Autor Wątek: Ołowiany pocałunek  (Przeczytany 1595 razy)

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
Ołowiany pocałunek
« dnia: Wrzesień 28, 2007, 10:29:21 pm »
Takie tam, niedopracowane, niepoprawione opowiadanko inspirowane troche poezja Zbigniewa Herberta - jedyna, jaka potrafie strawic.

   Cisza. Cisza paradoksalna. Tak niesamowicie głośna i świszcząca w uszach. Najbliższa towarzyszka dwunastu mężczyzn, w ogromnym napięciu wyczekujących jakiegokolwiek ruchu lub odgłosu, który wychynąłby w ich stronę prosto z ciemności nocy. Cały tuzin, młodzi i tacy w średnim wieku, zdający sobie sprawę z tego, iż prawdopodobnie niedługo przyjdzie czas, by umrzeć. Śmierć widzieli już nie raz i nie dwa. Ich rodziny, bliscy, przyjaciele, wrogowie i osoby kompletnie nieznajome całymi setkami padały na ich oczach pod gradobiciem ołowianych morderców.
   Ale nawet mimo braku znaczących szans wszyscy wiedzą, że muszą spróbować. Jeszcze raz sięgnąć po karabiny, noże oraz granaty i stanąć oko w oko z najgorszym wrogiem – okupantem. Wojna oficjalnie się skończyła. Ale państwo podziemne dopiero teraz otrzymało prawdziwy cios. I należy na niego bezzwłocznie odpowiedzieć kontratakiem. Jeśli ma to być ostatnie ukąszenie wijącej się w konwulsjach żmii, to niech przynajmniej niesie ze sobą niewiarygodny ból, którzy uderzy we wszystkie członki wroga.
   Nie było w nich strachu przed tym, że mogą wyzionąć ducha. Na to byli przygotowani od kiedy usłyszeli pierwszy wystrzał. Tak naprawdę najeźdźca również nie był im straszny. Lęk w ich twardych jak kamień sercach budziła tylko myśl o tym, że mogą zawieść. Paść martwi koło tej polnej dróżki, po której obydwu stronach kryją się teraz, w milczeniu wyczekując na odpowiedni moment i nie wykonać zadania. To ostatecznie pogrzebałoby całą partyzantkę. Ostatnie pół tysiąca osób, które chcą walczyć o niepodległość i wciąż zdolne są trzymać karabin. Wszyscy czekają teraz w położonym kilkanaście kilometrów na wschód miasteczku i gotowi są na to, by bronić tego pozbawionego strategicznej wartości punktu aż do ostatniej kropli krwi.
   
   Cisza eksplodowała. Wybuchła warkotem czterech silników, które napędzały wlokące się po dziurawej szosie pojazdy. Każda sekunda, w której nieubłaganie zbliżały się do punktu gdzie leżała dwunastka partyzantów zdawała się być jeszcze dłuższa od poprzedniej.
   Ciemność pękła. Rozerwało ją mocne światło rzucane przez reflektory  nadjeżdżających wehikułów. Mrużyli oczy wpatrując się wszyscy w zbliżające się obiekty. Napięcie narastało. Zdawało się, iż ziemia drży od niesłychanie szybkiego, jednostajnego bicia ich serc. Jeszcze pięćdziesiąt metrów. Dwadzieścia. Dziesięć. Stało się.

     Wojna chyli się ku końcowi. Jeszcze trzydzieści kilometrów i konwój będzie u celu. Cztery najważniejsze osoby z tutejszej partyzantki zostaną osadzone w areszcie. Za parę dni odlecą samolotem do samego serca supermocarstwa, któremu mieli odwagę się przeciwstawić. A tam zostaną osądzeni jak terroryści i wszyscy skończą na krzesłach. I dobrze im tak. Banda sukinsynów. Państwo się poddało i było po wojnie. Ale nie, te skurwiele musiały rozpocząć pieprzoną partyzantkę. Ale w końcu ich mamy. Za trzydzieści kilometrów koniec trasy. W końcu odpocznę. Od tego żółtodzioba, którym kazali mi się opiekować. Od brudnych skurwysynów polujących na nasze życie. Od broni. Od zabijania. Od całej tej chuja wartej wojny, która nikomu nie przyniosła nic dobrego.

   O "kurczaczek"! Co tak jebło?!

-Czemu, do chuja, stanęliśmy? I co się w ogóle stało? – Franck wrzasnął w stronę siedzących w szoferce kierowcy i dowódcy, choć doskonale wiedział, jaka będzie odpowiedź. Odbezpieczył broń.
-"kurczaczek"! "kurczaczek"! "kurczaczek"! – sierżant Kelbreg nie był skory do odpowiedzi. Otwarł drzwi szoferki i jeszcze wielokrotnie powtarzając te słowa wyskoczył na zewnątrz.
-Niech to chuj! Jeep z przewodnikiem wjechał na minę. Wyjebało ich skaj haj, jak to mówią w Grecji, czy gdzieś! – Kierowca, były saper biegle władał czterema językami i miał bardzo specyficzne poczucie humoru, które jak zawsze było wyjątkowo wręcz nieadekwatne do panującej sytuacji.   
-Zaje-"kurczaczek"-biście! Żółtodziób – wrzasnął Franck, szturchając pobladłego żołnierza obok siebie. Dwadzieścia lat. Widział parę trupów. Ani razu, jak do tej pory, nie pociągnął za spust. – pilnuj skurwieli! – to rzekłszy, weteran przesunął rygiel, blokujący drzwi więźniarki i otworzył je kopniakiem. Do śmierdzącego, od potu czterech skutych jeńców i dwójki żołnierzy, wnętrza pojazdu wpadło zimne, orzeźwiające powietrze nocy, niosące ze sobą zapach krwi, która miała zostać przelana.

   Eksplozja miny rozerwała jadącego z przodu jeepa na części. Kierowca, przewodnik i siedzący za karabinem kapral Mucha nie mieli najmniejszych szans na przeżycie. Zdeformowane i przypalone szczątki ich ciał walały się teraz, umazane krwią i żółcią, po polnej dróżce, na którą natychmiast z dwóch stron wybiegli uzbrojeni mężczyźni w liczbie dwunastu. Ruszyli prosto na spotkanie dwukrotnie liczniejszej grupy żołnierzy. Większa ich część błyskawicznie wypadła z opancerzonych transporterów jadących za i przed więźniarką - Jedynym pojazdem, który budził prawdziwe zainteresowanie tuzina partyzantów.

   Tylko sześciu?! "kurczaczek", chuj jasny by to strzelił! Sześciu popierdolców wypadło z rowu obok drogi i tyle zamieszania, psia ich jebana w dupę mać! Zdychaj kurwo! I już pięciu! Ja pierdolę! Straciliśmy już dziewięć osób, łącznie z tymi z jeepa! "kurczaczek", dostał też Kelbreg, ale chyba żyje. Chuj z nim! Zostało trzech! Zdychać "kurczaczek", psy! O ja pierdole! Z tyłu też są! Niech ich chuj, zaatakowali z dwóch stron! Mogłem się domyślić! "kurczaczek", koniec amunicji! Moja noga! Ja pierdole! Więc było ich dwunastu! "kurczaczek"!

   Zostali zaatakowani. Chłopak zwany przez wszystkich żółtodziobem jako jedyny został we wnętrzu pojazdu. Pilnował jeńców. Nawet kierowca wysiadł i chwycił za karabin. Przed wyjściem jeszcze przed chwilą stał Franck. Żółtodziób widział, jak skończyła mu się amunicja. Dostał postrzał w nogę i odczołgał się gdzieś na bok. Pewnie już nie żył. Nie miał szans. Bez ani jednego naboju w magazynku, z kulą w kolanie nie miał najmniejszych szans na ratunek. Ale może jednak. A nuż zdarzył się cud i Franck wciąż oddycha. Żółtodziób wychylił się i rozglądał wokół więźniarki przez moment. I o moment za długo. Wszędzie, gdzie padało światło stojących pojazdów walały się ciała rannych lub zabitych w potyczce. Kilkanaście kroków od więźniarki słychać było jeszcze strzały i krzyki. Partyzanci wygrywali.

   Zaraz nas uwolnią. Boże, co za ulga. Zabili już chyba prawie wszystkich, poza tym gnojkiem, który wciąż nas pilnuje. Idiota. Nawet nie odbezpieczył broni. Jest cały pobladły i wypatruje nie wiadomo czego. Jak go tu znajdą, to wyprują mu flaki. Taki młody. Pewnie nawet nie wie, o co ta cała jebana wojna się toczy. Ja chyba z resztą też nie. Dziś nie walczymy już o niepodległość. To odległy cel, niemożliwy do osiągnięcia. Teraz strzelamy już tylko dla satysfakcji. Dzikiej i chorej radości, jaką przyniesie zadanie bolesnego ciosu wrogowi. Agresorowi, który wstąpił na nasze ziemie, zabił nasze dzieci i odebrał nasze domy. I tak dopóki nie padnie ostatni jeden z nas. Czym takie młokosy, jak ten gnojarz zasłużyły na taki los?

   Ktoś otworzył drzwi szoferki i zapalił silnik w błyskawicznym tempie. Żółtodziób natychmiast odwrócił się, by zerknąć w stronę miejsca kierowcy. Nie zdążył. Jeden z jeńców, ten siedzący najbliżej, który już wcześniej przykuł uwagę młodzieńca smutnym, pełnym mądrości spojrzeniem zdołał go dosięgnąć. Mocne kopnięcie nad kolano sprawiło, że żołnierz stracił równowagę. Zachwiał się i runął na ziemię, wypadając z więźniarki. Nie utrzymał w rękach karabinu. Pojazd ruszył. Na polu walki zostały tylko dwa puste transportery i około trzydziestu trupów, wylegujących się w blasku reflektorów tych pojazdów. Zginęli wszyscy. Poza jednym. Tym, który ukradł więźniarkę. Oczy Żółtodzioba zaszły łzami.

   Było nas dwunastu. Zostałem tylko ja. Patrzyłem jak wróg posyła w bezdenne czeluści piekła kolejnych kompanów, których skłonny byłem nazywać przyjaciółmi. I ja robiłem to samo. Śląc ołowiane pocałunki raz po raz zabijałem ojców, mężów, braci i przyjaciół. I to wszystko dla czwórki mężczyzn, którzy nakażą mi zabijać dalej. Jak długo jeszcze potrwa ten koszmar? Czy nikt nie może ukoić mego cierpienia? Czemu to nie mnie uściskał tej nocy posłaniec śmierci?

   O "kurczaczek". Moja noga. Ja pierdole. Czy wszyscy zginęli? A, nie. Ktoś tam się rusza. O "kurczaczek"! Żółtodziób! Żółtodziób żyje?! O jasny chuj! Jak on to zrobił?! Skurwysyn!

-Te! Żółtodziób! Chodź tu, "kurczaczek"! – na te słowa chłopak podniósł głowę z nad ziemi, na której dotąd leżał i wił się, łkając żałośnie. Jednak nie zareagował na polecenie. Klęczał w bezruchu, czekając aż Franck sam się do niego doczołga. Weteran był nie mniej blady od początkującego żołnierza. Poza tym, jego twarz zalewał pot. Prawe kolano było roztrzaskane.
-Pomógłbyś mi, "kurczaczek"! – wrzasnął starszy stopniem żołdak. Reakcji nie było. Rozsierdzony Franck dopełzł do opancerzonego transportera i usiadł, wspierając się o niego plecami. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę oraz paczkę papierosów i zapalił jednego, zamykając oczy. Ciszę nocy zakłócał tylko warkot silnika i żałosne pochlipywanie Żółtodzioba. Franck cisnął mu przed nos pudełko Marlboro wraz z zapalniczką.
-Tak wygląda wojna, Royston. Przyzwyczaj się. I nie pozwól już nigdy, ale to "kurczaczek" nigdy, by ktoś nazwał cię żółtodziobem. – chłopak ponownie się rozpłakał i zwymiotował prosto przed siebie. Nie miał zamiaru częstować się papierosem. Tak samo, jak w jego planach nie było przyzwyczajanie się do wojny. Nigdy.

Offline Yuzuriha

  • Dead Shadow
  • SemiRedaktor
  • *********
  • Wiadomości: 1742
  • Let's go together ... in to the darkness
    • Zobacz profil
    • http://www.deadshadow666.deviantart.com/
Odp: Ołowiany pocałunek
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 29, 2007, 11:42:14 am »
Heh nie wiem co powiedzieć,całkiem niezłe to opowiadanko...trochę nie w moim stylu,ale muszę przyznać,że naprawdę nieźle ci poszło.Zamierzasz to kontynuować,czy to tylko takie krótkie, jednorazowe opowiadanie?Bo z chęcią przeczytała bym co dzieje się dalej ;P.

Offline Kitano

  • Daredevil
  • **
  • Wiadomości: 173
    • Zobacz profil
Odp: Ołowiany pocałunek
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 03, 2007, 07:46:40 pm »
Podobało mi sie, mimo iż także ne w moim stylu. Chociaż jedno nie daje mi spokoju...

Cytuj
który wychynąłby w ich stronę
co to znaczy 'wychynąłby'? ;D

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
Odp: Ołowiany pocałunek
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 04, 2007, 01:46:07 pm »
Wychynąć - wysuwać się, wyłaniać się.

Offline Kitano

  • Daredevil
  • **
  • Wiadomości: 173
    • Zobacz profil
Odp: Ołowiany pocałunek
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 04, 2007, 01:56:08 pm »
Nie znałem takiego wyrazu (co ja robiłem na polskim?), ale wstyd! :o

emiel_

  • Gość
Odp: Ołowiany pocałunek
« Odpowiedź #5 dnia: Grudzień 15, 2007, 11:51:04 pm »
Rośnie nam na SZ następca Pasikowskiego... :D