Autor Wątek: Dziennik Snów  (Przeczytany 1362 razy)

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« dnia: Maj 01, 2006, 08:43:44 pm »
Cóż, poszukujac weny do kontynuowania Wielkiej Wojny i Nieruchomości, wpadłem na zupełnie inny pomysł. Stwierdziłęm, że dam wyobraźni odsapnać przy tworzeniu czegoś nowego. Cchę wam również powiedzieć, że Wielka Wojna przechodzi gruntowny remont stylistyczny, więc przez jakiś czas nie będzie sie pojawiać. Miast niej, chcę wam zaprezentować moje najświeższe dziecko... Mam nadzieje, że się spodoba. Zapraszam do lektury i komentowania...

------------------------------------------------------------------------------------------------

Dziennik Snów
Autor: Piotr Szczeponik

I

   Umiejętność czekania jest podstawową cechą zabójcy. Jeśli nie potrafi cierpliwie trwać w gotowości, wtedy jego zadanie może skończyć się o wiele za wcześnie i, najczęściej, nagłym zgonem.  Zaraz po tym idzie odcięcie sumienia od reszty. Któż by wytrzymał wieczne użalanie się nad pechowcami? To jest już o wiele trudniejsze... Przypomina operację na otwartym sercu. To nie jest robota dla każdego. Nie zrozumcie mnie źle, każdy może zabić, tak to już jest zapisane w genach, ale nie każdy jest w stanie spojrzeć później w lustro. Niektórzy zamykają się w sobie, inni popełniają samobójstwo, a ja śnie... Ale o tym później.
   Tak, jestem zabójcą, najemnikiem... Macie prawo mną gardzić. Szczerze mi to wisi. Ale postarajcie się pojąć w jakiej znajduję się sytuacji... Albo to, albo wyławianie rozmiękłego, czarnego gówna, które kręci tym światem. O co mi chodzi? Węgiel. Po wielkiej powodzi w 2012 roku stał się cenniejszy od złota i kamieni szlachetnych. Surowiec, zdawałoby się, podstawowy, a każdy, kto go ma jest panem. Ja wolę zabijać. Właściwie to to samo, tylko zawinięte w złoty papierek. Prędzej, czy później i tak dopadnie cię śmierć.
   Zapytacie się po co ja to piszę... Robię to, by zabić czas i na dobre odżegnać się od sumienia. Cholera, nie po to uczyłem się pisać i czytać, by skończyć jak te tłuki, wydobywające resztki przeszłego świata. „Zejdź pod wodę, wyjmij gównianą śrubkę, wynurz”. Po co tutaj wykształcenie? Jeśli zginie idiota, to w kolejce stoi parę setek innych. Znów schodzę z tematu... O kataklizmie napiszę nieco później, teraz mam robotę.

***

   Cavadrac siedział na dachu dawnego zabrzańskiego Domu Muzyki i Tańca. Wyjątkowo przytrafiło mu się proste i dochodowe zadanie. Trzeba było skasować nielojalnego księgowego... Jakby ktoś wyciął kawałek scenariusza amerykańskiej szmiry... Nie ufajcie prawnikom, kominiarzom, księgowym, k***a, nie ufaj nikomu... W każdym bądź razie cel zwinął sto pięćdziesiąt patyków i się ulotnił. Choć nie do końca. Zjawił się u lokalnego biznesmena i zaczął dobierać do jego żony... Obaj się zgadali i wyznaczyli nagrodę                w wysokości stu tysięcy złotych. Niezbyt wygórowana cena, ale jednak... Facet mieszka przy ulicy De Gaulle’ a. Głupie posunięcie... Dziesiątki idealnych miejsc dla snajpera...
   Zabójca otworzył neseser i zaczął składać części karabinu snajperskiego PSG 1. Cudownie wytłumiony, a amunicja 7.62 mm wybijała dziury wielkości pięści. Montował celownik optyczny, gdy zobaczył, że obiekt opuszcza budynek. Idiota sterczał na  schodach, czekając niewiadomo na co. Dobra, po kolei. Najpierw zdjęcia. Cavadrac wycelował obiektyw i zrobił parę fotek. Pierwszy z dwóch wymaganych dowodów.
   - A teraz część artystyczna – Cavadrac uśmiechnął się, wymierzając karabin. Słońce nie świeciło dziś zbyt mocno, więc nie musiał obawiać się przedwczesnego wykrycia. Celował w serce. Strzał  w głowę byłby efektowny, ale musiał dostarczyć również dowód numer dwa. – Na jakim świecie ten palant żyje? Tak sterczeć –szepnął.
   Powietrze rozdarł huk wystrzału i księgowy osunął się na kolana. Zamiast twarzy miał krwawą miazgę. Cavadrac oderwał oko od lunety i ze zdziwieniem rozejrzał dookoła. Na budynku dawnej szkoły był jego konkurent. Mężczyzna cieszył się z  celnego strzału... Pieprzony amator ze snajperką kupioną na targu. Zabójca zwrócił karabin w stronę podskakującej z  radości konkurencji i pociągnął za spust. Tłumik to błogosławieństwo jego profesji. Żółtodziób pewnie by się tego nauczył, gdyby właśnie nie leciał głową w dół             z wysokości czwartego piętra.  
   - Głupie ścierwo. Zjebał taką fajną robotę – postukał w słuchawkę. – Jesteś tam, kochanie?
   - Sam jesteś głupie ścierwo – głos był zniekształcony, ale bez wątpienia kobiecy –            bo dałeś się wyrolować jakiemuś frajerowi.
   - Uszczypliwa jak zawsze – Cavadrac rozmontował karabin i zamknął neseser. – Wracam do domu. Przygotuj kolację dla mężusia – kobieta po drugiej stronie parsknęła śmiechem.
   - Nie ma kasy, nie ma żarcia. Musimy  wyżyć na tym, co odłożyliśmy.
   - Ooo... Mówisz o tej stówie?
   - Idiota – połączenie zostało zerwane. Cavadrac tylko się uśmiechnął i ruszył w stronę schodów.

29.04.2020 r.

C.G. Hicks, odziany w skórzaną zbroję, biegł przez ruiny dawniej zwane Miastem Aniołów. W jednej ręce niósł pistolet maszynowy H&K MP5, a drugą podtrzymywał rannego towarzysza. Biegł, mimo tego, że strzały umilkły już pół godziny temu. Maska tlenowa zasłaniała dolną część okrągłej twarzy. Szare oczy wyrażały szaleństwo a krótko obcięte brązowe włosy były brudne                               i posklejane krwią.
   - Cholerni Raidersi, kto mógł to przewidzieć? – maska zniekształcała głos, wprowadzając               w niego metaliczne nuty. – Tylu ludzi poszło w diabły. Ale nie martw się, Red, wyciągnę nas stąd! Wrócimy do bazy           i wszystko będzie dobrze... – nagle upadł, uderzając głową o ziemię. –k***a! Nic ci nie jest, stary? – odwrócił się i zobaczył ziejącą czernią dziurę zamiast twarzy swojego towarzysza. Mężczyzna wpatrywał się w nią                z niedowierzaniem. –To ja cię targam aż tutaj, a ty se tak po prostu zdychasz? –odrzucił zwłoki na bok i szybko je przeszukał. –Paczka fajek i dwa magazynki do Kałasza, dzięki –poklepał swojego byłego przyjaciela po hełmie              i już szykował się do dalszej drogi, gdy do ziemi przydusiła go seria z Browinga.
   - k***a mać! – zaczął czołgać się do pobliskiego budynku. Osy kalibru .50 wzbijały wokół niego tumany kurzu i piachu.
   Gdy już znalazł się we względnie bezpiecznym miejscu wychylił głowę przez okno. Naliczył trzech Raidersów nim trzask zamków ich broni zmusił go do ponownego ukrycia. Sam dysponował tylko starym, poobijanym MP5 i dwoma granatami. Standardowy przydział rekruta Strefy. Hicks rozejrzał się po zdewastowanym pomieszczeniu i zobaczył jedyną możliwą drogę ucieczki –schody wiodące na wyższe piętro.
   - Mam nadzieję, że nie kończą się w połowie – mruknął do siebie i ruszył pochylony w ich stronę.            W momencie, gdy dotarł do celu przewiesił sobie broń przez ramię i zerwał się do biegu. Docierał do półpiętra, jeszcze dwa schodki i będzie bezpieczny...
Wtedy coś metalowego odbiło się od podłogi, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą się krył. Skoczył,  w powietrzu pokonując resztę dystansu i padł na podłogę. Budynkiem wstrząsnął wybuch. Konstrukcja jęczała, gdy jedna ze ścian zmieniła się w stertę gruzu.
Krztusząc się pyłem, Hicks przewrócił się na plecy. Wiedział, że Raidersi zaraz wejdą do środka, choćby z czystej ciekawości.
- Wstawaj, gnojku – powiedział do siebie i zerwał się na nogi.
Po pordzewiałej drabince wszedł na sypiący się dach i rozejrzał po okolicy. W dole trzech napastników właśnie wbiegało do budynku, pozostawiając czwartego ,wcześniej ukrytego, na warcie. Trzymał karabin myśliwski. C. G. wziął rozbieg i przeskoczył na dach drugiej, niższej budowli. Niestety ten nie wytrzymał tego nagłego ataku i mężczyzna ciężko upadł piętro niżej.
-k***a raz jeszcze –wyrwało mu się, gdy starał się pozbierać. Wiedział, że łoskot towarzyszący jego upadkowi ściągnie tu wartownika. Przesunął MP5 z pleców do biodra i położył się na stercie kamieni, starając się nawet nie oddychać.
Po minucie usłyszał ostrożne kroki bandyty. Przez przymrużone powieki widział, że człowiek niósł wymierzony przed siebie karabin. Broń świetną na większy dystans, ale zupełnie nie sprawdzającą się                 w pomieszczeniach. Raider zobaczył Hicksa i ruszył w jego kierunku, chcąc upewnić się, czy upadek był śmiertelny, czy może jest jedynie ranny i potrzebuje pomocnej dłoni, która ukróci jego cierpienia.
Stanął nad nim tak, że C. G. czuł smród dawno niemytego ciała. Zbierało mu się na wymioty, ale skrajnym wysiłkiem woli się powstrzymał. Poczuł dotyk zimnej lufy na swoim czole. Raider nie osiągając żadnych zadowalających rezultatów kopnął mężczyznę z całej siły w nogę. Gdy nie doczekał się żadnej reakcji opuścił karabin. Wtedy MP5 Hicksa podskoczył w górę, wypluwając       z siebie połowę magazynka.. Napastnik był martwy nim upadł na podłogę. Krwawy szlak dziur              w jego ciele wiódł aż do roztrzaskanej czaszki.
- Spoczywaj w kawałkach, frajerze –C. G. wyszczerzył się do ocalałej części twarzy. –Ciekawe, co też mi przyniosłeś... –zajął się przeszukiwaniem zwłok Raidera. Karabin, dziesięć sztuk amunicji 7.62 mm                     i strzykawka z Psycho. –Głupi ćpun –narkotyk rozgniótł butem.
Po krzykach wywnioskował, że znaleźli jego drogę ucieczki. Podskoczył i wdrapał się na dach. Wziął przedostatni granat i rzucił na sąsiedni budynek. Właśnie w tym celu nie zatrzaskiwał klapy prowadzącej do środka. Czarna kula odbiła się parę razy i wpadła prosto na schody. Tym razem wybuch spowodował zapadnięcie się połowy dachu. To wyjście zostało zablokowane. Wymierzył karabin w drugie, na parterze.
- k***a mać! –ktoś jednak przeżył... –Stan ,przytargaj tu swoje tłuste dupsko i weź apteczkę! –a więc czwarty napastnik miał jakieś imię. –Szybko!! Słyszysz mnie?! –z chmury pyłu wyłoniła się sylwetka jedynego żywego bandyty.
- Ej! –Hicks krzyknął do niego i, gdy tamten popatrzył w górę, nacisnął spust. Kula przeszyła  Raidersowi gardło. Charczał, starając się zatamować krwawienie z tętnicy. Padł na ziemię, topiąc się we własnej krwi.
C.G. uzupełnił magazynek i ostrożnie zszedł na dół. Nie miał zamiary potłuc się jeszcze bardziej lub, co gorsza, skręcić sobie karku. Przed dalszą drogą postanowił pogrzebać trochę              w sprzęcie zabitych Raiderów. Nadzieje na zdobycie Browinga spełzły na niczym. Musiał zostać pogrzebany razem z dwójką napastników. Tymczasem na wschodzie rozległy się odgłosy strzelaniny.
- Wiec tam jesteście –uśmiechnął się z mieszaniną radości i ulgi. –Już pędzę na pomoc –poprawił MP5, wzmocnił chwyt na karabinie i pochylony pobiegł na spotkanie resztek swojego oddziału.  

***

   Tej nocy znów miał dziwny sen. Nie wiedział co oznaczał, jak go powstrzymać ani zapanować nad nim. Zerwał się z łóżka. Już nie spał... Obudził się... Kolejny dzień na tym pieprzonym świecie. Na dodatek ktoś zwinął mu zlecenie. Zabił gnoja, ale kasa była nie do odzyskania. O czym myślał, gdy decydował się na zostanie najemnikiem? Bzdurne filmy chyba wygładziły mu mózg na dobre... Strzelaniny, pościgi, eksplozje, nieśmiertelni bohaterowie oraz zastępy bezimiennych, których sensem życia była efektowna śmierć. Tak serio, to walka o śmierć w gównie i życie w rynsztoku... Mała, acz coś tam znacząca, różnica.
   - Wstałeś? – kobiecy głos rozległ się z pokoju obok.
   - Tak jest, pani szefowo – Cavadrac wstał i w samych bokserkach wszedł do kuchni. – Jak się masz Kochana?
   - Prócz tego, że jestem na ciebie zła? – Monika skrzywiła się. – Dobrze – cmoknęła mężczyznę w policzek. – Żałuję tylko, że i w tym miesiącu musimy głodować.
   - Nie musimy – Cavadrac uśmiechnął się do żony. – Zaraz sprawdzę pocztę... Monikuś, uśmiechnij się, proszę...
   - Głupek – dziewczyna pokazała mu język – ale i tak cię kocham. Idź już – klepnęła go w tyłek, gdy wychodził.

***
   Od potopu w 2012 wszystko się popieprzyło. Podobno ziemia na chwilę się zatrzymała. Osobiście w to nie wierzę, ale tak twierdzą najtęższe, z tych, co przeżyli, głowy. Ktoś kiedyś to przewidział, ale nikt nie dał wiary... No to nas udupiło. Bo, gdy planeta ponownie ruszyła, zrobiła to w drugą stronę. Bieguny się pozmieniały, morza wypiętrzyły,            a góry zapadły... Trwało to nie niecały rok. Sekty grzmiały o Gniewie Bożym, zemście na heretykach... Normalka, te oszołomy uwielbiają podcierać sobie dupę absolutem. Mocarstwa obrażały się nawzajem, gnojąc po drodze każdego kto się nawinął. Ale wszyscy byli jednakowo przerażeni... W rok populacja ludzka spadła o miliard, czy półtorej. Jak się zastanowić, to wcześniejsze tsunami przypominały swoja skalą pierdniecie w wannie. Ocalały nieliczne miasta, głównie te na wyżynach. Reszta została albo zmyta, albo zasypana pod ziemią, albo zalana. Handel, przemysł, technologia... Niemal cały dorobek ludzkości poszedł się pierdzielić. Aż do roku 2020, kiedy to woda nieco się cofnęła i wyławianie tego całego bajzlu stało się możliwe. Ludzie nigdy się nie nauczą... Została ich garstka, a gdy dorwali się do broni, zaczęli się nawzajem mordować... głupie ciule... Pomyśleć, że musiałem urodzić się właśnie w takich czasach.
   Zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego. Kurde, gdyby nie moja żona, to dawno bym sobie odstrzelił łeb. To ona trzyma mnie tutaj i to dla niej pracuję. Musiałem coś wykombinować, po prostu, k***a, musiałem... Bolało mnie, gdy patrzyłem jak chodzi głodna tylko dlatego, że nie potrafiłem zarobić na jedzenie. Zatem mit zimnego, nieczułego mordercy szlag trafił, prawda? Co z tego? Wszyscy muszą czasem coś zjeść. Zatem zabijam. Założyłem sobie konto na pewnej stronie w Internecie... Tak, sieć dalej funkcjonuje. Dziwne? Jak cholera. Serwery musiały się ostać. Jak? Nie wiem. Ale ułatwia zdobywanie zajęć.
   Właśnie dostałem wiadomość, która była na równi tajemnicza, jak kusząca.

***

   Cavadrac spojrzał na tytuł wiadomości... „Korporacja”... Niepewnie najechał na nią kursorem.
   - Jest cos?
   - Tak! – odkrzyknął, szybko rozwijając list.

   „Dzień dobry, panie Cavadrac.
Znaleźliśmy pański anons na wiadomej stronie i postanowiliśmy złożyć panu pewna propozycję. Zamierzamy wysłać grupę ludzi w celu odzyskania bardzo cennego przedmiotu. Niestety, nie możemy ujawnić jego wartości ani nazwy. Pragniemy, żeby dołączył do niej ktoś o pańskich zdolnościach.
   Jeśli jest pan zainteresowany, prosimy o odesłanie maila bez treści. W temacie musi pan wpisać „tak”. Wtedy na pańskie konto zostanie przelana zaliczka w wysokości tysiąca złotych. Otrzyma pan również wiadomość zwrotna, zawierającą datę oraz miejsce spotkania z naszym Przedstawicielem.
Z poważaniem
Korporacja 20.”

   Żadnej daty, nazwiska, niczego... Same konkrety i cena... Nie wahał się. Szybko kliknął na „odpowiedz” i wklepał „tak” do rubryki oznaczonej jako temat. Teraz pozostało jedynie czekać... Dwie minuty.

------------------------------------------------------------------------------------------------
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline Siergiej

  • Last Hero
  • **********
  • Wiadomości: 2544
  • Idol Tanta
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 01, 2006, 10:21:39 pm »
czyta sie ciekawie nie powiem....aczkolwiek i tak woel Wielka Wojne :P

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #2 dnia: Maj 05, 2006, 07:43:25 pm »
No no, trzeba przyznać, że nadal piszesz zajebiście i twój styl jest całkiem fajny. No i w sumie nie ma to jak kolejna wizja trudnego życia płatnego zabójcy heh....  
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #3 dnia: Maj 09, 2006, 05:12:14 pm »
@ S&S:
Tak samo skomentowałeś Nieruchomosć XD Tylko tam się nie pomyliłeś w słówku "wole" :P

@W_W:
To nie jest znów taka typowa historyjka o niepokonanym, bezdusznym zabójcy... Sami się przekonacie :)

@Topic
Dziś dodaję kolejna część :P Moze tym razem więcej was to skomentuje :) Taka maluteńka nadzieja... Zapraszam do lektury.

------------------------------------------------------------------------------------------------

„Panie Cavadrac.
   Cieszymy się z tego, że pan pozytywnie rozpatrzył naszą prośbę. Oczekujemy pana za dwie godziny na placu Teatralnym w budynku dawnej biblioteki miejskiej. Przedstawiciel sam pana znajdzie.
Z poważaniem
Korporacja 20.”

   - I jak? – Monika zajrzała przez ramię męża.
   - Zaraz coś ci pokażę – mężczyzna uśmiechnął się, całując ją w szyję. Gdy tylko wyświetlił saldo ich konta, dziewczyna zrobiła niedowierzającą minę.
   - Tysiąc?! –podskoczyła z radości, śmiejąc się na cały głos. – Chodź tutaj – przytuliła się do niego, patrząc mu głęboko w oczy. Nagle powaga powróciła na jej twarz. – Co musiałeś zrobić?
   - Nic... i to jest najciekawsze – Cavadrac wziął żonę na ręce. – Muszę tylko spotkać się z jakimś facetem za dwie godziny... Wiesz, miałbym ochotę na coś innego niż śniadanie – pocałował dziewczynę długo, namiętnie.
   - Trudno się dziwić – Monika znów się roześmiała, gdy mężczyzna niósł ją do sypialni. Kochali się, jakby wody znów miały zatopić świat. Zamknęli się w swoim własnym świecie. Szczęśliwym, bez trosk... Gdyby pożądanie miało moc spalania, to ta iskra osuszyłaby świat...
   - Kocham cię, wiesz? Zrobię dla ciebie wszystko – mężczyzna gładził żonę po włosach.
   - Wiem, wiem – Monika wtuliła się mocniej – ale teraz musisz już ruszać...
   - Czasem po prostu...
   - Nie zaczynaj. Wiem co chcesz powiedzieć i naprawdę nie ma teraz czasu.
- Ech... Masz rację – Cavadrac wstał z łóżka i ruszył w stronę szafy. – Się chyba ładnie ubiorę – wyciągnął ciemnozieloną koszulkę, czarne bojówki i glany. Na to zarzucił brązowy prochowiec.
- Nie jest za oficjalnie? – Monika przycisnęła do niego swoje nagie ciało. – Uważaj na siebie – cmoknęła go w kark i pobiegła do łazienki... Chryste, jak on ją kochał!
-Zawsze – mężczyzna otworzył skrytkę na dnie szafy i wyjął dwa glocki 18                     z przedłużonymi magazynkami. Wyszedł na klatkę schodową, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

***

Jesteście ciekawi jak żyjemy? Widzieliście kiedyś wrak statku wydobyty z dna po paru latach? Rdza, zgnilizna i rozkład... Z tym, że ten wrak, to teraz nasza codzienność... Musimy żyć w tym mule, który został po powodzi... Osiem lat wystarczyło, by wilgoć wgryzła się dokładnie we wszystko. Od ścian aż po cholerny chodnik. Bogatsi mogli sobie pozwolić na osuszanie swoich posiadłości, usuwanie syfu spod łóżek. k***a, oni mogą nawet postawić sobie to wszystko od podstaw. Biedniejsi muszą oczyszczać każdy milimetr swojego życia, a i tak nigdy nie zrobią tego dokładnie... Z tego, co udało mi się zarobić kupiliśmy nowe, dobre łóżko i wyremontowaliśmy kuchnię oraz łazienkę... Mimo tego, że przez trzy miesiące nie jedliśmy i tak na sufitach ścianach i podłogach wykwitają świeże grzyby. Musimy stąd zwiać... Nie ma innego wyjścia.

***

Po starej bibliotece nie zostało wiele. Parę przewróconych, zbutwiałych szafek, kawałki drzwi i szyb... Schody na piętro się zawaliły, uniemożliwiając dostanie się wyżej.            Za to piwnica była zalana... Cudne, polskie budownictwo. Jak już mają coś zrobić szczelne, to cholerną piwnicę. Pewnie chcieli się tam schować podczas powodzi. Powodzenia.
Cavadrac oczekiwał przedstawiciela Korporacji w pokoju, niegdyś będącym duszą biblioteki. Niestety, żadne książki nie przetrwały. Katastrofa zabrała wszystko, co tylko mogła. Kiedyś tak lubił czytać... Nawet próbował sił w pisaniu, ale wszystko legło w gruzach. Razem z jego dawnym światem. Chodził po pomieszczeniu, rozglądając się dookoła. Kątem oka dostrzegł refleks czerwonego światła na ścianie. Rzucił się na podłogę. W samą porę.
Kule dziurawiły przegnite ściany. Po drugiej stronie musiał być snajper... Albo paru, wnioskując po ilości pocisków. Mężczyzna szybko wyszarpał z wewnętrznej kieszeni prochowca woreczek z krwią. Całymi tygodniami zbierał swoją własna posokę do tych woreczków. Pozwalało to zmylić wroga, a nawet upozorować własną śmierć. Rzucił nim                 o ścianę pod oknem. Folia pękła, rozpryskując krew ponad oknem. Część spływała po parapecie, część osadziła na framudze... Ostrzał ustał. Zabójca przetoczył się do wejścia                  i zaczął się wspinać po szkielecie schodów. Jeśli się nie mylił, to atakujący byli w teatrze po drugiej stronie ulicy. Dojście tutaj zajmie im może dwie minuty. Albo mniej... Wbił palce              w drewno i odbił się nogami od ściany. Drzazgi właziły pod paznokcie, a buty zagłębiały w rozmiękły tynk. W końcu dotarł do bezpiecznego miejsca u szczytu schodów. Zawalony dach uniemożliwiał dalszą wspinaczkę. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał.
Musiało być ich trzech. Słyszał, jak szurali butami, starając się poruszać się możliwie najciszej. Partacze. Kto ich wynajął? Dwóch wsunęło się do budynku, jeden został na dworze. Cavadrac musiał kopnąć kamień, by tamten podszedł bliżej.
- Tutaj trójka – nieproszony gość chyba wreszcie się zorientował.. – Mam jakiś ruch, sprawdzam. – Zabójca nie wiedział, czemu pozostała dwójka nie podniosła hałasu, nie znajdując ciała... Miał ważniejsze rzeczy na głowie. Wyszarpnął nóż z buta.
W dziurze po zawalonej części schodów ukazała głowa otulona rudymi kłakami. Niewiele myśląc, rzucił się na nią. Nóż wszedł głęboko, wbijając się w miejsce połączenia szyi z ramionami. Czysta, gładka śmierć. Piękna sprawa. Nieboszczyk ściskał w ręce MACa 10.
- Dzięki – Cavadrac podniósł broń. Przywarł do ściany, czekając na to, aż koledzy zabitego zauważą, ze brak ciała jest powodem do niepokoju. W końcu zauważył cień, przesuwający się po podłodze. Seria przeszła przez ścianę. Gdyby stał, przecięłoby go na wysokości klatki piersiowej.
- Uff... – wysapał, udając, że został trafiony. Przesunął ramieniem po ścianie.
- Mówiłem, że dupek nie był lotny? – rozległo się z drugiego pokoju. Mężczyzna musiał stać przy drzwiach. – Możemy wracać do domu.
- Szkoda, że młodemu się nie udało – drugi był bliżej okna.
Zabójca przetoczył się do drzwi. Jednym pociągnięciem spustu opróżnił magazynek, rozgrzewając tłumik do czerwoności. Jeszcze dym nie przestał unosić się z lufy, gdy Cavadrac poczuł chłód stali na skroni.
   - Nie ruszaj się – Kobiecy głos. Lekko zniekształcony, ale na pewno należący do przedstawicielki płci pięknej. – Test zakończony.
   - Jaki, k***a, test?! – mężczyzna chciał się poderwać na równe nogi, ale nacisk się wzmocnił. Nagle do karku ktoś przystawił mu lufę pistoletu... Najprawdopodobniej Berrettę 92F.
   - Nikt cię nie uczył, ze przy paniach się nie przeklina, k***a twoja mać? – Facet za nim roześmiał się, chowając broń. – Wstawaj, nie musisz się bardziej ośmieszać.
- Żeby tak uniknąć kul z FA-MASa... Niezły jesteś – Kobieta zawiesiła karabin na ramieniu, zdjęła maskę. – Cześć Cavadrac, Nitta jestem – dziewczyna miała zwężające się                w górę, obcisłe na tyłku bojówki koloru  brązowego, wystrzępione powyżej kolan. Wizerunku dopełniały czarne, znoszone glany i zielony podkoszulek. Włosy były spięte w ciasny kucyk        u podstawy czaszki, a z zielonych oczu patrzyła śmierć.
- A ja Red – facet był zaprzeczeniem Nitty. Jasny, szyty na miarę garnitur, wypastowane buty z włoskiej skóry i aktówka w ręce. Włosy miał krótkie, wściekle rude. Ani one, ani pogodna, szeroka twarz nie wyrażały tego co szare oczy. To były oczy zawodowca. Cavadrac poczuł dreszcz, przebiegający mu po plecach. Ale wiedział jedno. Gdyby miał umrzeć, to stało by się to wcześniej.
- A ja nie wiem co się dzieje i zaczynam mieć to głęboko w dupie – Wstał powoli. – Dla głupiego testu poświęciliście trzech ludzi?
- Cóż, ryzyko zawodowe. Było czterech na miejsce, które teraz jest twoje. Co za różnica?
- To dlaczego chcieli wykończyć najpierw mnie?
- Bracia. Chcieli najpierw załatwić ciebie, a później losować między sobą – Nitta parsknęła śmiechem na samo wspomnienie.
- Ale przejdźmy do meritum – Red poszperał w aktówce. Dopiero teraz dotarło do zabójcy, że facet nazywa się tak samo, jak postać z jego snu... Zatem gdzie Hicks? – Zgłosił się pan do uczestnictwa w zadaniu. Przeszedł pan test, więc pozostała jeszcze tylko jedna formalność.
- Co znowu? Może będę musiał pana zabić? – Cavadrac wyszczerzył zęby                                 w uśmiechu. – Chętnie.
- Chciałbyś, co? – Red odwzajemnił uśmiech, choć niemal od razu powaga powróciła. – Przykro mi, ale się pan myli. Prosimy o stawienie się jutro w budynku po drugiej stronie tej ulicy.
- Platan?
- Dokładnie. Tam dowie się pan  reszty. Do widzenia – mężczyzna już chciał odejść, gdy Cavadrac złapał go za ramię. W oczach Reda zapłonął ogień. Zabójca wiedział, że miałby z  nim spory kłopot. – Czego?! – warknął zatrzymany.
- O której? – Red wyraźnie się rozluźnił.
-Nie powiedziałem? Ta pamięć – kąciki jego ust wykrzywił sztuczny uśmiech. – Szósta rano – gdy ujrzał minę Cavadraca, na twarzy wykwitł mu prawdziwy rogal.
 
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #4 dnia: Maj 10, 2006, 12:22:52 am »
hmm..... całkiem nieźle, Fajnie ci wychodzą opisy. takie dynamiczne. Poza tym w sumie nie mam nic do dodania, bo nie chce mi się już nawet pisać citych samych pochwał które pisze zawsze heh....  
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline Ignatius Fireblade

  • Berserker
  • ***
  • Wiadomości: 214
  • Ten, który bywa
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #5 dnia: Maj 14, 2006, 07:16:58 pm »
Ocho... Widzę, że frekwencja spada :P Ciekaw jestem czemu... Dzieki za komentarz W_W. Jestem cholernie wdzięczny. Serio.

Dziś zamieszczam kolejną część. Mam nadzieję, że się wam spodoba :) I kwestia wyjaśnienia. To nie będzie taka "kobyłka" jak Wielka Wojna. Planuję Dziennik Snów jako nieco dłuzsze opowiadanko :) A jakie wyjdzie, to się okaże XD Zapraszam do czytania i komentowania.

------------------------------------------------------------------------------------------------

30.04.2020 r.

   Cavadrac patrzył, jak jego żona biegnie długim korytarzem. Z każdym krokiem nienaturalnie pęczniał jej brzuch, rosnąc do niemożliwych rozmiarów. Mężczyzna ruszył się                     z miejsca, chcąc ja dogonić. Od podłogi buchało gorąco, roztapiając podeszwy butów zabójcy. Guma kleiła się do podłoża. Ślad wrzącej czerni ciągnął się za nim. Miał wrażenie, że chodzi po nagrzanej płycie piekarnika. Gorąco dotarło do stóp. Zwęglone skarpety przywarły do ciała. Krew          w żyłach się gotowała...
    Nagle zabrakło mu gruntu pod nogami. Spadał... Lecz pomimo tego, nadal widział Monikę, biegnącą przed nim. Wszystko się zatrzymało. Olbrzym strój bojowy wyrósł przed nimi. Zamiast twarzy miał powykrzywianą maskę gazową. Płaski, jakby wypompowano z niego całe powietrze. Pomarszczona, gumowa rękawica złapała Monikę... Filtr utworzył usta. Kombinezon połknął kobietę... A ona wciąż krzyczała... Mężczyzna nie mógł nic zrobić. Nie potrafił nawet się poruszyć.
   Gumową powierzchnię wybrzuszył wybuch. Ręce Cavadraca nagle odzyskały zdolność ruchu. Sięgnął do nóg i podniósł M-60. Zaczął walić do skafandra, dziurawiąc go i rozrywając na strzępy. A później była pustka.

***

Człowiek zerwał się z posłania. Przepocona piżama kleiła się do ciała, a mokre włosy tworzyły dziwny kołtun. Była czwarta rano. Za dwie godziny musi stawić się na spotkanie. Przewrócił się na bok, ręką szukając żony. Nie było jej tam, poduszka była zimna. Powoli sięgnął po myśliwski nóż, przyklejony taśma klejącą do spodu łóżka. Zapalone światło                  w łazience. Ciche popłakiwanie. Podkradł się tam na palcach, przywarł do ściany                           i nasłuchiwał. Rozległy się kroki. Zabójca rzutem posłał nóź pod łóżko.
- Dlaczego wstałeś tak wcześnie? – Dziewczyna jakoś czuła, że on tam stoi. Wiedziała nim jeszcze otworzyła drzwi.
- Bo ciebie nie było przy mnie... Co się dzieje? – Gdy Monika nie opowiadała, podszedł i ja przytulił. – Od miesiąca wstajesz wcześniej i znikasz w łazience na godzinę... Myślałaś, że nie wiem?
- Widzisz... ja... my... – Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. W końcu zebrała się              w sobie. – Będziemy mieli dziecko. – Tego się nie spodziewał. Zatkało go... Ale po paru sekundach jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- TAK! – Porwał ją na ręce, podrzucając do góry. Nie wiedział do czego ten stan porównać. Ekstaza. Tak. – Jesteś wielka, Kochanie – pocałował żonę, nie wypuszczając                      z ramion. Widział, że twarz Moniki się rozjaśnia, ślady niedawnych łez znikają.
- Obawiałam się, że będziesz wściekły – szeptała mu do ucha. – Tak się bałam...
- Głuptas – Ostrożnie opuścił ja na podłogę. – Jestem z ciebie cholernie dumny – wziął się pod boki, patrząc na dziewczynę z iskrami w oczach.
- Ale wiesz co to oznacza? – Uśmiech Cavadraca jakby nieco przybladł.
- To ostatnia robota, Skarbie. Obiecuję. Później poszukam jakiejś bezpieczniejszej pracy – Bez trudu zrozumiał, co chciała mu przekazać. Teraz to ona uśmiechała się szeroko, ukazując rządek równych, ślicznych ząbków.
- Kocham cię. Będę na ciebie czekać – Przytuliła się mocno. Po czym dodała. – Będziemy.
 
***

Gdy dowiedziałem się o ciąży Moniki, nasunęły mi się trzy myśli. Po pierwsze,                 że muszę zmienić robotę... Nie powinienem się narażać, nie mogę osierocić dzieciaka jeszcze przed jego, czy tam jej, narodzinami. Z tym będzie kłopot... Ale dam sobie radę. Dalej,               że koniecznie musimy zmienić otoczenie. Prędzej wypruje sobie żyły, niż pozwolę, naszemu dziecku na życie w śmietniku. Ostatnią sprawą było zabezpieczenie przyszłości. Jak to miałem zrobić? Nic prostszego. W końcu pracuję dla tej całej Korporacji, oni się mną zajmą. Taaa... Byłem naiwny, wiem.
Najbardziej wystraszył mnie sen, który miałem przed usłyszeniem tamtej dobrej nowiny. Był pełen symboli... Wychodząc z domu byłem pewien jednego. Nie pozwolę, by moja praca wpłynęła na moje życie, na życie Moniki i dziecka. Wiedziałem, że jeśli ktokolwiek się na nas porwie, to mówiąc delikatnie, zapierdolę skurwiela.

------------------------------------------------------------------------------------------------

BTW. Fragment krótszy, bo ostatnio słabuję na czasie wolnym. Pseplasiam.
« Ostatnia zmiana: Maj 14, 2006, 07:18:06 pm wysłana przez Ignatius Fireblade »
Gdy rozum śpi, budzą się upiory.
Goya

Offline White_wizard

  • Keyblade Master
  • Weapon Master
  • *********
  • Wiadomości: 2242
  • A way to the Dawn
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 15, 2006, 12:35:37 pm »
ty nie narzekaj, ze masz coraz mniej komentarzy, bo po prostu ludziom się nie chce powielać tego co pisali wcześniej... .Na miłość boską, w końcu ile można cię chwalić co?  
You were born from nothing, you will turn into nothing. What have you lost? Nothing!

Offline polon

  • Soldier
  • Wiadomości: 1
    • Zobacz profil
Dziennik Snów
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 18, 2006, 08:43:13 pm »
choć nie przepadam specjalnie za Twoją osobą to jednak....cóż...dobry jesteś w te klocki, chcąc nie chcąc muszę przyznać że nieźle się czyta Twoje teksty. ale jednak daleko temu(jeszcze do Kinga)na którego sie gdzieś wcześniej powolywałeś, a przynajmniej tak mi się wydaje, że widziałem coś takiego.