boy... NO ZAKU!
  • SuperMod
  • **********
  • Wiadomości: 2723
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #11 dnia: Styczeń 08, 2008, 03:50:07 pm »
   To, co mnie zaintrygowało: nie wiem, może się pomyliłaś, a może zrobiłaś to celowo. Jakoś mi ni cholery nie pasują osobowości Reno i Rude. To Reno zwykł być opanowany, a Rude miał coś, na wzór "motorka w tyłku". U Ciebie jest dokładnie na odwrót,heh... 
No właśnie, że raczej ma dobrze.
http://en.wikipedia.org/wiki/Turks_%28Final_Fantasy_VII%29#Reno
Rude jest zaraz pod nim.
One little, two little, three little furries
Four little, five little, six little furries
Seven little, eight little, nine little furries
Ten little furry fags.
KILL EM!
Ten little, nine little, eight little furries
Seven little, six little, five little furries
Four little, three little, two little furries
One little furry fag.
ANYONE WANT TO DO THE HONORS?

Offline Lacci

  • SemiRedaktor
  • Wiadomości: 6
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #12 dnia: Styczeń 25, 2008, 01:23:10 am »
ROZDZIAŁ II
“Niespodzianek ciąg dalszy”

   O Yuffie Kisaragi można było powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że była w stanie wytrzymać w jednym miejscu dłużej niż kilka dni. Młoda ninja, córka przywódcy Wutai, zdecydowanie nie należała do domatorów.
   Kiedy przez chmury zaczęły przedzierać się pierwsze promienie słońca, młoda ninja ożywiła się bardziej, niżeli do tej pory wydawało się to możliwe. Z samego rana oświadczyła, że wyrusza do Nibelheim z zamiarem szukania materii w tamtejszych górach.
   Oczywiście nikt nie wiedział dlaczego ona nadal to robiła, dlaczego nadal szukała tych małych kulek o właściwościach magicznych. Przecież walka się skończyła, ShinRa nie odzyska dawnej pozycji, a więc Wutai ma szanse na przywrócenie swojego wcześniejszego statusu.
   No ale jej to chyba weszło w krew.
   Wczesnym rankiem dziewczyna zerwała się z łóżka, spakowała wszystko to, co kilka dni wcześniej rozpakowała, zrobiła sobie szybkie śniadanie, robiąc przy okazji okropny bajzel w kuchni.
   Co prawda to jej podróżowanie z kontynentu na kontynent trochę mijało się z wcześniej założonym planem zorganizowanej i oszczędnej podróży. Ale szczerze, Yuffie Kisaragi nigdy nawet nie przypuszczała, że ten plan może się powieść.
 No dobrze... - powiedziała, powoli rozglądając się naokoło.
   W barze było już całkowicie jasno. Promienie słoneczne powoli napełniały pomieszczenie. Yuffie wyciągnęła jeszcze kartkę papieru, na której napisała odpowiednią formułkę, że wyjeżdza i żeby się o nią nie martwić. Kiedy zakończyła już przygotowania do podróży, otworzyła drzwi i po cichutku opuściła 7th Heaven.
* * *
Po deszczu zawsze wychodzi słońce. Poprawność tej tezy mieli właśnie okazję potwierdzić mieszkańcy Midgar. Po ulewnych opadach nastał wreszcie czas na iście letnią pogodę, taką, która  poprawnie mieści się w lipcowych normach. Słońce przygrzewało jak należy, a nieco podbudowani na duchu mieszkańcy miasta zaczęli liczniej wylęgać na ulicę, trochę w obawie, że ponura pogoda powróci, a oni nie zdążą załatwić swoich już i tak wystarczająco ponurych spraw.
   W całym mieście była prawdopodobnie jedna osoba, która nie musiała się ów sprawami przejmować. Za to zaprzątała sobie głowę zupełnie innymi rzeczami.
   Rufus Shinra stał właśnie w oknie swojego gabinetu i - z mieszanką niejakiego zadowolenia i  pogardy - patrzył na ludzi w dole, którzy tutaj, z perspektywy dwudziestego piętra, przypominali małe mróweczki gotowe do rozdeptania. Ale prezes korporacji ShinRa nie miał zamiaru niczego rozdeptywać, no cóż... przynajmniej do czasu.
   Jak narazie wszystko szło według planu. Nowa siedziba korporacji, zwerbowanie ludzi... wszystko szło jak po przysłowiowym maśle. Mieszkańcy Midgar też jakoś specjalnie nie buntowali się przeciw korporacji i nawet chętnie zgłaszali się do pracy - na zachętę wystarczyły tylko odpowiednio wysokie pensje.
   No cóż,  Rufus doskonale wiedział, że nie ma lepszego środka do manipulowania ludźmi niż pieniądze. Człowiek jest gotów w swojej zachłanności zrobić wiele rzeczy, naprawdę wiele rzeczy, których normalnie by... nie zrobił. Owszem, w tym momencie pojawia się granica wartości moralnych, ale czasami kwestia zapewnienia rodzinie bytu na odpowiednim poziomie staje się ważniejsza. No i pozostaje jeszcze trzeci, najważniejszy punkt - uczucia. Najczulszy i najbardziej precyzyjny ster do kierowania ludźmi, a co za tym idzie, ich największa słabość.
   Rufus Shinra mógł stwierdzić, że zdecydowanie nie posiadał tej słabości, a jedyne na czym mu teraz zależało, to odbudowanie korporacji pod przykrywką zadośćuczynienia za winy. Oczywiście nie było też tak, że chodziło tutaj znowu o dominację nad światem. Rufus odczuwał jakieś wyrzuty, ale słabły one z każdą chwilą, gdy planeta coraz bardziej uzależniała się od jego pieniędzy.
   ShinRa co prawda nie produkowała już energii, ale to nie zmieniło faktu, że nadal miała wielki wpływ na życie ludzkości. No bo przecież jak ludzie mieli odbudować się po tej katastrofie bez odpowiednich funuszy? A gdzie szukać tych funduszy, jak nie w największej i najbogatszej korporacji na planecie? Niestety aż tak pięknie nie było. Firma Rufusa Shinry nie miała w pełni wolnej ręki w swoich działaniach. Nie chodziło tutaj tylko o WRO, ale o utworzoną kilka miesięcy temu Radę - stowarzyszenie burmistrzów lub przedstawicieli miast oraz mniej lub bardziej wpływowych ludzi. Pierwszą rzeczą jaka wtedy zaskoczyła Rufusa Shinrę było to, że on nie został zaproszony do współpracy. I to już wystarczyło, aby nabrał podejrzeń w stosunku do celu powstania organizacji. A cel miał być prosty: odbudowa gospodarki i handlu na planecie oraz przeciwdziałania wszelkim skutkom kryzysu ekonomicznego. No cóż, ładnie brzmiało. Ale prawda była taka, że Rada powstała tylko po to, aby kontrolować ShinRę. Co gorsza Rufus, odbudowując korporację musiał się zgodzić na ich warunki - nie miał wyjścia. Gdyby tego nie zrobił, to mógłby urzędować w biurze, owszem, ale tylko takim jakie urządziłby sobie w swojej sypialni. Co ciekawe, te działania nie wywarły początkowo zamierzonego efektu aż do czasu, gdy został wybrany przewodniczący stowarzyszenia, a uściślając, przewodnicząca.
   Felicia Domino. Wysoka, szczupła, wyniszczona przez papierosy kobieta przed trzydziestką, a co najważniejsze - burmistrzowa Midgar. W tym momencie ktoś bardziej rozsądny mógłby się zapytać, co w tej pani było takiego strasznego, oczywiście poza tą ostatnią cechą. Otóż pałała ona taką nienawiścią do ShinRy, że gdyby Rufus zaczął działać tuż po mianowaniu jej na to stanowisko, to prawdopodobnie nie dobrnąłby do celu. Ta kobieta wysunęłaby setki argumentów przeciw i sama osobiście dopilnowałaby, aby Shinra nie zrealizował swoich zamiarów.
   Mężczyzna odwrócił się od okna, na korytarzu słychać było szybkie kroki i zbyt głośną jak na standardy pracy biurowej rozmowę. Nie wątpił, że źródła tych odgłosów zmierzają do niego. 
   Do gabinetu wpadł Reno.
   - Witam szefa! - krzyknął.
   - Kobiety wpuszcza się przodem - zauważył Rufus, patrząc w kierunku Eleny, która nie miała jak wejść do środka, bo Reno zatarasował jej wejście.
   Czerwonowłosy westchnął i ustąpił z miejsca, aby przepuścić koleżankę. Blondynka tylko prychnęła i przeszła obok niego.
   Co do relacji Eleny z Reno, były one ostatnio dość napięte. Kiedyś Elena podchodziła do niego z większym dystansem i obawą, niczym jak do mentora albo nawet mistrza. Teraz pozwalała sobie na wiele więcej. Nigdy nie dało się ukryć, że uwielbiała sprawiać wrażenie profesjonalnej w każdym calu, nawet jeżeli nie do końca tak było, a Reno... no cóż, on profesjonalny stawał się tylko wtedy, kiedy wymagała tego sytuacja, a musiała być to bardzo wyjątkowa sytuacja. Reno drażnił Elenę swoim podejściem do pracy, ona mu się odpłacała, on jej też i tak powstało błędne koło. Aczkolwiek nie dało się ukryć, że obydwoje się lubili, oczywiście tylko tak, jak przystało na kolegów po fachu. Bo wiadome było nie od dziś, że serce dziewczyny należało do kogoś zupełnie innego. Ale tak na marginesie - również ‘po fachu’.
   - Działo się coś jak mnie... nie było? - spytał prezydent.
   Reno spojrzał na Elenę.
   - No... właściwie... to tak - powiedziała trochę niepewnie kobieta, po czym wyciągnęła pęczek kartek z teczki, którą mocno przyciskała rękami do klatki piersiowej, i podała je prezesowi. Następnie cofnęła się o kilka kroków, jakby bała się przebywać za blisko szefa, kiedy on przeczyta informacje zawarte na papierach.
   - Ktoś włamał się do rezydencji w Nibelheim - powiedziała.
   Rufus uniósł brwi.
   - Coś zginęło? - spytał.
   Reno wzruszył ramionami.
   - Sam szef powinien wiedzieć... - mruknął - przecież nie mieliśmy dokładnego spisu wszystkiego co się tam znajdowało.
   - Czy... - zaczął powoli - ten ktoś dostał się do piwnicy?
   Turksowie spuścili wzrok.
   - Niestety - odpowiedziała Elena.
   Rufus podszedł do swojego biurka i rzucił na nie papiery.
   - Cholera.
   Reno i Elena spojrzeli po sobie.
   No proszę, dopiero się zaczyna... a już jakieś poblemy.
   Niestety Rufus Shinra nie wiedział, że te problemy to dopiero wierchołek góry lodowej, bo gdyby to wiedział, to prawdopodobnie nigdy nie pakowałby się w ten biznes.
* * *
   Słońce leniwie zachodziło nad Nibelheim, okrywając miasto z lekka pomarańczowym blaskiem. Nadchodził wieczór i niemała ulga dla mieszkańców zmęczonych już całodniowymi upałami nawiedzającymi miasto.
   Teraz ludzie żwawiej wychodzili na ulicę, chcąc po tych wszystkich godzinach spędzonych w dusznych domach zaczerpnąć trochę świeżego, letniego powietrza. Zewsząd roznosił się śmiech dzieci. Okna wszystkich domów były pootwierane, na niektórych leżały poduszki i kołdry. Przez nie wychodziły na ulicę odgłosy typowe dla wieczornej domowej krzątaniny, krzyki dzieci, odgłosy sztućców i tłuczonych garnków.
   Jednak mimo tego, do nocy pozostało jeszcze wiele czasu. Bo wyżej wspomnianemu ciału niebieskiemu niezbyt się spieszyło.
   Właśnie w takim też stanie zastała Nibelheim Yuffie Kisaragi. Młoda ninja dopiero co przybyła do miasta po dość męczącej podróży. O ile trzydniową podróż, w którą wliczają się przeprawa promem, przejażdżka autostopem oraz kilka kilometrów piechotą można nazwać 'dość męczącymi'. Warto dodać do tego jeszcze jej chorobę lokomocyjną. Ale przecież już jest powszechnie wiadome, że to co dla złykłego śmiertelnika wydawało się męczące, dla Yuffie było po prostu czymś banalnym. Dlatego też Kisaragi postanowiła nie marnować czasu - w końcu do zmierzchu pozostało jeszcze kilka godzin. Dziewczyna doskonale wiedziała jak chce wykorzystać ten czas.
   Wynajęła szybko jakiś pokój w gospodzie, zostawiła rzeczy i ruszyła. Bez zastanowienia pomknęła ulicą, omal co nie potrącając jakiegoś dzieciaka. Wpadła na ścieżkę znajdującą się obok rezydencji ShinRy. Zdziwiła się widząc tam pełno samochodów, ciężarówkę i wielu ludzi z ShinRy. Jednak dziewczyna nie miała zamiaru sobie zaprzątać tym głowy, teraz liczyło się dla niej tylko jedno: materie.
   Przyspieszyła i już po chwili znalazła się u stóp Gór Nibel. Bez wahania ruszyła jedną ze ścieżek. Tutaj, w górach, zdawało się, że jest zdecydowanie późniejsza godzina. Wysokie szczyty przysłaniały slońce i blokowały dostęp światła w niższe partie wzniesień. Yuffie nie za bardzo wiedziała gdzie idzie, mimo tego była pewna, że się nie zgubi. Kto jak kto, ale poszukiwaczka materii musiała mieć niezly zmysł orientacji w terenie. Dlatego, mimo iż rozglądała się na każdą stronę, by odnaleźć chociaż kawałek poszukiwanego kruszca, cały czas dzielnie odnotowywała gdzie się znajduje. A można stracić rachubę poruszając się po tym miejscu, no bo w końcu wszędzie są skały, skały i jeszcze raz te nieciekawe skały.
   Jednak jak wiadomo, w życiu żaden człowiek nie może posiadać samych niezawodnych cech. Jedna wyklucza inną. Dlatego Yuffie Kisaragi bystrze rozglądając się na wszystkie strony zapomniała o jednej, dość istotnej kwestii o jakiej należy pamiętać w górach - zapomniała patrzeć pod nogi. Dziewczyna poślizgnęła się na jakimś dużym, gładkim i płaskim kamieniu. Krzyknęła, i żeby nie zjechać w dół dość krętej ścieżki, która miała tendencję do podnoszenia się i zniżania (dlatego istnieje nadzieja, że nasza bohaterka nie poturbowałaby się zbyt mocno, oczywiście do czasu, aż nie pojawiłby się jakiś ostry zakręt), złapała się jakiegoś odstającego od skał kamienia. Niestety ów kamień nie wytrzymał zbyt długo, odłamał się i dziewczyna zaczęła staczać się dół z taką tylko różnicą, że trzymała w dłoniach wielki skalny odłam. Yuffie jednak nie miała zamiaru się poddać i od razu znalazła zastosowanie dla nieporęcznego bagażu. Mianowicie, wbiła kamień w ziemię i chwyciła się go jak najmocniej mogła. No i faktycznie, zatrzymała się. Powoli, z lekka krzywiąc się z bólu, ninja pozbierała się z ziemi. A nie było to łatwe ze względu na dość mocno poobijane dolne partie ciała. Kisaragi spojrzała w kierunku z jakiego się stoczyła. Ze zdziwieniem stwierdziła, że w miejscu, z którego odłamał się ów skalny blok ratujący jej życie, była teraz dziura. I to nie byle jaka dziura, była ona dość pokaźnych, jakby na to nie spojrzeć, rozmiarów. Yuffie podeszła w tamto miejsce, przykucnęła i niepewnie zajrzała do środka.
   Nie było nic widać. Ninja przygryzła wargi i rozejrzała się naokoło. Sama nie była pewna co ją popchnęło do takiej decyzji, ale położyła się na ziemi i wczołgała do wnętrza. Prawdopodobnie gdyby wiedziała jakie będą fizyczne konsekwencje tego, co teraz zrobiła, to nigdy by się tego nie podjęła. Okazało się, że ów ciemny tunel wcale się nie rozszerzał i był cały czas równie ciemny. Dlatego Yuffie musiała nadal się czołgać, obijając sobie tym samym już wszystkie partie ciała. W pewnym momencie uderzyła się w głowę, chciała zawrócić, ale uświadomiła sobie, że ów korytarz jest do takich manewrów za wąski, a jedyne co mogła zrobić, to wrzucić wsteczny.  Jednak dziewczyna wtedy o tym nie pomyślała, dlatego z lekka już spanikowana, w obawie, że zaraz dostanie ataku klaustrofobii, pełzała dalej. Na szczęście po niecałych dziesięciu minutach tunel zaczął się podwyższać tak, że po jakimś czasie ninja była w stanie stanąć na nogi. Z czasem też przejście zaczynało się rozświetlać jakimś bladym, niebieskim światłem. Yuffie, lekko zaciekawiona - z drugiej zaś strony lekko przerażona - zbliżała się powoli w kierunku, z którego pochodziło źródło światła.
   A światło dochodziło z małej groty znajdującej się na końcu tunelu. Yuffie na początku nie widziała nic specjalnego w tym miejscu, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że źródłem światła była mała kulka materii leżąca na samym środku. Kisaragi pierwszy raz w życiu widziała taką materię, a warto przecież wspomnieć, że kto jak kto, ale ona sporo ich w swoim krótkim życiu widziała. Kulka miała kolor z pogranicza bieli zmieszany z bladoróżowym. Dziewczyna była pewna, że to co znalazła, to albo nie jest materia, a jeżeli jest, to tylko taka, która powstała w wyniku jakiegoś eksperymentu. Oczywiście w tym momencie jej ciekawość się jeszcze bardziej pogłębiła. Podeszła powoli na środek, skupiając swój wzrok całkowicie na rzucającej blade światło kuli. Przykucnęła przy niej i wzieła ją w ręce. Wbrew jej obawom kula ani nie wybuchła, ani nie poparzyła jej dloni. Co dziwne ów kulka nie zdawała przejawiać żadnych zdolności, którymi charakteryzowały się materie.
   Dziewczyna na pewno odeszłaby stamtąd zawiedziona,  gdyby nie to, co właśnie spostrzegła. Po prawej stronie, w którą, notabene, ninja nie patrzyła, zbytnio zafascnowana pierwszym znaleziskiem, leżała dziewczyna. Miała długie włosy, lekko powykręcane, a ich brązowy kolor z lekka zmatowiał. Otaczały one bladą twarz z mocno zaciśniętymi powiekami i grymasem bólu na ustach.
   Yuffie pisnęła.
   Trup jak nic! - pomyślała.
   A jak wiadomo, obcowanie z trupami (przynajmniej dla niektórych) do miłych nie należy, dlatego dziewczyna, ściskając dłoń na pseudomaterii, zaczęła się powoli wycofywać. Nie miała szczerego zamiaru sprawdzać czy ta osoba żyje, bo oczywiste było, że nie. 
   Problem niestety polega czasami na tym, że nawet zdania orzekające są mylne. Dlatego też ninja pchnięta jakąś nieznaną siłą, lekko się trzęsąc podeszła do nieprzytomnej kobiety. Przyjrzała się jej przez chwilę. Ze zdziwieniem stwierdziła, że dziewczyna nie wygląda na martwą, a było to zdziwienie tym większe, iż sama nie wiedziała dlaczego nieprzytomna, nie posiadająca pulsu kobieta leżąca w jakiejś jaskini wydaje jej się żywa. Były dwie opcje – jeżeli dziewczyna była martwa, to na pewno od niedawna, bo na jej ciele nie było żadnych śladów rozkładu. Druga opcja wiązała się dziwnie z tą niezwykłą materią, którą trzymała w ręce. Kisaragi postanowiła zaryzykować. Mimo iż jakoś ciężko było jej się rozstawać z niespotykaną materią, przyłożyła ją na wysokości serca rzekomo martwej kobiety. Kulka rozgrzała się. Yuffie już bez wahania przyłożyła ją do skóry nieprzytomnej dziewczyny. Dalej ninja już nie mogła zapanować nad reakcją. Materia samoistnie wchłonęła w ciało dziewczyny, dając przy tym silny, bladoniebieski błysk. Później w grocie zapanowała całkowita ciemność.
* * *
   Noc w Midgar upływała wyjątkowo spokojnie. Po niebie powoli sunęły granatowe chmury, księżyc w pełni spokojnie spoglądał na mury miasta, którego nagrzane betonowe powierzchnie oddawały ciepło nagromadzone w czasie dnia. Mimo to noc była przyjemnie chłodna. Ulicami co jakiś czas przejeżdzał samochód, ewentualnie przeszło kilku przechodniów. Trzeba było powiedzieć, że nawet w ruinach Starego Miasta - slumsach Nowego Miasta - panował spokój.
   Lokal mieszczący się w jednym z zaułków miasta znany jako 7th Heaven był zamknięty już od prawie trzech godzin, zatem od momentu, w którym opuścił go ostatni klient. Tak więc mniej więcej od tego czasu mieszkańcy budynku pogrążeni byli w głębokim śnie.
   Cloud Strife przekręcił się nerwowo i zakrył głowę kołdrą. Śniło mu się właśnie, że chocobo chwycił go dziobem za pasmo włosów i nie chciał puścić. Blondyn przekręcił się jeszcze gwałtowniej na drugi bok, po chwili machnął ręką, bo w swojej podświadomości właśnie usiłował przepędzić ptaka, używając do tego celu parasolki, która niefortunnie pojawiła się zamiast jego miecza. Zacisnął palce na poduszce, śląc przez sen niezbyt grzeczną wiązankę epitetów w stronę natrętnego zwierzęcia. Kiedy miał się już ostatecznie rozprawić z ptakiem, zadzwonił telefon, ratując wyimaginowanego zwierza przed śmiercią.
   Cloud jeszcze parę razy przeklnął chocobo, po czym wyciągnął spod kołdy rękę i wymacał leżącą na stoliku nocnym komórkę. Nie podnosząc głowy z poduszki, odebrał.
   - Halo...? - mruknął sennie.
   - To ja! - obwieścił głos w słuchawce.
   - Kto mówi? - Jego wyrwany ze snu umysł nie był w stanie przeanalizować kto dzwoni.
   Po drugiej stronie słuchawki zapanowała chwilowa cisza. W końcu ów nieznajomy głos postanowił się ujawnić.
   - To ja, Yuffie!
   Strife ostatecznie podniósł się z łóżka i podszedł do okna.
   No tak, przecież mógł się domyślić. Kto inny mógłby dzwonić o tej porze...?
   - Znasz się na zegarku? - spytał.
   - Przyjedziesz do Nibelheim?! - wypaliła ninja ignorując jego pytanie.
   Cloud był pewien, że musiał się przesłyszeć albo sen o agresywnym chocobo zmienił się na sen o natrętnej Yuffie, która wyskakuje o drugiej w nocy z dziwnymi pomysłami.
   - Chyba zwariowałaś... - powiedział.
   Nie wstanie przecież teraz, nie umyje się i nie pojedzie do Nibelheim. Na litość, przecież jest środek nocy!
   - Ale Cloud... Musisz mi pomóc! Ja nie za bardzo wiem co zrobić!
   - Co zrobić? Z czym?
   - No bo... - zaczęła się trochę wahać.
   - No bo...? - Strife był święcie przekonany, że jeżeli zaraz mu nie powie o co chodzi, to pojedzie do tego Nibelheim chociażby po to, aby ukręcić jej głowę... nawet jeżeli przerwała mu niezbyt ciekawy sen z wielkim, żółtym ptakiem w roli głównej.
   Yuffie westchnęła ciężko.
   - Cloud, ja znalazłam dziewczynę! - krzyknęła.
   A to nowość - pomyślał ironicznie.
   - Yuffie, wiesz... wydaje mi się, że nie powinnaś pić...
   - Cloud! Ja nie żartuję! Mówię poważnie!
   - A czy ja mówię, że nie mówisz?
   - Cloud!
   - Co?
   - Przestań!
   W tym momencie rozległo się pukanie i do pokoju weszła zwabiona krzykami Tifa. Spojrzała na Strife'a pytająco.
   Cloud odsunął na chwilę słuchawkę od ucha i zasłonił ją ręką.
   - Yuffie dzwoni - udzielił jej informacji.
   Lockhart uniosła brwi, najwyraźniej równie zdziwiona tym nagłym telefonem co Strife.  Cloud wrócił do rozmowy.
   - A więc...? - spytał.
   W tej chwili Yuffie zaczęła mu opowiadać o tym jak wybrała się w Góry Nibel, o tym jak znalazła tunel, a później o dziwnej materii i dziewczynie. Na koniec dodała:
   - Ona mówi, że nazywa się Hana Valentine! - krzyczała ninja - Valentine! - podkreśliła tonem sugerującym odbiorcy, że to właśnie tą informacją powinnien się najbardziej zainteresować.
   - Co to, jedna osoba musi się tak nazywać? - spytał rzeczowo i przytomnie Cloud, studząc nieco zapał dziewczyny - Bardziej mnie dziwi to, co ona tam robiła...
   - Sprawka ShinRy!
   - Tak ci powiedziała?
   - Nie... - mruknęła - Ale przecież idzie się domyślić.
   Też racja. Wszystkie tego typu sytuacje zawsze musiały się wiązać z korporacją, nawet jeżeli aktualnie stara się ona oczyścić swoje złe imię.
   - No to co... Cloud, przyjedziesz? - powiedziała Yuffie tonem takim, jakby była małą dziewczynką i prosiła go o cukierka - Bo ja nie wiem co zrobić. Co z jej rodziną? Mówi, że urodziła się w Nibelheim.
   - No to marne szanse na znalezienie krewnego - powiedział Strife - Nibelheim spłonęło osiem lat temu, małe są szanse, aby ktoś z jej rodziny przeżył.
   - Chyba że ona i Vincent - powiedziała cicho Kisaragi, niestety niewystarczająco cicho, aby nie usłyszał tego Cloud, który tylko przewrócił oczami. Nie rozumiał dlaczego te kobiety na siłę szukają jakichś sensacji? - I właśnie dlatego chciałabym, abyś przyjechał.
   Mężczyzna westchnął. Szczerze, to nie chciało mu się jechać do Nibelheim, zważywszy jeszcze, że byłaby to podróż na kilka dni, a on niestety ma zobowiązania związane z pracą w ShinRze. Dlatego zaproponował to, co wydawało mu się teraz najrozsądniejsze.
   - Przywieź ją tutaj – powiedział. - Na miejscu zobaczymy co i jak...
   Jednocześnie pomyślał, że tutaj dziewczyną będzie sie mogła zająć Tifa, której to opieka była na pewno rzetelniejsza od tej, jaką mogła udzielić jej Yuffie.
   Młoda ninja zmartwiła się trochę. Taka podróż znowu będzie kosztować, a jej już się kończą pieniądze. Tak czy owak, przyznała mu rację. Powiedziała, że przywiezie dziewczynę, i że mają ich oczekiwać za około trzy dni, po czym rozłączyła się.
   Cloud odłożył telefon i spojrzał na Tifę.
- Będziemy mieli gościa. A właściwie to dwóch - powiedział.
* * *
   Tej nocy Yuffie dowiedziała się nie tylko tego, że Hana Valentine ma takie samo nazwisko jak Vincent, i nie tylko tego, że jej rodzina pochodzi z Nibelheim. Yuffie Kisaragi dowiedziała się, że Hana Valentine była Turksem.



Abyście nie wyciągali zbyt pochopnych wniosków, od razu mówię, że Hanka nie jest siostrą/matką/żoną/kochanką/etc. etc. Vincenta.
Nie jest też kolejnym wcieleniem Sephirotha, ani kolejną 'super bronią ShinRy'.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że ten rozdział był trochę lepszy...
"Sorry? Why, I've never had this much fun."

Offline ShinRa

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 53
    • Zobacz profil
    • Metal Gear Solid PL
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #13 dnia: Styczeń 25, 2008, 02:40:37 pm »
Imposible! Lacci, czy ty wrzuciłaś kolejny rozdział, czy ja śnie?  ;D
Anyway, świetny rozdział.


EDIT

   Felicia Domino. Wysoka, szczupła, wyniszczona przez papierosy kobieta przed trzydziestką, a co najważniejsze - burmistrzowa Midgar. W tym momencie ktoś bardziej rozsądny mógłby się zapytać, co w tej pani było takiego strasznego, oczywiście poza tą ostatnią cechą. Otóż pałała ona taką nienawiścią do ShinRy, że gdyby Rufus zaczął działać tuż po mianowaniu jej na to stanowisko, to prawdopodobnie nie dobrnąłby do celu.
Ktoś mnie nie lubi  ;D

WHOA ! WHOA ! Cwaniaczku...Nie próbuj tuszować swoich błędów. Napisałem tu, żebyś nie dublował postów, a Ty sobie sprytnie usunąłeś tą wiadomość.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 25, 2008, 08:57:12 pm wysłana przez DarkButz »
Final Fantasy IV PBF
http://www.ff4pbf.yoyo.pl/
Teraz po apokalipsie, ale wciąż jest fajnie :P

Offline Spec (Wraith)

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 210
  • Trololo
    • Zobacz profil
    • Rise of the Empire
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #14 dnia: Styczeń 25, 2008, 02:49:45 pm »
Przeczytane. Nadal trzymasz dobry (conajmniej) poziom. Good work & keep it going. :)

Offline The_Reaver

  • Heartless Engineer
  • Redaktor
  • *********
  • Wiadomości: 2086
  • Dark Keyblade Master
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #15 dnia: Styczeń 25, 2008, 08:41:46 pm »
czyta się ciekawie. Na razie niewiele można o fabule, ale powoli się rozkręcasz. Mała rada, nie ucz się "nawyków" Smoga.
I'm in Space!

Offline ShinRa

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 53
    • Zobacz profil
    • Metal Gear Solid PL
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #16 dnia: Marzec 08, 2008, 10:25:45 pm »
Lacci... Mogłabyś dać już kolejny rozdział? Ostatni jest jeszcze ze stycznia a mamy już marzec...
Final Fantasy IV PBF
http://www.ff4pbf.yoyo.pl/
Teraz po apokalipsie, ale wciąż jest fajnie :P

Offline Lacci

  • SemiRedaktor
  • Wiadomości: 6
    • Zobacz profil
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #17 dnia: Marzec 09, 2008, 11:57:13 am »
Lacci... Mogłabyś dać już kolejny rozdział? Ostatni jest jeszcze ze stycznia a mamy już marzec...

O psia noga, faktycznie ^^"
Postaram się wyrobić do czwartku/piątku (tak się pięknie składa, że mam akurat wtedy rekolekcje).
"Sorry? Why, I've never had this much fun."

Offline ShinRa

  • Adventurer
  • *
  • Wiadomości: 53
    • Zobacz profil
    • Metal Gear Solid PL
Odp: "Gotowi by upaść" ::FFVII
« Odpowiedź #18 dnia: Marzec 30, 2008, 07:41:16 pm »
O psia noga, faktycznie ^^"
Postaram się wyrobić do czwartku/piątku (tak się pięknie składa, że mam akurat wtedy rekolekcje).
hmm... A mi się wydawało, że rekolekcje już minęły a rzeczony piątek był trochę dawno temu...
Final Fantasy IV PBF
http://www.ff4pbf.yoyo.pl/
Teraz po apokalipsie, ale wciąż jest fajnie :P

Offline Lacci

  • SemiRedaktor
  • Wiadomości: 6
    • Zobacz profil
Rozdział III
« Odpowiedź #19 dnia: Maj 05, 2008, 11:51:59 am »
Bardzo przepraszam, ale po świętach (jak widac przez długi czas ^^") nie miałam jakoś głowy do niczego. Postaram się następny rozdział poprawić wcześniej.

Rozdział III
"Wkraczają prowokatorzy"

   Unoszący się w powietrzu dym papierosowy drażnił go niemiłosiernie. Najchętniej opuściłby to miejsce w trybie natychmiastowym. Nie lubił takich – no, powiedzmy - spelunek. Ale przecież nie było lepszego miejsca na to spotkanie. Wszędzie można było natknąć się na parszywe podnóżki Rufusa.
   Podłość tego miejsca była wręcz na tyle ogromna, że nawet najniżsi pracownicy ShinRy tu nie zaglądali.
   Oliver Wedley rozsiadł się wygodniej w krześle i z lekkim niepokojem rozejrzał naokoło. W pomieszczeniu było jasno. Cholernie jasno. Okropne żółte światło rozwieszonych pod sufitem lamp - w myśl zasady jedna na dwa metry kwadratowe – niesamowicie dawało po oczach. Mężczyzna podejrzewał, że rozmieszczono tutaj tyle źródeł światła tylko po to, aby dało się widzieć przez ten dym.
   Trzy metry dalej od niego, skąpo odziana kelnerka przywaliła metalową tacą jakiemuś grubemu oprychowi, którego ręce zupełnie przypadkiem zabłądziły pod jej spódnicę. Oczywiście o ile ten skrawek materiału można było tak nazwać. Chociaż, podobno niektórzy wyznają, że nie ma czegoś takiego jak za krótka spódniczka.
   Oliver odwrócił wzrok. Nie miał zamiaru kalać swoich, i tak wystawionych na ciężką próbę, oczu widokiem takiego nierządu. Spojrzał w drugą stronę.
   Grupa mężczyzn ubranych w nieco przybrudnawe rzeczy grała z zapałem w karty,  podwyższając stawkę gry co rusz o jakieś inne, mniej lub bardziej zaskakujące przedmioty i pochłaniając kolejne, i kolejne, butelki alkoholu.
   No nie, naprawdę nie ma na czym zawiesić wzroku aby nie poczuć odrazy.
   Mężczyzna pochylił głowę i z zamiarem przestudiowania anatomii swoich palców miał zamiar doczekać umówionego spotkania, a później jak najszybciej stąd wyjść.
   Minęło może jakieś pięć minut i Oliver zdążył dokładnie przeanalizować budowę palca wskazującego u prawej dłoni, gdy nad jego głową rozległo się chrząknięcie.
   Podniósł wzrok.
   Stała nad nim kobieta, na oko gdzieś pod trzydziestkę, o cienkich, prawdopodobnie wielokrotnie farbowanych blond włosach. Cerę miała nieco pożółkłą i z lekka pomarszczoną - to pierwsze zapewne z nadmiaru papierosów, drugie z tytułu nadużywania solarium. Ściągnęła wąskie, pomalowane krwistą czerwienią usta, w cienką linię.
   - To co powiem może cię zmartwić, ale w takim miejscu jak to, wyglądasz na jednego z porządniejszych ludzi. - Odsunęła krzesło i przysiadła się do jego stolika. - Taki mały cwaniaczek w garniturku. - Uśmiechnęła się.
   - Nie mów tak - powiedział Oliver. - Bo się jeszcze zarumienię.
   Kobieta uśmiechnęła się krzywo i szybkim ruchem wyciągnęła z torebki papierosa.
   -  Ładne miejsce na spotkanie sobie znalazłeś. Często tu bywasz? - Wsadziła papierosa do ust.
   -  No wiesz co, ranisz mnie.
   Kobieta wywróciła oczami. Zapaliła.
   - Mów co masz. - Zaciągnęła się tytoniem, po czym wypuściła z ust kłąb dymu, wzdychając ze swego rodzaju rozkoszą.
   - Jakaś ty bezpośrednia. A gdzie gra wstępna? Gdzie pytanie, "Co tam u ciebie słychać?" albo "Jak tam Twoja rodzina? Z dziadkiem wszystko w porządku?". - Oliver udał teatralny smutek z powodu nie zainteresowania się rozmówczyni takimi sprawami.
   - Przestań chrzanić – mruknęła. - Przecież wszyscy doskonale wiedzą, że najchętniej kopnąłbyś tę całą rodzinę w cztery litery, ale trzymasz się ich jeszcze z powodu spadku.
   Oliver uśmiechnął się.
   - Jak ty mnie znasz...
   - Mówisz co masz, czy mam iść? - spytała, wyraźnie już zdenerwowana.
   Wedley westchnął. Któryś z panów grających w karty właśnie wygrał, i ze stołu obok rozniósł się głośny jęk przegranych.
   - Strasznie spięta jesteś - powiedział - No więc, konkretnie, to mamy już wszystkie niezbędne informacje do zrealizowania naszego planu.
   - Chcesz mi powiedzieć... - Kobieta przyjrzała mu się uważniej. - Że ShinRa pozostawiła te wszystkie ważne papiery od tak, bez żadnego większego zabezpieczenia?
   - Dokładnie. Tylko z jedną małą urzędową plombą na drzwiach.
   Kobieta pokiwała z niedowierzaniem głową. Ależ oni głupi, myślała.
   - Najlepsze jest to, że odtworzenie ich rzekomo tajnych i skomplikowanych planów to pikuś.    Wystarczy tylko kilka par rąk do pracy, i kto wie, może już za miesiąc, dwa, będziemy mogli zrealizować nasz plan.
   Kobieta westchnęła.
   - Nadal się zastanawiam - z jej głosu ubyło o złośliwość - czy działanie w ten sposób to taki dobry pomysł.
   Oliver pokręcił głową.
   - Z tym człowiekiem inaczej się nie da.
   Przez chwilę zapanowała między nimi cisza. Słychać było tylko przytłumione rozmowy, okrasane niekiedy ostrymi epitetami. W końcu mężczyzna odezwał się.
   - Nie martw się. Nie użyjemy od razu całej mocy, tylko delikatnie mu pogrozimy.    Pokażemy, na co nas stać. Wątpię, żeby chciał 'na sucho', bez żadnych argumentów z nami rozmawiać.
   - On się zmienił - mruknęła prawie niedosłyszalnie. Oliver nie był do końca pewny czy usłyszał w jej głosie nutkę pogardy, czy też nie. Nie wiedząc na jakim gruncie stoi, wygłosił swoje zdanie.
   - Ja nie wierzę w tę jego przemianę.
* * *
   Yuffie właściwie nie dowiedziała się nic konkretnego o swojej nowej znajomej w czasie podróży. W zasadzie Kisaragi opowiadała tylko o tym, co się wydarzyło w ciągu ostatnich lat. Dokładnie streszczała losy wojny ShinRy z Wutai, opowiadała o swojej przygodzie z Avalanche, a robiła to - tak jak ustaliła z Cloudem - nie używając zbędnej ilości nazwisk. Ninja nie za bardzo znała cel takiego postępowania. Właściwie to kompletnie go nie rozumiała. Wierzyła jednak, że są w tym jakieś konkretne podstawy, a więc przez całą tę opowieść nie wymieniła Cida, Reda, Reeve'go i Vincenta. Co prawda, musiała się trochę nagimnastykować, aby odpowiednio wymodelować historię.
   Jednak efekt był zadowalający. Hana mniej więcej wiedziała, co działo się przez te kilkadziesiąt lat, a dokładniej - trzydzieści lat.
Yuffie aż zamurowało, gdy dowiedziała się o tym fakcie. To wszystko brzmiało tak podejrzanie, tak dziwnie, że aż cuchnęło ShinRą.
   Do takiego samego wniosku doszedł Barret.    
* * *
   Hana Valentine zmrużyła powieki. Słońce raziło ją w oczy. Spoglądała właśnie na majączące się w słonecznym blasku, gdzieś w oddali, kontury Midgar. Z daleka miasto wyglądało dość osobliwie. Przypominało setki małych i większych betonowych bloczków poukładanych jeden na drugim na tle metalowych ruin.
* * *
   Hana uśmiechnęła się niepewnie i puściła rękę Tify. Yuffie przyprowadziła Hanę do jakiegoś baru, przedstawiła Tifę Lockhart jako swoją przyjaciółkę, a potem obydwie zaczęły obgadywać co należy zrobić względem Hany. Valentine czuła się jak w dniu, w którym jej ojciec kłócił się z dziadkami do jakiej szkoły powinna pójść - straszne.
   Tifa proponowała, by najpierw nakarmić gościa, Yuffie zaś popierała wersję sanitarną, czyli porządną kąpiel. To było oczywiste, że obydwie chciały jak najlepiej, ale Hana poczuła się tak zażenowana, że miała ochotę jak najprędzej opuścić to miejsce. I pewnie by to zrobiła, gdyby w ogóle znała miasto, do którego została sprowadzona.
   A więc teraz nie pozostawało jej nic innego niżeli niepewne uśmiechy i nieśmiałe kiwnięcia głową, gdyż język ugrząsł jej w gardle.
   Czuła się naprawdę nieswojo. Proponowała Yuffie, żeby się nią nie przejmowała, zostawiła w Nibelheim i wróciła do swoich spraw. Mówiła, że sobie poradzi, nawet jeżeli czasy zmieniły się od tych, które pamięta, ale nie została wysłuchana. Kisaragi uparła się, że ją tutaj przywiezie i nie zostawi człowieka w tak beznadziejnej sytuacji.
   Hana Valentine nie uważała, że jej sytuacja jest beznadziejna. Oczywiście, nie była rewelacyjna, ale nie od razu bez wyjścia. Hana by sobie poradziła. Wystarczyłoby, że skontaktowałaby się z przyczyną tych wszystkich problemów - korporacją ShinRa.
* * *
   Poranne słońce odbijało się od metalowych, zakurzonych blach i wpadało między szczeliny czegoś, co człowiek uparty i posiadający bardzo dużą wyobraźnię mógłby nazwać dachem. Ów "dach'' w istocie zbudowany był z dwóch płyt, tworzących kiedyś podłoże sektora szóstego, umocowanych między dwiema stertami metalowych gruzów - niesprzątniętych po ShinRze zabawek.
   Pod tym schronieniem - do którego właściwie to określenie niezbyt pasowało, gdyż tak naprawdę mogło ono zaraz spaść komuś na głowę, czyniąc niezbyt przyjemne szkody dla nieszczęśnika - siedziała czwórka młodych ludzi, którzy mogli mieć zaledwie po siedemnaście lat lub coś koło tego - jednym słowem: najgorsze i najbardziej niewygodnie usytuowane pokolenie tej planety, a precyzując miejsce: Midgar.
   Była to grupa ludzi która była już zbyt dorosła, aby ktoś się nimi zaopiekowała, a za młoda by zacząć normalną pracę.
   Trzy dziewczyny i chłopak siedzieli przy dogasającym ognisku. Cała czwórka zdawała się być lekko zziębnięta. Przesiedzieli tu w końcu całą noc, a ogień już prawie zgasł. Te nocne 'dyżury' spędzane poza kryjówką były ich jedyną robotą. Nikt nie przydzielał im żadnych poważniejszych misji. To zabawne, jak w koleżeńskiej grupie, złączonej niegdyś chęcią walki przeciw temu, co uczyniło ich życie tak podłym, mogą powstać nagle podziały.
   - Musimy coś z tym zrobić... - powiedział chłopak, poprawiając na nosie stare okulary z pękniętym lewym szkłem.
   Dziewczyna z rudymi, cienkimi warkoczykami podniosła na niego stalowoszare oczy.
   - Niby jak?
   Chłopak poderwał się z ziemi. Zaczął krążyć naokoło ogniska.
   - Musimy... musimy dokonać czegoś, znaleźć coś, co poprawiłoby nasz status! - Chłopak poprawił ponownie zsuwające się z nosa okulary. - Już nie wytrzymam kolejnej nocy tutaj.
   Dziewczyna pokręciła głową.
   - Ciesz się, że pozwalają nam na dzień wracać do obozu.
* * *
   Wiatr delikatnie targał połami jej granatowego płaszcza. Dziewczyna spojrzała sennie przed siebie. Dochodziła pierwsza w nocy. Księżyc schował się gdzieś za chmurami, gwiazdy świeciły jakimś przygaszonym, jakby zamglonym blaskiem. Czas płynął powoli, bardzo powoli.
Otuliła się cieplej płaszczem, po czym podwinęła nogi i wcisnęła się między szczelinę dwóch metalowych blach.
   O tej porze w ruinach Midgar było nieprzyjemnie. Właściwie to tutaj zawsze tak było. Bo jak mogłoby być przyjemnie w miejscu, w którym swoje nadzieje i marzenia straciło tak wielu ludzi? Jednak nocą robiło się tu wyjątkowo nieciekawie. Wiatr przenosił z miejsca na miejsce kurz i piasek, stare blachy - zupełnie znienacka, tak, aby przyprawić człowieka o zawał - osuwały się ze swoich starych miejsc i staczały jeszcze niżej, a grupki pijaczków pałętały się między tymi stertami gruzu podśpiewując wesoło pijackie pieśni. No i oczywiście w tych nowych slumsach mieszkali terroryści - kolejni przeciwnicy ShinRy. Ludzie się ich bali, bo oni mieli broń. Każdy człowiek boi się broni. Nieważne w czyich ona jest rękach i do czego ma posłużyć. Broń zawsze wpływa na człowieka na różne sposoby, raz popycha do wielkich, chwalebnych wręcz czynów, innym razem  wzbudza w człowieku uczucie przewagi, potęgi... A terroryści - oni mogli uznać każdego za swojego wroga.  Dlatego żaden człowiek o mózgu nieskażonym alkoholem, lub co gorsze, innymi używkami nie zapuszczał się tutaj z własnej woli, chyba że spełniał jeden warunek... sam należał do tej grupy terrorystycznej.
   Dziewczyna drgnęła. Jakiś zgrzyt wyrwał ją z półsnu. Gwałtowniej rozejrzała się wokół siebie, mocniej zaciskając palce na starej dubeltówce. Powoli, na kolanach, przedostała się na skraj metalowej blachy, na której siedziała. Spojrzała w dół, zmrużyła oczy.
   Wydawało się to niemożliwe, ale ktoś był w slumsach. I to bynajmniej ta osoba nie zataczała pijackiego slalomu ani nie wyglądała na taką, która jest pod wpływem środków odużających.
   Dziewczyna nachyliła się jeszcze mocniej, zaciskając palce na brzegu metalowej powierzchni, chciała się dokładniej przyjrzeć temu człowiekowi. Jednak nie minęła minuta kiedy rozległy się kolejne zgrzyty, parę małych fragmentów gruzu zostało potraktowanych kopniakiem, i kolejne osoby wyłoniły się za sterty śmieci.    
   Cała ta grupa zmierzała w kierunku jednego z reaktorów mako.
* * *
   Barret Wallace zaciągnął się jeszcze raz z lekka wilgotnym, porannym powietrzem Midgar, puścił rękę córki, pozwalając, by ta swobodnie wpadła do baru, uśmiechnął się i zrobił to samo co Marlene. Powoli i zadowolonym krokiem - jak to człowiek, który właśnie zwiedził na zasłużonych wakacjach z córką połowę planety – wszedł do 7th Heaven. Zatrzymał się jednak w pół tego kroku.
   Marlene stała dwa metry przed nim, na środku baru, wpatrując się w siedzącą przy ostatnim stoliku dziewcznę, która smętnie mieszała łyżką w misce płatków.
   Barret usniósł brew. Czyżby Tifa otworzyła dzisiaj wcześniej... i wprowadziła jakąś śniadaniową usługę?
* * *
   - Ja nie wierzę w tę jego przemianę! – krzyknął Barret.
   Już od paru minut chodził w kółko po barze i energicznie gestykulując, przedstawiał swoją wersję na temat planów ShinRy, oczywiście koloryzując ją wieloma (niekoniecznie grzecznymi) epitetami. Co gorsza, ton jego głosu z każdą minutą przybierał na wartości, co Tifę dość niepokoiło, gdyż była już raczej późna pora, a na górze spała Marlene. Dziewczyna wolała jednak nie zwracać mu na to uwagi.
    Możliwe, że ze względu na to, że szanowała nienaruszalność swojej przestrzeni życiowej. Bo kiedy chodziło o ShinRę, Barret był trochę bardziej niż drażliwy. Chociaż nie wiadomo, co by się stało, nawet jeżeli Prezydent oddałby cały swój majątek na rzecz sierot, to Barret był tak bardzo uprzedzony do całej korporacji, że zacząłby i w tym węszyć spisek. A teraz nagle Yuffie znajduje jakąś dziewczynę, która nie wie co działo się przez blisko trzydzieści lat... przecież to aż  na kilometr cuchnęło ShinRą!
   - Ten padalec na pewno znowu coś knuje! – krzyczał dalej – Mogę się założyć o moją drugą zdrową rękę!
   Cloud siedział przy barze plecami do całej sceny i popijał coś wolno ze szklanki. Lockhart zaś chodziła za Barretem pilnując, aby ten w swoim transie nie narobił strat w jej lokalu. A takie sytuacje pojawiały się parę razy w miesiącu - za każdym razem, jak Wallace chciał wyciągnąć ze Strife’a informacje na temat tego co się dzieje w korporacji.
Niestety Cloud, nawet jako przywódca i trener SOLDIER, nie był wystarczająco blisko, aby dowiedzieć się co knuje Prezydent. Więc przynosił za każdym razem te same wieści.
   Nic się nie dzieje,  mówił.
   I to za każdym razem wznosiło nowe ‘kłótnie’. Chociaż trudno było je raczej nazwać kłótniami,    Barret wydzierał się sam do siebie.
   - I po co się chcesz zakładać? – mruknął Cloud. Barret stanął jak wryty.    Strife nadal nie podnosił wzroku znad szklanki. – Rufus jest całkowicie czysty – mruknął, po czym sam się zdziwił tym co przed chwilą powiedział. Bo to w końcu, w wydźwięku wydarzeń sprzed trzech lat brzmiało dość absurdalnie.
   Warto było jednak zauważyć, że cała wina nie spoczywała tylko na „młodszym” prezydencie, ale i również na jego ojcu. Rufus, co prawda, chciał wprowadzić dość niekonwencjonalne metody, no ale cóż… było, minęło… nie ma się czym martwić.
   - Wiesz co, Cloud? – warknął Wallace – Raz w życiu powiedziałem o nim dobre słowo i się wtedy mocno przejechałem! – wrzasnął.   
   - Barret! –  Tifa nie wytrzymała. W końcu ktoś musi doprowadzić ich do pionu!
   Mężczyzna spojrzał na Tifę, po czym cofnął się o parę kroków i usiadł na krześle stojącym przy jednym ze stołów.  Potrzebował chwili, aby ochłonąć.
   Lockhart westchnęła, chwyciła leżącą na stole szmatkę i stwierdziła, że musi powycierać blaty.
   - I co, już ci lepiej? – mruknął Cloud do Barreta. Jednak jego wypowiedź nie była pozbawiona nutki ironii.
   - Nie – warknął – Jak myślisz, Cloud… - dodał po chwili, podnosząc powoli głowę – po co ShinRze nowe, tak liczne oddziały SOLDIER, co? – Zastosował jeden ze swoich argumentów, które według niego, utwierdzały tezę, że w korporacji coś się kombinuje.
   - Dobrzy żołnierze mogą służyć jako służba publiczna – odparł beznamiętnie Strife.
Barret podniósł się z krzesła i spojrzał z odrazą na blondyna.
   - A może i Ciebie, Cloud, ShinRa przeciągnęła na swoją stronę, co? – spytał.
Tifa, która cały czas z mocno pochyloną głową czyściła stoły, znieruchomiała. Podniosła wzrok i spojrzała na Clouda.
   - Idź się lepiej prześpij, Barret, bo zaczynasz majaczyć… - odpowiedział chłopak spoglądając na niego z ukosa.
   Wallace chciał już mu coś powiedzieć, ale się opamiętał, warknął coś pod nosem, machnął ręką i trzaskając drzwiami odpuścił 7th Heaven.
   Tifa spojrzała na Clouda.
* * *
   W tym samym momencie, piętro wyżej skrzypnęła podłoga. Postać w białej koszuli nocnej bardzo powoli, starając się nie wywoływać hałasu, odsunęła się od schodów.
   Chwilę później było słychać ciche skrzypnięcie i za drzwiami jednego z pokojów mignął rąbek białej spódnicy.
* * *
   Zegar na ścianie dwunastoma równymi sygnałami obwieścił godzinę dwunastą w nocy.
Tifa westchnęła i spojrzała przez okno na opustoszałe ulice miasta. Po posępnych alejach sunęły już tylko strzępki papieru posuwane przez wiatr. Lockhart siedziała razem z Cloudem przy jednym z barowych stolików, tym najbardziej wysuniętym w stronę okna i głównej ulicy.
   Siedzieli w ciszy i czekali na powrót przyjaciela. Gwałtownego, co prawda, ale zawsze przyjaciela.
   - Przez to całe zamieszanie z Barretem… - zaczął Strife – zapomniałem cię zapytać co zrobiłaś z naszym gościem.
   Dziewczyna spojrzała na niego.
   - Położyłam ją spać u mnie w pokoju, na łóżku gdzie sypia Yuffie jak przyjeżdża – odpowiedziała spokojnie – Chyba najlepiej zrobiłam. Nie mogłam jej wywalić na ulicę.
   Strife kiwnął głową przyznając jej rację.
   Trwali tak jeszcze jedną chwilę w ciszy. Bardzo przyjemnej ciszy.
   - Ale co z nią zrobimy… wiesz, za jakiś czas? – spytała niepewnie Tifa.
   Blondyn wzruszył ramionami. 
-   Nie wiem – powiedział.
Znowu zapanowała cisza. Tylko, że tym razem ta była bardziej niezręczna i nieprzyjemna.
   - Swoją drogą… - zaczęła Tifa trochę niepewnie – To trochę dziwne… no wiesz, o co mi chodzi… ta sytuacja z tą dziewczyną…
   Cloud skinął głową.
– Przeleżała w tej jaskini kawałek czasu…
   - Jak myślisz dlaczego?
   - Pewnie miała na pieńku z ShinRą – mruknął.
   No ładnie, czyż nie zaczyna rozumować jak Barret? No ale przecież miał rację, po tym co się wydarzyło inna opcja nie wchodziła w grę.
   - Zapewne – powiedziała smutno Tifa.
   Coś ją trapiło. Coś co wydawało się dość prawdopodobne… tylko że nie wiedziała jak to powiedzieć. W końcu zdecydowała się na najprostszy sposób:
   - A jeżeli… jeżeli ona była kolejnym obiektem doświadczalnym Hojo?
   Blondyn znieruchomiał. Po chwili pochylił głowę.
   - Nie widziałem u niej numeru…
   - Ty też go nie miałeś, Cloud – szepnęła Tifa przygryzając wargi.
   - Wiem.
   - Ale jednak – zaczął ponownie – nie wydaje mi się, żeby miała coś wspólnego z tamtą sprawą… Zresztą możliwe, że zwyczajnie zalazła komuś za skórę… wersji może być bardzo wiele.
   Tifa pochyliła głowę.
   - Cloud.
   - Tak?
   - Jej nazwisko…
   - Wiem.
   - Może pójdziemy za tym tropem... myślisz, że ona ma coś wspólnego z Vincentem?
   - Nie wiem. – Cloud wstał od stołu. – Jutro pojadę go poszukać. Może wtedy się czegoś dowiemy… - powiedział, patrząc w okno – A teraz idę spać, nie ma sensu czekać na Barreta – dodał.
   - Racja. – Uśmiechnęła się Tifa. - Dobranoc.
   - Dobranoc.
"Sorry? Why, I've never had this much fun."