Forum SquareZone

Forum ogólne => FanFik => Wątek zaczęty przez: White_wizard w Marzec 17, 2005, 10:04:57 pm

Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Marzec 17, 2005, 10:04:57 pm
Pomyślałem sobie, ze skoro inni piszą fiki opowiadania, czy jak Tantalus ... powieści, to moze ja teżś powinienem spróbować swoich sił i napisać coś od siebie. A więc jak wynika z tytułu, fik jest osadzony w świecie FFVII...... Proszę was, zebyście napisali po przeczytaniu co o nim myślicie i jeśli się wam coś niepodobało, to powiedzcie, a ja postaram się to zmienić......

Rozdział I

Ciężkie sklepowe drzwi otworzyły się powoli, wydając przy tym dźwięk, który świadczył, że nie były oliwione przez ostatnie kilka lat. Starszy pan stojący za ladą uniósł od niechcenia głowę i spojrzał na postać stojącą na progu. Ową postacią był młodzieniec odziany w długi, czarny płaszcz, opatrzony białymi ozdobnikami z tyłu. Przeczesał palcami swoje brązowe włosy i spoglądając na sprzedawcę przenikliwymi, czerwonymi oczyma zapytał:
 - Czy przyszło już moje zamówienie?
 - Dane personalne i dowód tożsamości.... – odpowiedział sprzedawca leniwym głosem
Młodzieniec westchnął i sięgnął do kieszeni płaszcza. Po chwili szukania wyjął z niej białą legitymację, którą podał starszemu panu za ladą. Sprzedawca przeglądał przez chwilę zapisane na kartoniku informacje, po czym skierował wzrok na młodzieńca stojącego przed nim:
 -  Dave Heartbreak, lat osiemnaście.... – przeczytał na głos sprzedawca, nie ukrywając zdziwienia nazwiskiem klienta.
 - Dokładnie tak.... chociaż przyjaciele wołają na mnie czerwony upiór – potwierdził chłopak, pokazując w uśmiechu białe zęby.
Sprzedawca nie zagłębiał się w pochodzenie tego przezwiska, gdyż miał dziwne przeczucie, że tych którzy go używali są już częścią Lifestreamu.... Zamiast tego starszy pan odgrzebał ze sterty dokumentów właściwą kartkę i udał się do sklepowego magazynu. Spacerował chwilę między metalowymi półkami, spoglądając raz po raz na kartkę trzymaną w ręku. W końcu odnalazł odpowiednią paczkę. Jeszcze raz sprawdził, czy numer ewidencyjny się zgadza i zdjął z półki dość dużą, niechlujnie zawiniętą paczkę, po której kształcie można było wywnioskować, iż jest to jakaś broń strzelecka.
 - Karabin snajperski z celownikiem optycznym, plus po dwa pudełka amunicji do handguna i peacemakera – powiedział sprzedawca, zacierając ręce na myśl o tym jakie pieniądze może wyłudzić od tego niepozornie wyglądającego młodzieńca – To będzie razem jakieś..... 10000 gil...
 - Co?! – oburzył się Dave – Za 10000 mogę sobie kupić czołg i jeszcze mi zostanie. Za snajperkę i amunicję mogę dać maksymalnie 3000.
 - W slumsach każdy musi sobie jakoś radzić, a 10000 to i tak nie jest wygórowana cena za tak dobry sprzę..... – sprzedawca nie dokończył zdania, gdyż zorientował się, ze ma przystawiony pistolet do czoła.
 - Słuchaj, ujmę to bardzo prosto – powiedział chłopak, trzymając palec na spuście – Mam dzisiaj zły humor i dlatego mogę zupełnie za darmo zrobić ci taki stylowy otwór w czaszce. Jestem pewien, że twój mózg spływający po ścianie w bardzo gustowny sposób wzbogaci estetykę wnętrza tego lokalu.
Sprzedawca chciał się jeszcze targować z młodzieńcem, ale kiedy dostrzegł wściekle czerwony błysk w oczach swego klienta zrozumiał dlaczego mówią na niego czerwony upiór.
 - D....do.. dobrze..... 3000 w....wy... starczy – wyjąkał przez zaciśnięte zęby starszy pan
 - Widzisz? Wiedziałem, że się dogadamy – rzucił chłopak, po czym położył na stole sakiewkę z pieniędzmi, wziął swoją przesyłkę i opuścił lokal.
Wychodząc na ulicę usłyszał jeszcze wiązankę przekleństw rzuconą przez sprzedawcę, ale tylko go to rozbawiło. Młodzieniec schował nowo nabytą broń wewnątrz swego płaszcza. Nosił ten płaszcz z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze nie rzucał się w oczy na ulicach Midgar, gdzie zawsze panował mrok, po drugie na czarnych ubraniach nie było widać brudu, a po trzecie i najważniejsze łatwo było ukryć w nim broń palną. Jednak mimo wszystko czarny płaszcz miał także jedną irytującą wadę: Można go prać tylko w trzydziestu stopniach, a przy tej temperaturze trudno było wywabić plamy krwi, które często się na nim pojawiały.... i bynajmniej nie była to krew właścicielka płaszcza.

Kilka metrów od drzwi sklepu na Dave’a czekał inny chłopak. Miał on krótko przycięte, platynowe włosy a jego bladobłękitne oczy były wbite w ziemię. Ów chłopak wyróżniał się spośród przechodniów swoim strojem, który przywodził na myśl uniform SOLDIER. Na prawym ramieniu miał wytatuowaną jakąś cyfrę.... prawdopodobnie 0, choć trudno było powiedzieć na pewno, gdyż górną część ramienia pokrywało kilka blizn.
 - Czołem, Sleet – rzucił Dave, przystając obok swojego znajomego
 - Załatwiłeś? – zapytał krótko Sleet, podnosząc głowę
 - Oczywiście – odpowiedział czerwonooki, dumnie pokazując nowo nabyty karabin snajperski – Wyobraź sobie, że stary chciał za niego 10000. Ale na szczęście mam talent do negocjacji i udało mi się stargować do 3000 gil.
 - Nie masz żadnego talentu do negocjacji, tylko dwie spluwy przy pasie. Z resztą pewnie znowu zacząłeś wciskać ten kit o czerwonym duchu....
 - Czerwonym upiorze!
 - Właśnie..... zresztą co za różnica. Jak dla mnie mogłeś nawet przedstawić się jako czerwony wypierdek mamuta......
 - Ja cię chyba kiedyś zastrzelę – powiedział Dave ironicznym tonem
Sleet nic nie odpowiedział, tylko gestem głowy wskazał na drzwi od pobliskiego baru. Ten wymowny gest znaczył: „Chodź się napić, ja stawiam”.
Dave rzucił jeszcze tylko okiem na święcący jasnym światłem neon, zawieszony nad sklepem z bronią: „Machine Gun”, po czym poszedł za swoim towarzyszem, wkładając ręce do kieszeni. Chłopak zamyślił się i kiedy miał otworzyć drzwi do baru jakiś dźwięk wyrwał go z zamyślenia. Dave otrząsnął się i zorientował, że dźwięk dochodzi z zaułka przy barze i jest on jednoznacznie wołaniem o pomoc. Młodzieniec niewiele myśląc rzucił się w zaułek mając nadzieję uratować „piękną nieznajomą”....
Po chwili chłopak znalazł się na końcu szarej alejki
 - Zostaw ją w spoko...... co?!
Ku swojemu zdziwieniu nie zobaczył tam żadnej „pięknej nieznajomej”, tylko grupkę skinów, którzy najwyraźniej spodziewali, że ktoś ich „odwiedzi”
 - No panowie  -powiedział jeden z nich, najwyraźniej przywódca – w końcu jakiś idiota złapał się na naszą przynętę
Jego wypowiedzi towarzyszył krótki wybuch śmiechu pośród grupy. Dave nie czekał na reakcję skinów, tylko obrócił się na pięcie i skierował się szybkim krokiem do wyjścia. Nie zdążył wyjść na otwarty teren, bo drogę zastąpiła mu druga część grupy. Był otoczony i na domiar złego spoglądało na niego około dziesięciu, wykrzywionych, łysych głów, z których każda nosiła wyraz twarzy szympansa.
Chłopak przeanalizował sytuację i ocenił swoje szanse. W jego stronę skierowane były trzy zardzewiałe lufy pistoletów, cztery długie miecze i trzy kije baseballowe. Sytuacja przedstawiała się katastrofalnie, ale... „Już z większych opresji wychodziłem cało” – pomyślał Dave
 - Dobra – powiedział jeden z napastników – oddawaj wszystko co masz, a może puścimy cię wolno.
Bohater nie odpowiedział, tylko szybkim ruchem ręki sięgnął do pasa i zanim ktokolwiek się zorientował dwóch napastników leżało na ziemi. Jeden zginął od razu, gdyż kula przebiła mu czaszkę na wylot, a drugi wił się jeszcze w agonii, trzymając się za brzuch. Dave trzymał w wyprostowanych rękach dwa pistolety.
 - Właśnie popełniłeś największy błąd w swoim życiu, pop***dolcu – krzyknął przywódca bandy, dając tym samym rozkaz do ataku.
Dave uchylił się, unikając wysokiego cięcia wielkim mieczem, po czym szybkim ruchem ręki trafił właściciela pięścią w podbrzusze. Kiedy ten był zdezorientowany, Dave chwycił go za kark, posługując się nim jako żywą tarczą. Skini z handgunami władowali w „żywą tarczę” dwa magazynki, ale w połowie pierwszego „tarcza” stracił przymiotnik „żywa”. Dave odrzucił zwłoki i odskoczył w bok, oddając kilka strzałów na ślepo. Kolejna dwójka napastników leżała martwa na ziemi. Widząc co się dzieje przywódca gangu wpadł w furię i ruszył na naszego bohatera wściekle wymachując mieczem. Dave wykorzystał przewagę odległości i zanim ten do niego dobiegł miał już w klatce piersiowej kilka kilogramów ołowiu. Straciwszy przywódcę członkowie grupy popatrzyli po sobie, a Dave wciąż trzymał wyciągnięte przed sobą dwa pistolety. Nie lubił takich sytuacji.....
Na jego szczęście skinowie, skoro ich przywódca stał się częścią Lifestreamu, postanowili wycofać się. Schowali broń i w popłochu wynieśli się z alejki. Dave odczekał chwilę, po czym dysząc ciężko także skierował się na otwartą przestrzeń. Schował swoje pistolety, z których wciąż unosiła się smużka dymu i otarł dłonią pot z czoła. Kiedy wyłonił się z alejki dostrzegł Sleeta, opierającego się o ścianę obok.
 - I co? – zapytał ironicznie Sleet – Jak tam powiodła się misja ratunkowa?
 - Ty cholerny poj***się!!! – krzyknął poirytowany Dave, przystawiając mu pistolet do czoła – Zaraz cię zastrzelę! Dlaczego mi nie pomogłeś?
 - Nie zastrzelisz mnie – odpowiedział spokojnie chłopak – liczyłem wystrzały... Nie masz już kul w magazynku
Dave pociągnął za spust i..... okazało się, ze Sleet ma rację. Zamiast wystrzału dało się słyszeć tylko głuche pstryknięcie
 - Cholera....... ale dlaczego mi nie pomogłeś skoro widziałeś co się dzieje?!
 - Bo sam się w to wpakowałeś, bohaterze – rzucił Sleet, po czym pociągnął duży łyk z trzymanej przez siebie puszki piwa – Dorośnij, chłopcze..... W Midgar nie uratujesz żadnej  „pięknej nieznajomej”..... jedyne kobiety jakie się o tej porze kręcą po ulicach to dziwki.... a one nie potrzebują twojej pomocy.... chyba ze finansowej.
 - Za to, że mi nie pomogłeś masz u mnie duuuuuuuuży minus – powiedział już spokojniej Dave, przeczesując palcami włosy
 - Świetnie.... – odpowiedział jego towarzysz nie przejmując się tym zbytnio – Chcesz piwa?
Chłopak pokiwał tylko głową, a Sleet wyciągnął z kieszeni puszkę i rzucił ją niedbale swemu koledze. Dave otworzył puszkę i również pociągnął z niej duży łyk napoju którego smak był zadziwiająco podobny do smaku styropiany, czy gumy..... ale na pewno nie piwa.....
 - Skoro chłopczyk kupił już sobie zabawkę i pobawił się ze skinami, możemy już iść do domu? – powiedział szyderczo Sleet, udając dziecinny głosik.
 Dave pokiwał głową, wypił resztę zawartości swojej puszki, po czym cisnął ją gdzieś na ulicę. Razem ze Sleetem zaczęli iść szybkim krokiem w stronę sektora 7, mijając po drodze rozświetlone „Honeybee Inn”. Kiedy opuścili Wall Market, Dave zamyślił się. Cofnął się o 9 miesięcy wstecz, kiedy cały sektor 7 był jednym wielkim rumowiskiem i kupą śmieci, a nad Midgar wisiała groźba uderzenia Moteoru. Wszyscy myśleli, ze to już koniec, kiedy miasto otoczyła dziwna aura, wręcz emanująca dobrem. Już samo spojrzenie na nią napawało wielką nadzieją..... nadzieją na lepsze jutro. Nikt nie wiedział jak to się stało, ale owa aura powstrzymała meteor od uderzenia.... Ale dzień powstrzymania Meteoru był również dniem ostatecznego upadku przedsiębiorstwa Shin-ra, a kiedy firma upadła cała złożona struktura społeczna Midgar’u rozpadła się jak domek z kart. Zapanował powszechny chaos, który pewnie trwałby do dziś, gdyby nie interwencja The Turks. Dave wiele razy zastanawiał się dlaczego „psy Shin-ra’y” nagle zaczęły pomagać mieszkańcom, ale fakt faktem, ze to miasto wiele im zawdzięcza. Turks’owie pomogli odbudować ład społeczny i otworzyli na nowo korporację Shin-ra, tym razem pod nazwą „Neo-Shin-ra”. Dzięki ich apelom pół świata przyszło z pomocą Midgar i w ten sposów w niespełna pół roku odbudowano cały sektor 7 i naprawiono zniszczenia wywołane przez Meteor. „Wszystko wydaje się proste..... zbyt proste” – pomyślał Dave – „Teraz nie wiadomo nawet kto tak naprawdę rządzi tym wielkim śmietnikiem....”
Ale Dave’owi było generalnie wszystko jedno.... Nie ważne, czy rządzi Shin-ra, Turks, czy bóg wie kto jeszcze.... ważne, żeby ludziom nie wiodło się gorzej niż teraz.  
 - Nad czym tak myślisz, filozofie? – zapytał Sleet akcentując ironicznie każdy wyraz
 - Nad... niczym – odpowiedział Dave, otrząsając się z zamyślenia
 - Tak myślałem – zaśmiał się niebieskooki – Ale przyjmij do informacji, że doszliśmy właśnie do sektora 7
 - Ty.... faktycznie – odpowiedział zdziwiony Dave – kto by pomyślał......
 - Zwłaszcza, że praktycznie „przespałeś” całą drogę, filozofie........
 - ...... Wiesz co? – rzucił czerwonooki – chodźmy jeszcze odwiedzić Tifę w „7-th Heaven”
Sleet kiwnął tylko głową i przyjaciele skierowali się w stronę całkiem nowo odbudowanego baru. Trzeba było przyznać, że fachowcy z Neo-Shin-ra bardzo się postarali, bo cały sektor 7 wyglądał prawie identycznie jak przed jego zniszczeniem. Jedynym minusem jest fakt, że był on trochę opustoszały, bo w końcu większość mieszkańców zginęła, kiedy kolumna się zawaliła. Bohaterowie dochodzili już do drzwi baru, kiedy Dave przystanął:
 - Słyszysz?
 - Co znowu? – rzucił poirytowany Sleet
 - Ktoś chyba woła pomocy – odpowiedział chłopak, wskazując palcem na ślepą uliczkę nieopodal – idę tam
 - Stój idioto! – krzyknął Sleet, ale było już za późno. Dave zniknął w mrocznych czeluściach bocznej uliczki sektora 7. Niebieskooki pobiegł za przyjacielem – Ale jeśli to znowu będzie banda skinów, to poderżnę ci gardło, deb**u.

C.d.n.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Marzec 17, 2005, 10:40:18 pm
Bardzo ładnie W_W. Świetnie piszesz, chociaż jest kilka detali, które powinieneś dopracować. Widać, że masz koncepcję na fabułę, że trzymasz narzucony wcześniej szyk wydarzeń, i że twoi bohaterowie mają jasno zdefiniowany charakter. Świat po wydarzeniach z FFVII... alternatywa mojego dzieła? Ale widzę, że świat utrzymuje sensowną całość. Widzę, że jestem pierwszą osobą, która cie komentuję, więc zanim ludzie zaczną sypać posty pochwalnę, ajkim to świetnym pisarzem jesteś, ja napiszę coś głębszego, czyli kilka słów krytyki i uwag:

1) Za mało opisów. Przy opisywaniu miejsca, ubrania osoby i wogóle całego świata ograniczyłeś się do minimum. Postaraj się podać więcej szczegółów, ale uwaga.... nie wciskaj ich na siłę. I staraj się unikać zdań typu "Był on", "Jest on", bo są nienaturalne. Staraj się przekazywać informacje jakby ukradkiem, np. zamiast:

Cytuj
Ową postacią był młodzieniec odziany w długi, czarny płaszcz, opatrzony białymi ozdobnikami z tyłu.

mozesz wstawić coś w stylu: "Młodzieniec zamknął drzwi, przezmoment pokazując białe pręgi pokrywające tył jego długiego, czarnego płaszcza".

2) Walka zbyt szybka. Ja też staram się, aby walka była dynamiczna i wogóle, ale ją znowu zbyt skróciłeś. Można by opisać, jak to krew bucha pióropuszem u wylotu dzióry w czole i jak to dresom zaczynają drżeć ręce i pot zaczyna występować na ich bladych czołach. Włóż w rozlew krwi więcej serca.

3) Dialogi. Postać Sleet'a wydała mi się mniej kpiąca niż powinna według pierwotnych zamiarów. Dialogi wyszły ci jakoś tak sztucznie... staraj się włożyć w nie więcej emocji i więcej gestykulacji. Staraj się wczuć w daną postać...

4) Powtarzanie wyrazów w sąsiadujacych zdaniach, ale tego się aż tak bardzo nie czepiam, bo sam to robię nagminnie.

5) Wogóle pisanie fanfika, bo odbierasz mi wiernych czytelników i teraz nikt mnie nie będzie lubiał oprócz mojego misia

Dobra... a teraz niech przyjdzie jakiś Zell i ci poprawi humor, wystawiając dużo pozytywniejszy komentarz od mojego.... czekam oczywiście na rozwój sytuacji w twoim dziele i postaram się być na bierząco.


 
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Marzec 18, 2005, 11:37:20 am
Co prawda "jakimś Zellem"  nie jestem, ale myślę, że świetnie ci idzie W_W i czekam na dalszy rozwój akcji. :P
Może tylko miejscami popracuj nad detalami.
 
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Zell Dincht w Marzec 18, 2005, 02:21:24 pm
ja tez nie jestem "jakims zellem" tylko "zellem" wiec sie nie wypowiadalem ale chyba jednak powiem... ale i tak bedzie pozytywniejszy komentarz niz tanta bo zgadzam sie tylko z 1 i 2 pkt :F a reszta jest w porzadku i mam nadzieje ze bedziesz tutaj czesto cos dopisywal a nie tak jak taki np diler stringow tant w swoim ficu raz na miesiac :F
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Siergiej w Marzec 18, 2005, 03:28:20 pm
fajne to :D

szkoda ze ja nie umiem tak pisac :/
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Marzec 19, 2005, 12:59:34 am
kierując się wskazaniami tanta i innych młodych krytykó sztuki współczesnej postanowiłem zmienić trochę swój styl pisania, co chyba widać w rozdziale drugim mojego fika...... Ale mimo wszystko w drugim rozdziale trochę wieje nudą...... dialogi są znikome, ale to tylko sytuacja przejściowa wynikająca z fabuły..... Jeśli nadal będziecie mieli jakieś wątpliwości, to piszcie, a ja w miarę możliwości postaram się doszlifować swój styl......

Rozdział II

Sleet podbiegł do zwężenia między budynkami i przystanął na chwilę. Wytężył wzrok i próbował przebić się przez ciemność panującą w alejce, ale był w stanie rozróżnić rzeczy jedynie kilka metrów od niego. W alejce unosił się przenikliwy zapach zgnilizny, zmieszany z odorem miejskich ścieków. Poza tym ten ciasny przesmyk między budynkami miał zaledwie trzy, czy cztery metry szerokości, co ograniczało paletę manewrów podczas ewentualnej walki do krytycznego minimum. Mimo wszystko jednak Sleet zdecydował się wejść w alejkę i pospieszyć z pomocą przyjacielowi. „Jak go znajdę to połamię mu nogi, żeby przestał się pakować w te je**ne pułapki” – pomyślał, po czym szybkim krokiem skierował się przed siebie. Jego kroki odbijały się głośnym echem od brudnych, pokrytych licznymi mało czytelnymi napisami ścian i wilgotnego betonu po którym stąpał. Nagle w niedalekiej odległości od Sleeta pojawiło się kilka krótki błysków, a zaraz po nich powietrze przeszył huk wystrzału. Bohater przyśpieszył kroku chcąc jak najszybciej dotrzeć do przyjaciele, ale zachowując jednocześnie dużą ostrożność, bo w końcu nigdy nie wiadomo co może czaić się w mrocznych czeluściach sektora 7. Kolejne krótkie błyski pojawiały się ustawicznie w różnych miejscach, ale odgłosowi wystrzałów towarzyszył także dźwięk naboju rozpryskującego się o betonową ścianę. Nagle miejsce, z którego dochodziły strzały przeszyło krótkie wyładowanie elektryczne, po którym nastała głucha cisza. Ale nie była to zwykła cisza, tylko raczej grobowy spokój, który odbijając się echem w umyśle Sleeta i towarzyszył przeczuciu, że wszystko źle się skończy.
Chłopak pochylił się lekko do przodu i już miał zacząć bieg, kiedy usłyszał zbliżający się w jego kierunku szum wirnika jakiejś latającej maszyny. Sleet popatrzył w górę i kiedy dojrzał kilka rzędów czerwonych i niebieskich światełek schował się za najbliższą stertę śmieci. Wiedział, ze zbliża się ku niemu silnie uzbrojony śmigłowiec.... ale nie wiedział czemu.
Po chwili snop jaskrawego światła spłynął na część zaułka, gdzie niedawno toczyła się walka. Sleet musiał zasłonić ręką oczy, aż jego oczy przyzwyczaiły się do oślepiającego blasku jednego z wielkich reflektorów osadzonych na płozie śmigłowca. W tak wąskim zaułku śmigłowiec z całą pewnością nie mógłby wylądować, więc jeden z pilotów odsunął drzwi od kabiny i spuścił na dół drabinkę sznurową. Sleet śledził wzrokiem drogę opadającej drabinki, a kiedy ta całkiem się rozwinęła dostrzegł, że w jej pobliżu znajdują się cztery postacie, z których dwójka, sądząc po gustownych czarnych garniturach, należała do Turks. Przez chwile rozmawiali oni o czymś, ale szum wirnika skutecznie zagłuszał całą treść rozmowy. Po krótkiej wymianie zdań jeden z Tuks’ów o barczystej posturze i ciemnej karnacji odwrócił się,  poprawił krawat i wyjął z górnej kieszeni marynarki ciemne okulary. Dla pewności przeczyścił jeszcze szkiełka rękawem i nałożył na wygoloną głowę. Pochylił się i przełożył sobie przez ramię coś co do złudzenia przypominało nieprzytomne ciało Dave’a, po czym podszedł do drabinki sznurowej i uważając, żeby nieprzytomny chłopak nie zsunął mu się z barku, zaczął piąć się w górę. Drugi z Turks’ów przypatrywał się przez chwilę z niedowierzaniem zmaganiom kolegi, po czym złożył jakąś dziwnie wyglądającą laskę i włożył ją do wewnętrznej kieszeni niechlujnej marynarki. Szybkim ruchem głowy odrzucił do tyłu płomieniste włosy i również schylił się, podnosząc ciało o posturze młodej dziewczyny.
Sleet chciał rzucić się na pomoc przyjacielowi, ale karabin zwisający luźno z prawej płozy śmigłowca był wystarczającym argumentem, aby tego nie robić. Chłopak analizował przez chwilę swoją sytuację, ale zanim zdążył podjąć jakiekolwiek działania reflektor zgasł, a śmigłowiec opatrzony emblematem Neo-Shin-ra odleciał.
Sleet wiedział już co ma  zrobić, ale zdawał sobie sprawę, że jego plan może okazać się biletem w jedną stronę. Pośpiesznie wybiegł z zaułka rozchlapując przy tym wodę z pobliskiej kałuży i skierował się w stronę baru 7-th Heaven. Szybkim ruchem ręki otworzył drzwi i wszedł do środka. Zaraz po wejściu uderzyła go miłą atmosfera tego miejsca. Czyste stoliki poustawiane przy lewej ścianie ładnie prezentowały się z zawieszonymi nad nimi obrazami, których stylowość mieściła się w granicach określenia „tania sztuka”. Po prawej stał automat do gier, który nigdy nie działał, ale jak domyślał się Sleet musiał służyć do czegoś innego. Przy barze stało kilka wysokich krzeseł, a na wysokich półkach za nim majaczyły trunki wszelkiej maści. Zza baru natomiast spoglądała na niego para ciepłych kobiecych oczu:
 - Cześć Sleet, co podać? – zapytała ciemnowłosa dziewczyna czyszcząc szmatką jeden z kufli
 - Klucze od garażu – uciął krótko Sleet
Dziewczyna odłożyła szmatkę, po czym otworzyła jedną z szuflad ukrytych w dolnej części barku i wyjęła z niej pęk kluczy. Odpięła dwa z nich i położyła na ladzie. Młodzieniec podszedł do baru, wziął parę kluczy i obrócił się na pięcie.
 - A gdzie się wybierasz? – spytała ciekawsko Tifa, wracając do swego poprzedniego zajęcia
 - Później ci powiem – rzucił Sleet, po czym w pośpiechu wyszedł z lokalu.
W sumie to miał ochotę porozmawiać chwilę  z Tifą, ale po pierwsze nie miał czasu, a po drugie wiedział, że jeśli powie jej o tym, ze chce odbić Dave’a, na pewno nalegałaby, aby zabrał ja ze sobą..... Tifa należała do takiego typu ludzi, którzy nie potrafią pozostać w jednym miejscu, kiedy wokół coś się dzieje, a to nie wróżyło dobrze jego zamiarom.  
Sleet podszedł do budynku, w sąsiedztwie 7-th Heaven i wsadził jeden z kluczy w dziurkę pod klamką. Po jego przekręceniu zamek wydał charakterystyczny dla siebie dźwięk, a chłopak otworzył drzwi i wszedł do środka. W ciemności wymacał ręką włącznik światła i po chwili pokój rozjaśniły słabe promienie bijące od luźno zwisającej z sufitu żarówki. Sleet wyjął klucz z zamka i zatrzasnął drzwi.... nareszcie był w domu.
Zawsze zostawiał klucze u Tify, bo był pewnie, że tam będą bezpieczne. Był  na tyle przezorny, żeby wiedzieć, że na ulicach Midgar najbezpieczniej jest nosić tylko broń....
Jego mieszkanie było bardzo prosto urządzone. W rogu stało jak zawsze niechlujnie pościelone łóżko, a obok niego rząd szafek i półek z różnego rodzaju narzędziami i rzeczami osobistymi. Reszta izby sprawowała rzeczywistą rolę garażu......
Chłopak zdjął z pleców swój zwykły długi miecz i rzucił go niedbale na łóżko. Podszedł szafki i zdjął z niej broń przeznaczoną na specjalne okazje. Przejechał palcem po ostrzu i skaleczył się lekko: „Ostry jak zwykle” – pomyślał. Miecz który Sleet trzymał w ręku bez wątpienia można było nazwać dziełem sztuki. Zakrzywione ostrze, w stylu szerokiej arabskiej szabli połyskiwało w słabym świetle. Ostrze było perfekcyjnie naostrzone, przy czym dolną część powierzchni tnącej pokrywały ząbki, podobnie jak przy ostrzu piły mechanicznej. Takie rozwiązanie w praktyce zadawało przeciwnikom szerokie i bolesne rany, które bardzo trudno się zabliźniały. Uchwyt miecza pokryty był dziwnymi, wschodnimi motywami, a w ostrzu wycięte były dwie pary łączonych slotów na materie. Całość nosiła wdzięczną nazwę: „Lions Sword”    
Chłopak otworzył jedną z szuflad i po krótkiej chwili przeglądania jej zawartości wyjął cztery zielonkawe kamienie odbijające światło niczym pryzmaty. Umieścił je w slotach na materie w mieczu i założył go sobie na plecy. Sięgnął ręką do drugiej szuflady i wyjął inny kamień, tym razem czerwony, z przytwierdzonym do niego łańcuszkiem. To był jego szczęśliwy amulet, który posiadał bardzo wysublimowaną wartość sentymentalną.
Skończywszy przygotowania Sleet usiadł na stojący na środku motocykl. Stary dobry Fenir, odrestaurowany po wydarzeniach sprzed 9 miesięcy dobrze mu teraz służył. Chłopak włożył do stacyjki kluczyk opatrzony wilczym motywem i przekręcił go. Silnik pojazdu wydał kilka zduszonych dźwięków, po czym odpalił.
Brama garażu otworzyła się i młodzieniec z piskiem opon ruszył w kierunku autostrady prowadzącej do górnego talerza, pozostawiając za sobą gęste kłęby dymu.
Szeroka czteropasmówka, która teraz podążał została oddana do użytku jakieś dwa miesiące temu przez Neo-Shin-ra. W sumie to nikt z mieszkańców nie miał bladego pojęcia skąd niedawno powstała korporacja ma takie fundusze, ale dopóki droga dobrze służy obywatelom mało kogo to obchodziło. Sleet siedział pochylony na swojej maszynie, a jego jedynym towarzyszem był jednostajny odgłos silnika pracującego na najwyższych obrotach. Co jakiś czas nasz bohater mijał samochody, należące do bliżej nieokreślonych ludzi, z których większość wracała pewnie właśnie z pracy. Bohater mijał właśnie jedną z latarni ulicznych, kiedy zaczął zastanawiać się nad dokładnym planem działanie. Wiedział, że frontalny atak jest z góry skazany na niepowodzenie. Musiał ominąć jakoś strażników, a żeby tego dokonać niezbędne było skorzystanie z bocznego wejścia do siedziby Neo-Shin-ra.

Po dłuższym czasie monotonnej jazdy po autostradzie bohater dojechał w końcu do celu. Zgasił silnik, wyjął kluczyk ze stacyjki i przyjrzał się wyremontowanemu, wielopiętrowemu budynkowi. Wyglądał on prawie dokładnie tak samo jak kiedy ostatni raz Sleet przyszedł tu do pracy... Ale jednak mimo wszystko było w nim coś dziwnego..... obcego..... strasznego.
Ale chłopak nie miał czasu, ani ochoty bawić się w szukanie różnic, więc nie zwracając na siebie uwagi skierował się ku bocznemu wejściu. O dziwo klatka schodowa nie była strzeżona przez nikogo..... „Tym lepiej dla mnie” – pomyślał niebieskooki. Chłopak prześlizgnął się przez drzwi i zaczął mozolną wspinaczkę po schodach. „Za ten je***y spacerek powybijam ci wszystkie zęby i zrobię sobie z nich bransoletkę” – przeklął w myślach Sleet

 *****

 - O kó**a..... – zaklął głośno Dave trzymając się za głowę i wstając powoli z więziennej pryczy.
Chłopak właśnie obudził się z letargu i próbował przypomnieć sobie co się zdarzyło zanim ktoś go ogłuszył. Wytężył umysł i przypomniał sobie ciemną alejkę, śmierdzącą ściekami. Pamiętał dwóch Turks’ów, którzy gonili jakąś dziewczynę..... Chciał ich powstrzymać... Walczyli..... Dostał w tył głowy elektromagnetyczną laską...... i dalej film się urwał. Dave jeszcze raz chwycił się za głowę, w przypływie migreny i rzucił w przestrzeń małą wiązankę przestrzeń. Nagle poczuł się dziwnie nieswojo. Podniósł głowę i rozejrzał się po nowocześnie wyglądającej celi. Z kąta pomieszczenia przyglądały mu się, albo raczej świdrowały go na wylot przenikliwe brązowe oczy. Ich właścicielka siedziała skulona w kącie, najwyraźniej czekając na reakcję swojego „współtowarzysza niedoli”.
Dave wstał z łóżka, uśmiechnął się i podszedł do dziewczyny
 - Jak masz na imię? – zapytał chłopak uśmiechając się do niej
Jednak dziewczyna nie odpowiedziała, tylko nadal wpatrywała się w niego swymi przenikliwymi oczyma
 - Czy ty mnie w ogóle rozumiesz? – zapytał Dave trochę już poirytowany
Brązowooka nie odezwała się ani słowem i wciąż patrzyła na niego... chociaż może zamiast „na niego” trafniej byłoby użyć „przez niego”. Bohater poczuł, ze ten monolog nie ma sensu, a poza tym miał wrażenie, że jego „koleżanka” zaraz wywierci mu tym spojrzeniem dziurę w czaszce, więc nie widząc innego wyjścia wrócił na więzienną pryczę, założył ręce na głowę i położył się spać.

*****

Tymczasem Sleet skończył mozolną wspinaczkę na sześćdziesiąte piętro i dysząc ciężko uchylił drzwi wychodzące na długi korytarz. Chłopak wychylił lekko głowę i upewnił się, ze żaden miły pan z karabinem maszynowym na ramieniu nie kontroluje właśnie tej części korytarza. Było pusto. Bohater po cichu wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Cicho przeszedł przez korytarz kierując się klatki schodowej, prowadzącej na wyższe piętra. Właśnie otwierał kolejne drzwi, kiedy usłyszał za sobą niski, gburowaty głos, który mówił „Kim jesteś i co tu robisz”. Sleet niewiele myśląc sięgnął do pasa i w szybkim obrocie rzucił praktycznie na ślepo krótki sztylet. Miał szczęście, ponieważ ostrze trafiło strażnika w szyję, powodując tym samym zmianę wystroju pewnej części korytarza fontanną krwi z tętnicy szyjnej. Sleet uśmiechnął się mimowolnie: „Mam dzisiaj szczęście” – pomyślał, po czym odwrócił się i ku swojemu przerażeniu ujrzał dziesięć luf pistoletów wszelkiej maści skierowanych prosto w niego. Było kiepsko..... Ze zwartego szeregu Turks’ów wystąpił potężnie zbudowany jegomość, którego twarz sugerowała, że jego IQ jest mniejsze niż IQ puszki sardynek.
 - Zawrzyjmy umowę – powiedział niskim, „wiejskim” głosem, zdejmując sobie potężny topór z pleców – Jeśli ty wygrasz w pojedynku, puścimy cię wolno, ale jeśli ja wygram to wytrzemy tobą podłogę i posłużysz jako królik doświadczalny w laboratorium profesora Hansa.
Fala śmiechu przebiegła przez szereg Turks, a Sleet nerwowo oblizał wargi. Nie miał zbyt dużych szans na zwycięstwo, ale też nie miał innego wyjścia. Musiał walczyć.
 - Zgoda – powiedział zdejmując szybkim ruchem swój miecz z pleców i chwytając go oburącz.
Turk wykonał płaskie, poziome cięcie, maksymalnie wykorzystując długość swojego topora. Sleet zdążył odskoczyć do tyłu, po czym przełożył miecz do prawej ręki i wykorzystując moment nieuwagi przeciwnika zaatakował ukośnym cięciem celując w szyję. Jednak Turk był szybszy niż mogło się zdawać na początku i zablokował atak rękojeścią topora. Korzystając z przewagi siłowej w zwarciu odepchnął on chłopaka od siebie, a ten zatrzymał się dopiero na ścianie.  Ułamek sekundy później Turk wyprowadził kolejne cięcie, tym razem pionowe. Sleet nie miał czasu na zrobienie uniku, więc trzymając miecz jedną ręką za rękojeść, a drugą podpierając ostrze skupił całą siłę i zablokował atak. Jego miecz na szczęście nie złamał się. Bohater zgrabnym manewrem usunął się z pod ciężaru topora i zripostował poprzecznym cięciem, przez twarz przeciwnika. Turk przyłożył dłoń do policzka i popatrzył na ślady krwi cieknącej z rany
 - Teraz mnie wkórw***ś, gnojku! – krzyknął przeciwnik, po czym zaczął ostro napierać na Sleeta.
Chłopak z trudem uniknął podwójnego cięcia z obrotu. Próbował skontrować szybkim cięciem w brzuch, ale w rezultacie oberwał tylko łokciem w twarz. W końcu jednak Turk popełnił błąd. Zamachnął się i wykonał poziome cięcie na linii głowy swego przeciwnika. Sleet wykorzystał okazję, robiąc przewrót poniżej linii rażenia broni Turka i wstając szybkim ruchem poprowadził pionowe cięcie w górę, które pozostawiło długą czerwoną linię na ciele mężczyzny. Turk zachwiał się i oblewając chłopaka strugami krwi zwalił się na niego.
Po krótkiej chwili niebieskookiemu udało się wygramolić spod stu kilogramów mięsa ciążącego na nim. Wstał, rozejrzał się wokoło i nie zobaczył ani jednego strażnika: „Ha..... nawet Turk’owie dotrzymują danego słowa” – pomyślał, otrzepując ubranie z krwi. Popatrzył w stronę klatki schodowej na wyższe piętra i zaczął zastanawiać się jakie niespodzianki jeszcze go dzisiaj czekają......
c.d.n.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Marzec 19, 2005, 09:58:45 am
Mnie osobiście się podoba robi się coraz ciekawiej.  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Siergiej w Marzec 19, 2005, 11:11:36 am
mnie sie podobalo tylko chyba ubrania noie otzrepuje sie z krwi ale to taki drobny  szczegolik
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Marzec 19, 2005, 11:26:52 am
Dużo lepiej W_W... zdecydowanie lepiej. Teraz to się naprawde dobrze czyta... hmm... co by ci tutaj wymyślić, żeby nie było, ze cię tylko chwalę.... hmm.. może zbytnia bierność opisów. Nie wiem, czy było to twoim celem, ale opisy podałeś w dużej mierze w formie surowej i nie wykorzystałeś ich, żeby nadać klimat. Np. zamiast
Cytuj
"Nagle miejsce, z którego dochodziły strzały przeszyło krótkie wyładowanie elektryczne, po którym nastała głucha cisza."

Mógłbyś napisać coś w stylu: "Snop iskier i trzask przeszedł miejsce, w którym jeszcze przed momentem gościły strzały i odgłosy walki. Sleet przetarł oczy, przez migotliwe plamki powidoku wpatrując się w ciemność i ciszę.". Chodzi mi o nasycenie tekstu większą ilością emocji. Nie chcę jednak powiedzieć, że wogóle nie miewasz takich opisów, bo tutaj napewno bym kilka znalazł. Tylko rób ich więcej, ok. Walka była już lepsza. Co prawda bardziej bym się ucieszył, gdyby spaślak załatwił Sleet'a, a dopiero później ten się odegrał, no ale ty wiesz lepiej. Kiedy bohater wsiadał na motocykl nie wytrzymałem i póściłem sobie "Crazy Motocykl" z FFVII OST. Jak była akcja w więzieniu to włączyłem "Infiltrating Shin-ra Tower", a jak walka to "Still More Fighting". Zdecydowanie się lepiej to czyta z muzyką w tle... Poza tym chyba zbyt rozpieszczasz swoich czytelników.... dwa rozdziały tak szybko, każdy dłuższy od przeciętnego mojego... chyba powinienem cośu siebie napisać, żeby ludzie o mnie nie zapomnieli.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Marzec 24, 2005, 01:23:10 am
..... Nie jest dobrze...... nie jest dobrze..... Dodaję nowy rozdział, ale szczezre mówiąc nie podoba mi się to co napisałem... albo raczej to jak to napisałem.... ale wiem, ze na ten czas lepiej tego fragmentu nie napiszę..... Zresztą co za różnica... i tak nikt tego nie czyta, więc kogo obchodzi co i jak napisałem.......

Rozdział III (troche krótki, ale to już nie moja wina)

Dave leżał wyciągnięty na więziennym łóżku, z rękami założonymi za głowę. Miał dużo czasu, żeby przeanalizować każdy fragment chłodnej stalowej ściany i po dłuższej obserwacji doszedł do wniosku, ze cela została zaprojektowana wystarczająco dobrze, aby udaremnić każdą próbę ucieczki. Z wszystkich niedogodności najbardziej doskwierał mu brak jakiegokolwiek zajęcia poza bezsensownym wpatrywaniem się w opatrzone zamkiem magnetycznym drzwi. Gdyby miał swoją broń to dla zabicia czasu mógłby porobić szlaczki na ścianach, ale w tej pustej celi nie mógł mieć nadziei nawet na grę w bierki.
Oczy chłopaka leniwie spłynęły na dziewczynę, która nadal siedziała w kącie, kiwając się w przód i w tył. Na pierwszy rzut oka jej twarz nie przedstawiała żadnego wyrazu, ale kiedy Dave przyjrzał się bliżej dostrzegł, że diamentowe krople wypływają ze szklistych oczu i wędrują w dół po policzku dziewczyny. Czerwonooki z mieszanką zaciekawienia i współczucia wstał z pryczy i pochylił się przy dziewczynie
 - Coś się stało? – zapytał spokojnym głosem
Dziewczyna w odpowiedzi odsunęła się jeszcze bardziej w kąt i skuliła jeszcze bardziej niż poprzednio.
 - Nie chcę cię skrzywdzić – próbował dalej chłopak mówiąc najłagodniejszym głosem jaki tylko mógł z siebie wykrzesać – Naprawdę nic ci nie zrobię. Jestem przyjacielem, nie wrogiem
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
 - ..... Boję się – wydusiła przez łzy
Dave poczuł, że jakieś trudne do nazwania uczucie zaczyna przewiercać mu mózg i ściskać jednocześnie za gardło. Spojrzenie, które go dotknęło było przenikliwe i tak przesiąknięte smutkiem, że musiał odwrócić na chwilę wzrok, aby samemu nie wpaść w otchłań żalu.
 - Nie masz się czego bać – powiedział, kiedy uzbierał w sobie dość odwagi, żeby spojrzeć jej w oczy – Dopóki jestem przy tobie nic ci się nie stanie
 - Obiecujesz? – zapytała, po raz kolejny świdrując go wzrokiem
 -  Obiecuję – odrzekł uśmiechając się do niej
Dziewczyna niespodziewanie rzuciła mu się na szyję, obejmując mocno, jakby bała się, że chłopak za chwilę rozpłynie się w powietrzu, a to wszystko okaże się tylko snem.
 - Wszystko będzie dobrze – czule wyszeptał jej do ucha, głaskając jej długie jasne włosy.
Dave poczuł, że coś chwyta go za kołnierz. Odruchowo odwrócił głowę i zanim zdążył cokolwiek zrobić dostał jakimś twardym podłużnym przedmiotem w twarz. Próbował wstać i walczyć z napastnikiem, ale dostał tylko mocno w brzuch, a kiedy zgiął się w bólu coś rzuciło nim o ścianę.
 - Nie rozpędzaj się tak, kolego – usłyszał znajomy sobie głos
 Po chwili odzyskał kontrolę nad ciałem i zobaczył stojącego nad sobą Turka, z którym walczył wcześniej. Rudowłosy przystawiał mu do klatki piersiowej swoją laskę, która iskrzyła się ustawicznie co kilka sekund.
 - Czego do cholery ode mnie chcecie?! – krzyknął wściekle Dave
 - Spokojnie – odpowiedział Reno – Trafiłeś tu bo zbyt często pakujesz nos w nie swoje sprawy. Jeśli będziesz grzecznym chłopcem, pewnie cię wypuścimy.
Dave’a dobiegły odgłosy szamotaniny, więc spojrzał przez ramię napastnika, aby zobaczyć co się dzieje. W drugim kącie celi Rude usiłował uspokoić jakoś dziewczynę, która wyrywała się, niczym zwierze złapane w sidła.
 - Nie!!.... Zostaw mnie!!! – krzyczała przez łzy usiłując uciec przed Turkiem.... Ale w tej nowocześnie zaprojektowanej celi nie było dokąd uciekać.
Rude próbował pochwycić jakoś dziewczynę, tak, żeby nie stała jej się krzywda, ale ona skutecznie mu to uniemożliwiała. Po kilku minutach bezsensownej zabawy Rude stracił cierpliwość i w końcu udało mu się ją pochwycić. Dziewczyna jeszcze raz desperacko próbowała wyrwać się z mocnego uścisku, ale na próżno. Zanim Rude wyprowadził ją z celi, spojrzała bezradnie swymi szklistymi oczyma na Dave’a.
Krótki impuls przeszył umysł chłopaka, a poziom adrenaliny gwałtownie skoczył w górę. Chłopak uległ swej porywczej naturze i rzucił się na pomoc dziewczynie. Odruchowo złożył palce w pięść i odchylił dłoń do tyłu, żeby uderzyć Rude’a. Właśnie miał wykonać cios, kiedy poczuł palący ból w plecach, jakby rozgrzana igła wbiła mu się w kręgosłup. Po chwili ból ustał, a Dave poczuł, ze traci kontrolę nad swoim ciałem. Wysilał wszystkie siły, ale nie mógł nic zrobić....... jakby każde włókno mięśniowe zamieniło się w galaretowatą substancję, niezdolną do wykonania żadnego polecenia. Świat zawirował Dave’owi przed oczyma, a po chwili przestał widzieć cokolwiek. Ostatnią rzeczą jaką poczuł, zanim stracił przytomność było jego ciało bezwładnie opadające na zimną podłogę.
Reno stał tuż obok Dave’a, trzymając na wyciągniętej ręce swoją laskę, której końcówka iskrzyła się mocno
 - Oni się chyba nigdy nie nauczą..... – powiedział sam do siebie, spoglądając na nieprzytomne ciało przed sobą.
Reno popatrzył w stronę drzwi, ale nikogo tam nie zobaczył.... Najwidoczniej Rude używając środków przymusu bezpośredniego uporał się z wyprowadzeniem dziewczyny z celi. Rudowłosy złożył swoją laskę, i schował ją do kieszeni marynarki, po czym założył ręce na szyje i szykował się do wyjścia z celi, kiedy usłyszał znajomą melodyjkę. Przystanął na chwilę, i obmacał kieszenie. Po dokładnym przeszukaniu wyjął z tylnej kieszeni spodni źródło owego dźwięku – telefon komórkowy. Na ekraniku czarnymi literami wyświetlony był napis „jajogłowy”, co jasno wskazywało, ze dzwoni profesor Hans. „Ciekawe czego może chcieć....” – pomyślał Reno i odebrał telefon
 - Słucham – powiedział Turk
 - Proszę przyprowadzić do mnie drugiego więźnia – dobiegł stłumiony głos w słuchawce – mam co do niego pewne plany....
 - Sie robi, Profesorze
Rudowłosy nacisnął przycisk opatrzony czerwoną słuchawką, po czym schował telefon do kieszeni. Westchnął cicho i przerzucił sobie Dave’a przez ramię, uginając się lekko pod ciężarem nieprzytomnego ciała. Wyszedł z celi i skierował się w stronę laboratorium, gdzie zapewne czekał na niego profesor Hans wraz ze swoimi wiernymi asystentami.
   
*****

Sleet przetrząsał nerwowo kieszenie zabitego wcześniej Turk’a. Nie było to łatwe zadanie, a już na pewno niehigieniczne, gdyż zwłoki pokryte były dywanem zaschniętej krwi. W końcu chłopak znalazł to czego szukał – plastikową kartę magnetyczną, połyskującą w świetle pobliskiej lampy. Twarz Sleeta wykrzywił mimowolny uśmiech. Chłopak rozejrzał się i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu ostrożnym krokiem podszedł do klatki schodowej. Trzymając się poręczy wszedł na następne piętro budynku. Podszedł do drzwi i pewnym ruchem ręki włożył kartę do czytnika, znajdującego się trochę poniżej linii jego bioder. Laserowa smuga przejechała po powierzchni karty, a po krótkiej chwili przy okienku czytnika pojawiło się zielone światełko. Drzwi stały otworem. Sleet nie zwracając na siebie uwagi wyszedł na korytarz. Piętro na którym się znajdował było przeznaczone dla pracowników administracji Neo-Shin-ra, toteż chłopaka nie zdziwił widok ustawicznie kursujących po korytarzu sekretarek i księgowych. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami i nikt nie zwracał uwagi na przechadzającego się po korytarzach dziwnego młodzieńca, którego uniform znacznie różnił się od formalnych strojów tutejszych bywalców. 61 piętro zdawało się mieć mniej odświętny wystrój, niż piętra poprzednie. Żyrandole zwisające z sufitu nie nosiły żadnych misternych ozdobników, a na ścianach majaczyła tandetna farba..... Zresztą trudno się dziwić. W końcu ludzie przychodzili tu, żeby żonglować cyframi, a nie żeby podziwiać wystrój miejsca pracy. Ochrona nie zaglądała tu zbyt często, gdyż panowała tu gęsta atmosfera przeciążona nadmiarem obliczeń i rachunków. Po krótkim rekonesansie Sleet udał się do małego pokoiku, gdzie kobieta w średnim wieku leniwie kartkowała strony jakiegoś czasopisma. Spostrzegłszy młodzieńca stającego w drzwiach odłożyła pismo na stolik obok i poprawiła okulary.
 - Czym mogę służyć? – zapytała monotonnym tonem
 - Potrzebuję karty dostępu do poziomu 68 włącznie – odpowiedział Sleet pokazując skinieniem głowy na szafkę stojącą w kącie
Kobieta łypnęła na niego podejrzliwie okiem
 - Synku, Dostęp na 68 piętro wymaga autoryzacji i wyższego stanowiska w firmie
Sleet nie odpowiedział jej, tylko przymknął oczy i wymamrotał po cichu „Sleepel”. Jedna z materii w rękojeści jego miecza błysnęła zielonkawym światłem, a powietrze przesyciło uczucie senności. Kiedy chłopak otworzył oczy kobieta spała rozłożona na blacie swego stolika, chrapiąc głośno co jakiś czas. Niebieskooki podszedł do szafki stojącej nieopodal. Przez chwilę wertował jej zawartość, aż w końcu wyjął kolejną kartę magnetyczną. Przypatrzył się przez chwilę znalezisku. Karta nie różniła się bardzo od swojej poprzedniczki, ale Sleet wiedział, że znalazł to czego potrzebuje. Włożywszy kartę do kieszeni szybkim krokiem skierował się do zewnętrznej windy.
Nie wzbudzając podejrzeń pracowników wcisnął guzik odpowiedzialny za otwarcie drzwi windy i wszedł do środka. Wsunął kartę magnetyczną do czytnika i odczekawszy chwilę nadusił przycisk opatrzony numerkiem 68. Kiedy metalowa konstrukcja leniwie pięła się w górę, Sleet zaczął zastanawiać się po co w ogóle się w to mieszał. „Mogłem zostawić tego przygłupa na pastwę losu...” – pomyślał, po czym uśmiechnął się cynicznie – „ale z drugiej strony życie bez niego byłoby cholernie nudne...”
Rozmyślenia Sleeta przerwał nagły wstrząs, jakby coś ciężkiego uderzyło o dach windy. Chłopak odruchowo wyjrzał przez szybę i ku swojemu zdziwieniu zobaczył ludzkie zwłoki odbijające się od dachu windy i spadające w dół, pozostawiając za sobą mały deszczyk czerwonej cieczy. Przez umysł chłopaka przeszło dziwne przeczucie, ze nie byłoby mądrym pomysłem jechać dalej windą, więc zatrzymał ją na najbliższym piętrze – 65. Pierwszym uczuciem, jakie nawiedziło Sleeta po wyjściu z windy było zdziwienie. Miejsce w którym się teraz znajdował niewątpliwie było laboratorium..... ale jeszcze całkiem niedawno laboratorium znajdowało się kilka pięter wyżej .... „Zresztą co za różnica...” – pomyślał chłopak kierując się w stronę klatki schodowej.
Laboratorium było lekko powiedziawszy zmasakrowane. Na podłodze walały się fragmenty szkła i jakichś eksperymentalnych stworzeń. Kilka poprzewracanych łóżek leżało luzem na środku pomieszczenia, a krzesła najwyraźniej zostały rozbite o ścianę. Sleet przyjrzał się uważnie otoczeniu. Najwyraźniej toczyła się tu jakaś walka..... Ściany były w wielu miejscach popękane i nosiły znamiona naboi pistoletowych. Z prawej ściany zwisały bezwładnie ludzkie zwłoki, z rozpłataną czaszką. „Najwyraźniej ktoś przybił go do ściany jego własnym mieczem.......” – pomyślał Sleet spoglądając na ostrze, wbite w klatkę piersiową denata. Strumyczek krwi płynący nieopodal świadczył, że walka musiała się toczyć niedawno. Chłopak szedł dalej, między rzędami rozbitych szklanych tub, które niegdyś służyły do przetrzymywania efektów eksperymentów. Niebieskooki bacząc na każdy krok doszedł do klatki schodowej – znowu dwa trupy. Twarz jednego z denatów zachowała przedśmiertny grymas palącego bólu...... „Straszna śmierć” – pomyślał Sleet, po czym otarł ręką pot z czoła. Drugi z trupów sądząc po brudnym, czerwonawo – czarnym garniturze należał do Turks. Przez jego klatkę piersiową przechodziły trzy głębokie rany cięte, jakby od pazurów. Jakby tego było mało, ręka Turks’a leżała jakieś 3 metry od ciała, brocząc świeżą jeszcze krwią. „Cokolwiek ich zabiło....” – pomyślał Sleet, nerwowo oblizując wargi – „... to na pewno nie był człowiek..... Nikt nie zabija w ten sposób”
Chłopak wszedł na klatkę schodową, starając się omijać kałuże ludzkiej krwi. Wszedł na następne piętro i trzęsącą się lekko ręką nadusił guzik odpowiedzialny za otwarcie drzwi. Przeszedł przez próg. Machinalnie, bez myślenia rzucił się w bok, o włos unikając zwłok z zadziwiającą prędkością lecących wprost na niego. Tuż obok Sleeta siedział oparty o ścianę Reno. Rudowłosy dyszał ciężko i obejmował ręką swoja klatkę piersiową, aby powstrzymać krwawienie z rozległej rany. Reno popatrzył na Sleeta, i stróżka krwi spłynęła mu z dolnej wargi. Nic nie mówiąc pokazał ruchem głowy na środek pomieszczenia. Sleet śledził wzrok Turksa...... To co zobaczył, zajęłoby pewnie pierwsze miejsce na liście rzeczy jakich nie chciałby za żadne skarby spotkać w tym życiu....
c.d.n.

A teraz quiz dla młodych detektywów. Zgadnijcie co może czaić się na środku 66 piętra siedziby Neo-Shin-ra
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Marzec 24, 2005, 11:06:10 am
Robi się ciekawie. No może ten "dywan krwi" zabrzmiał jak dla mnie trochę dziwacznie. Czekam na roziązanie quiz, chociaż mam różne skojarzenia co do tego co to mogło być. :)  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Zell Dincht w Marzec 24, 2005, 02:07:24 pm
Cytuj
Przez jego klatkę piersiową przechodziły trzy głębokie rany cięte, jakby od pazurów.
za duza podpowiedz :F a jest jakas nagroda przewidywana w quizie? bo nie wiem czy ujawniac swoja osobowosc mlodego detektywa :F

a co do rozdzialu to nawet mi sie podoba tylko dziwi mnie prostota z jaka mozna bylo dojsc na 68 pietro... u tej babki to zadnych kamer ani ochrony dla niej nie bylo? to przeciez duza organizacja a wejscie na jej najbardziej tajne pietro to tylko kwestia znalezienia materii sleep... ale poza tym to bylo ok. czekam na nastepny rozdzial :F
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Marzec 24, 2005, 04:56:53 pm
No dobra.. przeczytałem to przydałoby się komentować, ale nie chcę mi sie strasznie... fik wygląda jak napisany pod wpływem chwili, jakby nagle wpadł ci do głowy jakiś pomysł, i ze skróceniem całego wstępu do minimum zacząłeś do niego przechodzić. Nie wyszedł ci ten rozdział, jak sam zresztą zauważyłeś.... stać cię na dużo więcej.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Kwiecień 01, 2005, 11:12:23 am
Hm..przeczytałam wszystkie trzy rozdziały i muszę przyznać,że nieźle ci idzie.Są pewne niedociągnięcia i zgodzę się z Zellem co do łatwości dojścia na piętro.Czekam na ciąg dalszy...heh mam pewne podejżenia co do tego kto mógł tak pięknie załatwić tych żołnieży,ale nie chcę snuć złych wątków więc poczekam na ciąg dalszy^^
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Kwiecień 09, 2005, 11:44:00 pm
Noooo dobra..... Długo zeszło zanim coś napisałem, ale mój komp przeszedł przez dużo mniej i bardziej zabawnych perypetii i w związku z tym przez jakiś czas byłem odcięty od świata......
Dobra, mniejsza z tym. Jeśli chodzi o 4 rozdział to w na mojej osobistej skali jesdt chyba lepszy niż 3, ale to jeszcze chyba nie ejst to na co mnie stać......

Rozdział IV

Dwa krwisto-czerwone punkty, które w normalnych okolicznościach można by nazwać oczyma, wpatrywały się w Sleet’a. Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż krzyża chłopaka i mógł niemal zobaczyć jak skóra na rękach blednie. Unikając wzroku „czegoś” co stało na środku pomieszczenia odwrócił głowę w stronę Reno’a:
 - I nikt w całym pieprzonym Neo-Shin-ra nie mógł dać sobie z tym rady? – zapytał, starając się, nie przejawiać napięcia w głosie – Chyba z gorszymi rzeczami dawaliście sobie radę, nie?
Turk w milczeniu sięgnął mniej zakrwawioną dłonią do kieszeni marynarki. Wyjął z niej pistolet małego kalibru z przyczepionym tłumikiem i drżącą ręką wycelował w tors „czegoś”. Rozległ się przytłumiony odgłos wystrzału i kula z cichym świstem przeszyła powietrze. Kiedy pocisk dotarł do ciała „czegoś”, dolna szczęka Sleet’a wylądowała na posadzce. Teoretycznie kula powinna przeszyć ciało, lub przynajmniej się od niego odbić. W tym przypadku w kontakcie z nabojem ciało rozstąpiło się, jakby było czymś niematerialnym. Kula pistoletu przeszła przez nie jakby było tylko skupiskiem czarnego dymu i wbiła się w ścianę na drugim końcu pomieszczenia.
 - Nie można..... go ... zabić.... – wydusił z siebie Reno, po czym odkaszlnął ciężko, wypluwając trochę krwi.
Sleet przyjrzał się bestii, próbując odszukać jakiś słaby punkt... choćby cień szansy, że to coś można zniszczyć używając metod konwencjonalnych.
Teoretycznie można by się nawet pokusić o nazwanie potwora człowiekiem, gdyby nie to, ze całą powierzchnię ciała pokrywała czerń..... albo, żeby wyrazić się precyzyjniej bardzo czarna czerń. Pod czarną powierzchnią można było nawet wyróżnić rysy żeber, czy mocnych włókien mięśniowych. Długie, białe pazury wyrastające z obydwu dłoni zdawały się być jedyną materialną częścią ciała „czegoś” i niewątpliwie były powodem sporych czystek etnicznych w personelu Neo-Shin-ra. Na głowie potwora, niczym mroczny płomień falowały czarne jak noc włosy.
 - Czym ty do cholery jesteś?! – krzyknął Sleet, dając upust emocjom
 - To jest Mrok – dobiegł głos mężczyzny stojącego w drzwiach. Sleet odwrócił się i spojrzał na nieznajomego. Biały kitel jednoznacznie sugerował, że ma do czynienie z naukowcem
 - Z kim mam przyjemność? – zapytał Sleet, siląc się na grzeczność
 - Profesor Hans – powiedział człowiek, przeczesując grzebieniem krótkie blond włosy – To co widzimy przed sobą, a z czego jestem bardzo dumny, nazwałem Mrokiem.
 - Widać, ze jesteś strasznie utalentowany jeśli chodzi o wymyślanie oryginalnych imion.... – skomentował biało-włosy, wkładając w to niemałą miarę sarkazmu. – To teraz powiedz, skąd to się tu wzięło i jak się tego pozbyć?
 - Mroku nie można zabić przy pomocy żadnego ciała materialnego, jednakże nie jest on nieśmiertelny. Silna fala fotonów o odpowiedniej długości i częstotliwości neguje tymczasowo jego siłę, co osłabia go na tyle, ze można go pokonać
 - Eeee..... co proszę?
Profesor przewrócił oczyma i włożył ręce do kieszeni
 - Jeśli zadziałasz na niego odpowiednio silnym i zmodyfikowanym światłem będzie bezbronny. Ale na dzień dzisiejszy nie dysponujemy technologią odpowiednią, żeby tego dokonać
 - A kiedy będzie ona dostępna? – powiedział Sleet przez zaciśnięte zęby, czując, ze krew zaczyna pulsować mu w skroni
Hans poprawił okulary i pomyślał chwilę
 - W przybliżeniu..... za jakieś 50 lat
 - Sam go stworzyłeś i nie wiesz jag go zniszczyć?! – zbulwersował się, czując że miecz trzęsie mu się w dłoni.
 - Ciekawi mnie dlaczego jeszcze was nie zabił, tylko stoi tak i wpatruje się w nas.... hmm... dziwne zachowanie, doprawdy. Z resztą, ja go nie stworzyłem. Ja tylko pomogłem mu zaistnieć.......

*****

W tym samym czasie, ale innym miejscu Dave dochodził powoli do siebie. Potrząsnął głową i otworzył oczy. Przed nim rozpościerało się.... nic. Chłopak zamknął oczy, powtarzając sobie „To na pewno tylko sen, to na pewno tylko sen...”, a kiedy ponownie je otworzył, „krajobraz” otoczenia nie zmienił się ani trochę. Czarna pustka dookoła była zjawiskiem co najmniej dziwnym.... Młodzieniec spojrzał niepewnie w dół i z niedowierzaniem zorientował się, że stopy nie mają tutaj oparcia. Ciało unosiło się bezwładnie, jakby w próżni. Dave podniósł dłoń, żeby się uszczypnąć i sprawdzić, czy to wszystko dzieje się naprawdę, ale w miejscu, gdzie powinno być ramię, dłoń nie napotkała żadnego oporu... zupełnie, jakby go tam nie było. „O nie, tego już za wiele” – pomyślał
 - Gdzie ja jestem?! I co tu się do cholery dzieje?! – wrzasnął w pustkę, nie oczekując odpowiedzi. Ale odpowiedź nadeszła.....
 - Jesteś w szczelinie między światem żywych i umarłych... – odezwał się spokojny, męski głos
Dave nie przygotowany na to, ze ktoś mu odpowie, rozejrzał się nerwowo, na tyle na ile pozwalała mu na to próżnia.
 -  Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał prawie odruchowo
 - ..... Ważniejsze jest kim ty jesteś.... – odpowiedział zimno głos – nie powinno cię tu być.
 - ...Sam na to wpadłem... – odpowiedział lekceważąco Dave, wciąż rozglądając się za źródłem głosu.
 - Nie rozumiesz.... Do tego miejsca trafia ludzka świadomość, tylko jeśli została siłą usunięta z przyporządkowanego sobie ciała. Coś przejęło kontrolę nad twoim ciałem, a skoro nie wiesz co to jest, nie możesz wiedzieć jakie szkody i zniszczenia może spowodować – rozmówca z nie wiadomych względów zaakcentował wyraźnie „szkody i zniszczenia”.
 - Nooo dobra..... To jak mogę wrócić?
 - Do tego jak wrócić do świata żywych musisz dojść samemu.....

*****

Dwa połyskujące czerwone punkty na twarzy Mroku od dłuższego czasu były wbite w trójkę ludzi przy klatce schodowej. Potwór nie przejawiał jakichkolwiek zamiarów... po prostu sobie stał jakby nie zwracając uwagi na to co dzieje się dookoła – co w fachowym nazewnictwie komputerowym można by zakwalifikować niemal pod: „restart systemu operacyjnego”.  
Sleet również bacznie przyglądał się bestii. Nie miał ochoty dyskutować z profesorem, bo od dłuższej wymiany zdań na tak wysokim poziomie zaczynała go boleć głowa..... No a poza tym Hans był po prostu irytujący.....Inna sprawa, ze trzeba było coś zrobić z Reno’em, bo bez pomocy medycznej chłopak wykrwawi się na śmierć.....
Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia Mrok wypiął pierś i wydał z siebie dźwięk – nie krzyk, ryk, ani pisk, tylko niski odgłos przeszywający ludzki każdy nerw ludzkiego ciała, jakby niemy krzyk z milionów cierpiących gardeł – Dźwięk, który nawet głuchego przyprawiłby o gęsią skórkę.
Sleet wiedział, ze cokolwiek stworzenie zamierza teraz zrobić, taki „okrzyk” nie wróżył nic dobrego. Dla pewności zdjął z pleców swój miecz i chwycił go oburącz przed sobą. To był jego błąd – Mrok wydał z siebie jeszcze jeden ryk i rzucił się bez ostrzeżenia na niebiesko-okiego – zupełnie, jakby miał zaprogramowane „Zabij każdego, kto stawia opór”.  
Sleet rzucił do Hansa: „Bierz rudego i zmywajcie się stąd”, po czym skupił się na walce... a przynajmniej starał się.
Długie pazury błysnęły mu przed oczyma. Mrok mierzył w klatkę piersiową, ale Sleet sparował cios i przeszedł do kontry. Uniknął poprzecznego cięcia w twarz i z gracją przeszył ostrzem podbrzusze Mroku. Nie zdziwiło go zbytnio, ze jego miecz zatonął w ciele przeciwnika, jakby było ono dymem.... to było do przewidzenia. Potwór nie zważając zbytnio na ostrze, które na chwile rozpołowiło mu ciało kontynuował natarcie. Wziął zamach i szerokim ruchem ręki wykonał potężne cięcie z półobrotu. Sleet wiedział co należy zrobić – uczyli go tego na szkoleniu SOLDIER. Chwycił miecz w obydwie ręce i dokładnie, kiedy pazury Mroku się z nim zetknęły, przerzucił ciężar ciała na drugą nogę, schodząc z linii ataku. Dzięki temu siła przeciwnika obróciła się przeciwko niemu i Mrok wyrżnął w ścianę.
Sleet zyskawszy w ten sposób trochę czasu, przełożył miecz do lewej ręki, a prawą wyciągnął w górę . Jeden z zielonkawych kamieni w rękojeści miecza zaświecił się słabym blaskiem, kiedy Sleet krzyknął „Bolt”. Wokół jego palców zaczęły krążyć świetliste iskry. Chłopak wykonał ręką ruch po szerokim łuku pozostawiając w powietrzu jaskrawy ślad i poczuł jak ciśnienie wokoło się podnosi. Powietrze zrobiło się ciężkie i jaskrawy słup jarzący się milionami iskier spadł na potwora, wypełniając pomieszczenie echem gromu.
Z posadzki unosił się dym a towarzyszący mu zapach spalonego tworzywa sztucznego wdzierał się do płuc. Jeszcze przez dłuższą chwile po metalowych częściach podłogi skakały iskry. Sleet nie zdziwił się, kiedy zobaczył, ze ciało Mroku nie odniosło żadnych uszkodzeń i skutki działania zaklęcia były widoczne tylko na posadzce. Chłopak domyślił się już wcześniej ze magia nie zadziała na to stworzenie.... ale musiał przynajmniej spróbować. „Szkoda, ze na szkoleniu nikt nie wspomniał jak pokonać coś, czego nie da się zabić” – pomyślał, nerwowo oblizując wargi.
Potwór chyba nie zdawał sobie sprawy, ze właśnie uderzyło w niego tysiąc wolt. Zrobił kilka kroków i nagle zwinął się z bólu. Wydał z siebie przerażający jęk i chwytając się rękoma za głowę upadł na kolana. Szamotał się przez chwilę, jakby coś rozdzierało go od środka. Sleet nie miał zielonego pojęcia co się dzieje. Stwór, którego nikomu nie udało się zabić zwijał się teraz w konwulsjach bólu na podłodze. „O co w tym wszystkim chodzi?!” – pomyślał.
Mrok wydał z siebie ostatni zduszony okrzyk, po czym rozpadł się, wypełniając pomieszczenie czarną mgłą. W powietrzu jeszcze przez jakiś czas odbijało się echem zdziwione „O kó**a!”.....

*****

Łagodne promienie poranka wlewałyby się leniwie przez zasłonę okna, gdyby nie fakt, ze w Midgar słońce nie świeci.... Dave leżał nieprzytomny na łóżku przy ścianie. Jednak sen odpłynął i został zastąpiony przez piekący bul w skroni. Chłopak otworzył oczy, a kiedy informacja o bólu dotarła po cienkich włóknach nerwowych do mózgu, odruchowo przyłożył rękę do skroni. Przejechał palcami po czole i poczuł bliznę – zupełnie jakby jakiś popapraniec w napadzie weny twórczej wyciął mu jakiś dziwny krzyż na czole. Dave usiadł na łóżku i oparł ręce na kolanach. Już drugi raz dzisiaj w niewyjaśnionych okolicznościach stracił przytomność – to zdecydowanie nie był dobry dzień.
Przez chwile usiłował przypomnieć sobie co stało się zanim film mu się urwał. Przez umysł przeszły niekompletne obrazy.... Laboratorium, dziwna szklana tuba dużo naukowców dookoła..... No i jakiś profesor mówiący ciągle o komórkach jenowii... jenoby .... – w każdym razie czegoś co zaczynało się na „Je”. Do głowy przyszło mu jeszcze coś.... W jednej ze szklanych tub zobaczył mocno poranionego człowieka, podłączonego do skomplikowanej aparatury, którego srebrne włosy falowały w jakiejś płynnej substancji. Dalej nie było już nic.... tylko mrok, krew.... i wszechogarniająca żądza mordu.....  
 - Wreszcie się obudziłeś, śpiąca królewno – z otwartych drzwi pokoju dobiegł głos Sleeta
 - Gdzie jesteśmy? – zapytał Dave
 - No co ty, nie poznajesz? To przecież pokój gościnny Tify – odrzekł niebieskooki, zakładając rękę na rękę i opierając się o framugę drzwi. – Zaniósłbym cię do twojego mieszkania, ale nie miałeś kluczy.... Wywarzyłbym drzwi, ale znając ciebie, pewnie zostawiłeś za nimi granatnik, na wszelki wypadek......
 - Noooo to wytłumacz mi, co my tutaj robimy?
 - Ja stoję, ty siedzisz... – odpowiedział cynicznie Sleet
 - Nie gadaj, serio? – skomentował równie cynicznie Dave
 - Dobra, sprawa wygląda tak: – niebieskooki odchrząknął i patetycznym tonem zaczął relacje – Z racji tego, że lubisz pokazywać jakim jesteś deb**em, wleciałeś do czarnej uliczki, rzekomo z zamiarem uratowania damy w opresji i dostałeś czymś twardym przez łeb. Następnie mili panowie, znani jako The Turks wtaśtali cię do śmigłowca i przetransportowali do siedziby Neo-Shin-ra.... Nie wiem co mi strzeliło do łba, ale zabrałem Fenira i pojechałem cię wyciągnąć.... Następnym razem przypomnij mi żebym tego nie robił.....
 - Przestań pieprzyć – przerwał mu Dave, wywracając oczyma – Przejdź do rzeczy
Sleet potraktował go krytycznym spojrzeniem i kontynuował swój wywód.
 - No więc dojechałem do siedziby Neo-Shin-ra i po pewnych perypetiach ze stukilowym klocem i jego wielkim toporem doszedłem na zastrzeżone piętra. Zdziwiłem się trochę nowym, makabrycznym wystrojem wnętrza, bo niecodziennie widzi się tyle krwi i porozrzucanych kończyn w miejscu innym niż rzeźnia. A kiedy doszedłem na 68 piętro zobaczyłem... no zgadnij co?
 - Wróżkę Zębuszkę? – zakpił Dave
 - Nie, ale byłeś blisko. Zobaczyłem wielkie czarne bydle, które wyrżnęło duży procent personelu Neo-Shin-ra i które przejawiało całkowitą odporność na wszystkie konwencjonalne metody zabijania. – Nagle Sleet uśmiechnął się złowieszczo – A wiesz co było najlepsze?
 - To, że się spiłeś i wszystko ci się przyśniło?
 - Nie...... najlepsze było to, że tym wielkim czarnym gnojkiem o wdzięcznym imieniu Mrok okazałeś się ty
 - Chyba ci na mózg padło.... – skrytykował go Dave
 - Nie wierzysz? To spójrz na swoją lewą rękę.
Chłopak mimowolnie podniósł do światła dłoń. Oczy otworzyły mu się szerzej ze zdumienia, a usta otwarły..... nie mógł wydusić słowa. Oto przed własnymi czerwonymi oczyma zobaczył coś, co zapierało dech w piersiach. Jego lewa ręka w całości była pokryta czarnymi łuskami, które w dziwny sposób załamywały światło lampy. Palce, zakończone długimi szponami zdecydowanie nie były tym co chciałby w tej chwili ujrzeć....
 - Bez jaj – krzyknął – Co to ma znaczyć?!
 - Profesor Hans zmienił ci trochę DNA, bo chciał zrobić z ciebie posłusznego żołnierza, ale najwidoczniej coś mu nie wyszło i zrobił z ciebie bohatera horroru klasy B..... Jesteś naznaczony piętnem grzechu – ostatnie zdanie wypowiedział niczym rasowy kaznodzieja – Oczywiście Tifa nic o tym nie wie. A tak przy okazji..... Musisz kupić sobie nowy płaszcz, bo stary wygląda jakby przeszedł przez maszynkę do mięsa.
 - Czy... czy to da się jakoś kontrolować? – zawahał się Dave.
 - Hans powiedział, że możesz się zmienić znowu, jeśli coś cię piekielnie wkó**i...... Swoją drogą to ten koleś ma nieźle narąbane pod sufitem.

Dave przez chwilę zbierał myśli.... Co niby miał teraz zrobić?.... Nagle przypomniał sobie coś jeszcze ..... prawdziwą przyczynę całego tego zamieszania
 - Widziałeś tam może dziewczynę – zapytał – No wiesz, taką w zwiewnej sukience, brązowe oczy, trochę spiczaste uszy
 - Taaa.... – zastanowił się przez chwilę Sleet – Chyba tak.... Jacyś kolesie od tego zboka Dona Corneo gdzieś ją nieśli... Pewnie Hans stwierdził, ze im się nie przyda i opylił ją za niemałe pieniądze....

Dave nic nie powiedział. Schował głowę w rękach i zaczął rozmyślać. Wiedział co należy zrobić..... Trzeba było tylko wymyślić jakiś plan.....

c.d.n
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Kwiecień 10, 2005, 12:26:12 am
Ten rozdział to przegiecie. Przegiecie pod kilkoma conajmniej względami. Po pierwsze, przegiąłeś z długoscią, bo jest dwa razy dłuższy od moich. Po drugie, przegiąłeś z elokwentnymi porównaniami i odskoczniami, które momentami rozmyły fabułę, jak nie przymierzając rozpuszczalnik, czy też coś co w fachowym nazewnictwie komputerowym można by zakwalifikować niemal pod: „ctrl+A, delete”.. Po trzecie zmasakrowałeś napięcie, zamieniając scenę walki z Mrok'iem coś kalibru wycieczki po górach, ze zbieraniem kwiatków na łące i malowniczym piknikiem. No ale za to dialogi sie poprawiły. Gdzieś tam na początku napisałem, że jakoś mnie nie wzruszyły dialogi, ale teaz były pierwsza klasa. Zaczyna się z tego robić coraz fajniejszy fanfik. To co wymieniłem u góry, to nie są wady, tylko cechy twojego stylu. Ja właściwie nie mam się do czego przyczepić. Poprostu piszemy inaczej. W każdym razie idzie ci świetnie.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Kwiecień 10, 2005, 03:17:16 am
Noooo dobra... przyznam, ze skopałem walkę z Mrokiem... Fakt..... Trochę za krótko beż życia.... no ale nad opisami walki faktycznie będę musiał jeszcze popracować.
A z tych "elokwentnych porównań i odskoczni" nie zejdę, bo po prostu nie mogę.... To jest jedna ztych rzeczy jakich nie da się wyeliminować
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Kwiecień 10, 2005, 09:23:48 am
Akurat nie jestem fachowcem od scen walki, więc powiem, że czytało mi się ciekawie i będę czekać na ciąg dalszy. Chociaż może rzeczywiście nieco złagodzone się wydaje.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Kwiecień 11, 2005, 11:22:29 am
Heh no faktycznie walka z Mrokiem mogła być trochę leprza...a jednak tak myślałam,że tym "potworkiem" może być albo ta dziewczyna albo Dave^^.Jednak moje domysły się sprawdziły.

Co do długości postu nic nie mam...czasami jak sobie przypominam to w NSH były dłuższe ;P
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Maj 10, 2005, 06:37:26 pm
Ej W_W..... planujesz to kontynuować, bo nie było od miesiąca żadnego update'u. Koleżanka z klasy się mnie ostatnio pytała, czy napisałeś kolejny rozdział, bo jest fajnką twojej twórczości. Wcale nie żartuję.... Czyta mojego Isog i twojego Gunman's Tale'a od jakiegoś czasu i oba się jej podobają i każe mi sobie przynosić nowe rozdziały... Poza tym chyba nie chcesz powiedzieć, że wymiękasz po czterech rozdziałach, jak tak aktywnie działałeś w NSH...
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Maj 11, 2005, 10:41:51 pm
Pokrzepiony miłymi słowami tanta postanowiłem wziąść się wreszcie za nowy rozdział ..... w sumie to nie wyszło mi nic ciekawego, taki standard: "Nie jest źle, mogło byc lepiej"

Rozdział V

Dave wstał z łóżka i wyjrzał przez małe okienko na ulicę. Była noc.... Człowiek żyjąc w Midgar wyrabiał sobie swoiste poczucie czasu i potrafił odróżniać noc od dnia...... nie można było tego wyjaśnić..... po prostu wiedział. Ostrożnym krokiem skierował się do drzwi pokoju. Nie chciał obudzić Tify, bo i tak nadużył już jej gościnności. Zresztą tak czy inaczej nie miał teraz ochoty na rozmowę z kimkolwiek...... za dużo myśli krążyło jednocześnie po głowie.
Chłopak uważając na skrzypiąca podłogę podszedł do drzwi frontowych. Przekręcił klucz i wyszedł na ponurą i wilgotna ulicę sektora 7. Pobliska latarnia uliczna mrugała do niego przerywanym światłem, a jakaś „kobieta pracująca” subtelnym krokiem przeszła obok, uśmiechając się zalotnie. Dave wsadził ręce do kieszeni dosyć mocno zdewastowanych spodni. Szybkim krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy i skręcił w prawo. Pokonał kilka metrów i stanął przed drzwiami swojego mieszkania..... były uchylone. „Cholera” – pomyślał – „znowu włamanie.....”. Chłopak otworzył drzwi i pewnym ruchem wsunął się do środka. Uśmiech samozadowolenia przeszedł mu po twarzy, kiedy zobaczył na podłodze martwe zwłoki jakiegoś oprycha, a tuż obok samostrzelny karabin, którego lufa jeszcze trochę się dymiła..... I znowu okazało się, ze złodzieje jednak mogą się na coś przydać..... Dave chwycił trupa za ramiona i z lekkim trudem wyrzucił go na zewnątrz – bo w końcu mało kto przejmował się walającymi się po ulicy zwłokami.....
Dave splótł dłonie i założył je za głowę. Uśmiechnął się – nareszcie był w domu. Przy ścianie znajdowało się ładnie pościelone łóżko, nie używane od kilku dni. Nad nim porozwieszane były plakaty przedstawiające obrazy wszelakiej maści – od najnowszych modeli broni palnej, do skąpo ubranych brunetek. Chłopak podszedł do szafy, podpierającej przeciwległą ścianę i wyjął z niej zapasowy zestaw ubrań – standardowo czarny płaszcz, szarawo-czerwone spodnie i jasną koszulę. Z niejaką ulgą nałożył je na siebie, ale uzmysłowił sobie coś jeszcze. Podwinął lewy rękaw i jeszcze raz przyjrzał się „nowemu nabytkowi”. „No tak...” – pomyślał. Wyjął zwój bandaży z apteczki i szczelnie owinął nim rękę – Nawet w Midgar widok czarnej, pokrytej łuskami kończyny budził kontrowersje wśród mieszkańców..... Mniejszym kawałkiem bandaża owinął sobie głowę, tak, aby zasłonić bliznę na czole. Schylił się i wymacał palcami wyrwę w podłodze. Podniósł luźno umocowaną płytkę i nadusił przycisk znajdujący się pod nią. Przez chwilę dał się słyszeć głos pracującego silnika i jedna ze ścian przesunęła się lekko, odsłaniając ukryte pomieszczenie. Chyba nie trudno się domyślić co mogło się znajdować w ukrytym pokoiku w mieszkaniu chłopaka o ekscentrycznych zainteresowaniach i skłonnościach paranoidalnych – jak to się ładnie mówi: „kilka gnatów na czarną godzinę”.
Blade światło lekko kołyszącej się żarówki oświetlało pomieszczenie. Dave jednak nie potrzebował światła.....  znał zawartość swojego „składziku” na pamięć. Z niższej półki wziął dwa półautomatyczne pistolety, a do pasa przyczepił kilka zapasowych magazynków. Do długiej, wewnętrznej kieszeni płaszcza włożył inny model pistoletu z długa lufa i przymocowanym celownikiem optycznym. „Czas ruszać.... „ – pomyślał, prostując się.
Chciał wstąpić jeszcze po Sleeta, ale doszedł do wniosku, że: „są sprawy, które mężczyzna musi załatwić sam”.
Wyszedł na ulicę, zamykając drzwi mieszkania zapasowym kluczem, który znalazł na stoliku. O tej porze ulice Midgar świeciły pustkami. Zresztą trudno się dziwić.... Ci którzy kręcą się po slumsach w nocy najczęściej znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Dave wiedział, ze przynajmniej w sektorze 7 nic mu nie grozi. Miał dwie spluwy przy pasie i reputację świra, który z radością i sadystycznym uśmiechem na ustach pociągnie za spust, gdyby ktoś miał co do niego jakieś wątpliwości.  
Chłopak nie miał określonego planu działania.... liczył na swoją wrodzoną zdolność improwizacji, albo po prostu szczęście. Dave kontynuował podróż nie myśląc  o niczym. Pozwolił, żeby nogi same go niosły i wyłączył umysł. Zanim się zorientował stał już na skraju Wall Market – miejsca obfitującego w towar wszelkiej maści a także zboczeńców, transwestytów, złodziei i morderców.... czyli ogólnie sama radość.....
Chłopak wziął głęboki oddech i wszedł do środka. Po ulicach Wall Market, w przeciwieństwie do innych części Midgar, nawet w nocy kręciła się spora ilość przechodniów. Światła sklepów rozsianych wszędzie dookoła, eksponowały rozmaite towary i nadawały otoczeniu interesującą aurę..... To miejsce nigdy nie spało.... Z powszechnego gwaru można było wyłowić krzyki pracowników sklepów, zachęcających do kupienia perfum dla ukochanej, czy też skorzystania z rabatu na materie. Pieniądze i towary zmieniały właścicieli z zaskakującą szybkością. Jednak nie da się ukryć, że interesy tutaj nigdy nie były do końca legalne..... Nikt nie zadawał pytań, a tym bardziej nikt nie lubił być pytanym.....
Dave skierował się w stronę baru – tam zawsze można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Uchylił ciężkie drzwi lokalu i wsunął się do środka. Przepchnął się do barmana, uważając, żeby nie potrącić po drodze jakiegoś nieprzytomnego pijaka. Usiadł na wysokim barowym krześle i wymownym ruchem ręki zamówił piwo. Dobiegło go tylko stłumione „Się robi!” i po chwili sączył pienistą ciecz z niedomytego kufla. Po chwili odchylił się lekko na krześle i rozejrzał po ludziach siedzących nieopodal. Jego uwagę przykuła dwójka mężczyzn siedzących przy stoliku tuż obok baru. Ciemnofioletowe spodnie, jasna koszula i krótka kurtka, z wyszytym z tyłu numerem i emblematem Neo-Shin-ra mogły znaczyć tylko jedno...... Panowie należeli do pseudo-wojskowej formacji Neo-SOLDIER..... Dave skupił na nich wzrok i starał się wyłowić chociaż strzępki rozmowy.
 - ...... Nie gadaj, serio? – dobiegł głos mężczyzny z numerem 57 wyszytym na kurtce.
 - Na to wygląda... – odpowiedział młodszy chłopak z liczbą 93 na plecach. – Słyszałeś? Corneo znowu urządził polowanie. Podobno dzisiaj ma sobie wybrać nową narzeczoną....
 - Nie mój problem – odrzekł obojętnie 57. – Ma kasę to niech robi co chce..... W sumie jakbym był kobietą, nigdy nie poleciałbym na takiego obleśnego zboka.....
 - .... Kasa robi swoje ..... – skomentował czarnowłosy chłopak, oglądając swoje odbicie w jednym z szerokich mieczy opartych o stolik – Jakbyś mieszkał w slumsach i ledwo wiązał koniec z końcem też byś chciał skorzystać z sytuacji......
 - Być może.... ale gość całkiem dobrze się trzyma.....
Numer 93 westchnął i wlepił w kolegę parę zielonych oczu:
 - Najchętniej poderżnąłbym mu gardło za to kim jest i co robi.....
57 odchylił się na krześle i obojętnie spojrzał na towarzysza:
 - Dobrze wiesz że nie możesz go ruszyć... Corneo kręci jakieś interesy z prezydentem i ma immunitet.....
 - Ech.... – westchnął 93 – Szczegóły, szczegóły......
Dave wrócił wzrokiem do kufla i dokończył swoje piwo. Rękawem przetarł usta i wyszedł na ulicę Wall Market. Wiedział już co ma zrobić, ale wiedział także że ma cholernie mało czasu.... Lada chwila zaczną się wybory „Miss Corneo”.....
Chłopak szedł szeroką ulicą. Minął sklep „Machine Gun” i skierował swe kroki przed siebie, aż doszedł do bramy posiadłości dona. Ukrył się za niskim murkiem i obserwował sytuacje. „Świetnie” – pomyślał, kiedy zorientował się, ze na straży stoi tylko jeden człowiek – „Reszta pewnie czeka na dostawę świeżego towaru....” Dave sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął pistolet z celownikiem optycznym. Przykręcił do lufy tłumik i oparłszy broń na ramieniu wycelował w głowę. Stłumiony odgłos wystrzału, świst pocisku przeszywającego powietrze i w końcu ciche pstryknięcie przebijanego czoła. Martwe ciało strażnika upadło na wilgotny beton. Dave zdecydowanym krokiem podbiegł do zwłok i odciągnął je we w miarę bezpieczne miejsce. Rozejrzał się jeszcze, czy nikt go nie zobaczył, po czym ostrożnie otworzył drzwi posiadłości Corneo. Jak się spodziewał na korytarzu nie było nikogo – zapewne wszyscy pracownicy czekali w swoim pomieszczeniu na odrzucone przez dona dziewczyny..... Dave wszedł po schodach na pierwsze piętro i otworzył kolejne drzwi, za którymi jak słyszał powinno być biuro dona. Wślizgnął się do środka, ale zamiast dziewczyn i Corneo zastał kilku uzbrojonych strażników. Przeklął w myślach i nie mierząc strzelił w jednego z nich – kolejny headshot. Szybkim ruchem ręki sięgnął po drugi pistolet i zaczął strzelać na ślepo. Musiał załatwić to bardzo sprawnie i szybko bo zaraz będzie miał na głowię masę gangsterów. Jeden z przeciwników odskoczył i zaczął szarżować na Dave’a. Chłopak uniknął cięcia długiego miecza i strzelił – kula trafiła w ostrze. Przeciwnik kontynuował natarcie, spychając Dave’a coraz bardziej do ściany. Czerwono-oki uniknął płaskiego cięcia i odskoczył w bok przed salwą z karabinu maszynowego. Podciął jednego z napastników i strzelił mu dla pewności w serce. Praktycznie przypadkowy przewrót w bok pozwolił uniknąć cięcia mieczem. Dave znowu odskoczył i zanim przeciwnik do niego dobiegł miał już w klatce piersiowej sporą ilość ołowiu. Nagle drzwi pokoju z wielkim hukiem wyleciały z framugi. Najwidoczniej pozostała paczka gangsterów usłyszała odgłosy walki..... Dave wiedział, że jeśli nie zdarzy się jakiś cud, zrobią z niego sito..... Obraz przed oczyma chłopaka zaczął przybierać barwę krwistej czerwieni..... Dave wiedział co to oznacza, ale nie miał wyboru.... zrzucił na ziemię swój czarny płaszcz i pozwolił, aby jego świadomość została wypchnięta z ciała..... Nagły błysk został po chwili zastąpiony wszechogarniającą ciemnością – znów znalazł się w tym mrocznym i pustym miejscu.....
 - To znowu ty.... – dwa czerwone punkciki zamigotały
 - Też się cieszę, że cię widzę.......
 
c.d.n  
 
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Maj 11, 2005, 11:36:06 pm
Hm..ciekawie...zabaczymy co będzie dalej^^.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Maj 12, 2005, 10:34:11 am
Bez gwałtownych zwrotów akcji tym razem, ale dobrze się czyta, więc czekam na następne posunięcia.  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Maj 13, 2005, 11:02:09 pm
komentarzy jak na lekarstwo..... zaczynam się zastanawiać po jaką choleę ja to wogule piszę skoro nikt nie czyta moich wypocin..... ech....  
No ale w każdym razie ostatni rozdział był trochę krótki, więc pomyślałem, ze szybko zrobię update'a i uzupełnie braki..... no i oto jest:

Rozdział VI

 - Rzadko się zdarza, żeby ludzie trafiali tu więcej niż raz..... – powiedział zimno głos – Zwykle goszczą tu tylko dusze umarłych szukające jedności z Planetą.....
 - A ty to co? – zapytał lekko poirytowany Dave
 - Ja nie jestem do końca człowiekiem.....
 - Przestań do mówić zagadkami! Kim ty do cholery jesteś?! – krzyknął chłopak, a jego głos odbił się echem w ciemności....
 - Kimś podobnym do ciebie.... Ja szukam czegoś co utraciłem, ty czegoś czego jeszcze nie znalazłeś.....
Dave poczuł jak wzbiera w nim gniew. Gdyby mógł wyciągnąłby pistolet i ostrzelał najbliższe otoczenie, chociażby po to, żeby się wyładować.
 - Nie trafiłem to z wyboru, więc przynajmniej nie utrudniaj mi pobytu w tym cholernym miejscu! – zbulwersował się chłopak
Ironiczny śmiech odbił się echem w mrokach nicości. Po chwili głos znów przemówił, tym razem zza pleców Dave’a
 - Nikt nie trafia tu z wyboru.... Ale twój pobyt w nicości już się kończy..... Kiedy wrócisz  zapewne znajdziesz przy sobie mały drobiazg... Korzystaj z niego mądrze.
Czerwono-oki chciał zapytać o co w tym wszystkim chodzi, ale jego głos został zduszony i brutalnie wciągnięty razem z resztą świadomości w jasny tunel nieregularnie wirujących cząsteczek. Skręt w prawo, prosta, długi łuk i kolejny zakręt poprzedzony kilkoma błyskami..... Jeszcze tylko jedna potężna eksplozja światła przeszytego czarnymi nitkami i tunel rozmył się pozostawiając przed oczyma kontury zdewastowanego pomieszczenia. Chłopak znajdował się w pomieszczeniu niegdyś znanym jako biuro Dona Corneo. Klęczał na podłodze, podpierając się rękoma i oddychając ciężko. Lewa ręka pulsowała bólem.... Reszta ciała go nie bolała, bo po prostu go nie czół ..... Wszystkie mięśnie i każdy z osobna odmawiały posłuszeństwa, jakby przed chwilą zajął pierwsze miejsce w czterdziestokilometrowym maratonie. Ale nie..... nie mógł sobie pozwolić na utratę przytomności.... nie w tej chwili. Wytężył wszystkie siły i spróbował wstać -  nadaremnie. Kolana same ugięły się pod ciężarem ciała. Upadając zobaczył obok siebie ciemnozielony kulisty kształt, lekko połyskujący w świetle jedynej niezbitej żarówki. Dave sięgnął po niego lewą dłonią – jedyną kończyną działającą jeszcze w miarę sprawnie. Jak się spodziewał była to materia.... ale jakaś dziwna, nienaturalna..... Wydawała się ciemniejsza od innych magicznych kamieni... pierwszy raz w życiu widział takie coś... i skąd do cholery to się tu wzięło?! Dave skupił umysł na kulce – chciał sprawdzić jakim rodzajem zaklęcia dysponuje. Kamień zaświecił nikłym blaskiem i stało się coś dziwnego.... Cienie rzucane przez różne przedmioty w pokoju oderwały się od nich i przesuwając się szybko po podłodze owinęły ciało Dave’a poświatą czarnego światła. Chłopak poczuł, że powraca mu energia życiowa a nadwyrężone włókna mięśniowe rozluźniają się i przestają boleć. Zaskoczony upuścił kamień na ziemię i cofając się potknął o zakrwawione zwłoki. „Co to ma być?! Materia mrocznej magii?!” – pomyślał. Chłopak wstał z ziemi i obejrzał swoje ubranie – było zdewastowane... tak jak się zresztą spodziewał. Podniósł głowę i rozejrzał się po pokoju..... .dużo z niego nie zostało. Po podłodze w kierunku drzwi płynął strumyczek krzepnącej powoli krwi. Na biurku Corneo leżała górna połowa martwego ciała..... dolnej nie było widać. Na ostrzu miecza wbitym w ścianę kołysała się odcięta głowa, o twarzy zastygłej w wyrazie palącego bólu. Jakaś ręka zwisała luźno z żyrandolu, a ściany były obficie pokryte posoką. Kilka trupów leżało w okolicach drzwi..... najwyraźniej próbowali uciec... no cóż... Dave wziął z podłogi swój płaszcz, nałożył go na postrzępioną koszulę i jeszcze raz rzucił okiem na pokój, a raczej to co z niego zostało. Nie ma co, wesołe stworzonko w nim siedziało.... Chłopak podszedł do pustej framugi, w której jeszcze całkiem niedawno znajdowały się dźwiękoszczelne drzwi do prywatnej „sypialni” Corneo. Jak na ironię Don usłyszał co dzieje się za drzwiami dopiero wtedy, kiedy dostał nimi w twarz.... Aktualnie leżał rozłożony na swoim łóżku z poderżniętym gardłem Z ust wypływała jeszcze niknąca strużka krwi. Przez środek klatki piersiowej i prawdopodobnie przez całą grubość łóżka biegła rana kłuta zadana jakimś bardzo długim mieczem. Jednak po dziewczynie nie było śladu....  Czyżby on sam zabił Corneo i tą której szukał? .... „Nie, to nie może być prawda” – pomyślał – Corneo zginął od miecza, nie od pazurów Mroku.... Ale jednak.... Kto mógł się przemknąć żywy obok „mnie”.......?” Z zamyślenia wyrwało go wołanie o pomoc dochodzące z zewnątrz. Odruchowo i bez myślenia wybiegł z pokoju, podnosząc tylko szybko dziwną materię i wkładając ją w jeden ze slotów na pistolecie. Ześlizgnął się poręczy schodów i po chwili był już na zewnątrz. Kilka metrów od siebie zobaczył dziwną, ubraną na czarno postać, z przerzuconym przez ramię ciałem nieprzytomnej dziewczyny. Nie myśląc zbyt wiele Dave wyciągnął swoją broń i celując w głowę postaci krzyknął:
 - Zostaw ją w spokoju, gnojku!
Nieznajomy odwrócił się i wolną ręką odgarnął z twarzy kosmyk srebrzystych włosów, zawiewanych przez wiatr. Z wyższością spojrzał na chłopaka swymi dziwnie połyskującymi zielonkawymi oczyma:
 - Odejdź nędzna istoto – powiedział przybysz, po czym odwrócił się do dalszego marszu – odejdź póki możesz.
 - Odejdę – Dave wskazał na nieprzytomne ciało przerzucone przez ramię mężczyzny – ale tylko z nią.
 - Ludzie.... – powiedziała postać, jakby do siebie – Odebrali mi Planetę i Matkę, a teraz chcą odebrać córkę?! ..... Nie pozwolę na to.....
 - Coś ci się chyba gościu poprzestawiało.... – ironicznie rzucił czerwono-oki – Ale albo oddasz mi dziewczynę, albo będziesz miał pocisk w czaszce.....
 - Uśmiercić? Mnie? – nieznajomy zaśmiał się złowieszczo – Jam jest prawowity władca Planety, ostatni Starożytny stąpający po ziemi. Żaden nędzny człowiek nie jest godny nawet myśleć o wyrządzeniu mi krzywdy.
„Wesoły koleś, nie ma co...” – pomyślał Dave, po czym nacisnął spust. Ręka odsunęła się trochę, pod wpływem wystrzału, a pocisk, z ciągnącą się za nim smużką dymu, poszybował do celu. Coś błysnęło i przez ułamek sekundy dał się słyszeć odgłos metalu uderzającego metal. Przecięty na pół nabój upadł głucho na beton tuż przed mężczyzną. Nieznajomy trzymał w wyprostowanej ręce prawie dwa metry stali, osadzone w gustownej rękojeści.
Dave otworzył szerzej oczy ze zdumienia.... nie zauważył nawet jak mężczyzna sięga po broń. „Jak on to do cholery zrobił?!” – pomyślał. Nieznajomy ostrożnie położył dziewczynę na ziemi i mając dwie ręce wolne chwycił miecz w dziwny sposób. Dave przeklął w myślach i wyciągnął drugi pistolet. Palce przesunęły się na spust, ale zanim zdążył wystrzelić stal błysnęła mu tuż przed oczyma. Odcięte lufy pistoletów upadły na chodnik, a chłopak poczuł, że do krtani ma przystawioną końcówkę dwumetrowego ostrza.
 - Powinieneś być dumny, że dostąpiłeś zaszczytu śmierci z mojej ręki – rzucił mężczyzna, świdrując go zwężonymi pionowo źrenicami.
Krople potu spłynęły mu po skroni. Nigdy jeszcze nie znalazł się w sytuacji bez wyjścia, a ta niewątpliwie do takich należała.... Dave cofnął się gwałtownie, raczej pod wpływem nagłego impulsu nerwowego, niż głębszych przemyśleń. Nieznajomy bez wahania wyprowadził szybkie, można by rzec nonszalanckie cięcie. Czerwono-oki zdążył tylko zasłonić twarz lewą ręką, zanim ostrze go dosięgło. Kilka kropel krwi upadło na ziemię tworząc kształt czerwonego półksiężyca, a bolesny skowyt wydobył się z gardła Dave’a. Chłopak kurczowo trzymał szramę na pokrytej czarną łuską kończynie. Nieznajomy uniósł swoje ostrze ponad głowę, aby dokończyć dzieła i...... nagle opuścił broń. Skierował wzrok w niebo i wpatrywał się przez chwilę w gwiazdy.
 - Matko? Czy to ty? – znów powiedział coś do siebie.
Mężczyzna schylił się i odbił od ziemi, znikając w mrokach nocnego nieba nad Midgar.
Dave wpatrywał się przez chwilę w niebo, a potem spuścił wzrok na zranioną rękę. Oniemiał kiedy zobaczył, że rana w przeciągu kilku sekund zabliźniła się i zagoiła, tak jakby nigdy jej nie było – chłopak stwierdził, że nic już go nie zaskoczy....... I pomyśleć że wszystko to z powodu dziewczyny, której imienia nawet nie zna.... ironia losu....  Uderzyła go pewna myśl – przecież powód całego tego zamieszania leży nieprzytomny kilka metrów od niego...... Dave podniósł wzrok. Dziewczyna najwidoczniej obudziła się i siedziała lekko skulona, z oczyma wbitymi w lewą rękę chłopaka. Czerwono-oki pozbierał się z ziemi i zaczął iść w jej kierunku. Dziewczyna odsunęła się do tyłu.
 - Nie bój się, nic ci nie zrobię. – powiedział najspokojniej jak tylko umiał
 - Nie! Zostaw mnie w spokoju! – krzyknęła rozpaczliwie, wciąż odsuwając się w tył.
 - Czekaj! Powiedz chociaż jak masz na imię... – nie ustępował Dave
Dziewczyna miotała się przez chwilę, po czym wstała z ziemi i z łzami w oczach zaczęła uciekać. Dave przeklął tylko w myślach i pognał za nią..... Ten dzień stawał się coraz dziwniejszy.....

c.d.n.  

Kim była tajemnicza srebrnowłosa postać i jak potoczą się dalsze losy bohaterów? Możecie zgadywać, albo poczekać na następny rozdział.  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Maj 14, 2005, 12:41:30 am
Hmm... srebrne włosy, dwumetrowy miecz, gadki o planecie i matce, zielone oczy.... zaraz... kto to może być... hmm... Barret?

Widzę, że się konkurencja rozkręciła... już całe 6 rozdziałów no no... ale muszę ci powiedzieć, że ciągle mi nie odpowiada ten twój styl pisania, bo jakoś klimat masakrujesz, no ale jak wolisz... to twój fanfik i twój styl. Pozatym, fabuła zdaje mi się być jakaś taka płytka. Może to miałeś w planach, ale ja lubię gdzieś w tle jakąś skomplikowaną intrygę wprowadzić i wogóle rzeczy bardziej skomplikowane, a u ciebie to jest, póki co, kwestia znalezienia miejsca, w którym Dave lub Sleet będą mogli wyrżnąć wszystko co się rusza i nie zdąży uciec. No ale może się później pogłębi...

Przy okazji muszę zwrócić uwagę, na ważną rzecz:

Cytuj
komentarzy jak na lekarstwo..... zaczynam się zastanawiać po jaką choleę ja to wogule piszę skoro nikt nie czyta moich wypocin..... ech....

Istenieje w naturze takie prawo: Zaangażowanie twórcy i szybkość wydawania kolejnych chapterów, jest wprost proporcjonalna do ilości komentarzy otrzymanych za ostatni rozdział

Nim więcej komentarzy będzie, tym bardziej czujemy się z W_W w obowiązku, żeby dopisać coś do naszych dzieł. Z tych co nas czytają, możemy liczyć tylko na dziewczyny, które zawsze nas wesprą dobrym słowem. Musimy mieć jakiś dowód na to, że ktoś nas czyta w końcu... przy okazji W_W.. u mnie kilka czapterów też komentowały tylko Yuz i Tamaya... później będzie więcej....
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Maj 14, 2005, 10:49:59 am
Ten odcinek ożywił mnie nieco muszę przyznać. Mam nadzieję, że szykujesz więcej takich rewelacji jeśli ta postać jest tą, o której myślę.
 
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Maj 15, 2005, 06:34:35 pm
Ha a ja już wiem kim był ten srebrno włosy koleś...w sumie mogłeś napisać to trochę lepiej i tak by od razu nie domyślono się kim on jest..no ale to twuj fanfik.Zobaczymy co będzie dalej ;P
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Maj 30, 2005, 09:38:33 pm
No i co mam powiedzieć? ..... Ech... jedyne co przychodzi mi na myśl, to "pozory mylą"

Rozdział VII

Dave biegł przed siebie, a jego kroki odbijały się głucho od betonu i ginęły w zatłoczonym Wall Market. Chłopak właśnie wybiegł poza bramę, oznaczającą granice posiadłości Don Corneo i poczuł, że coś twardego uderzyło go w kostkę. Nie mogąc utrzymać równowagi upadł na ziemię, odruchowo wyciągając przed siebie ręce, żeby nie zaryć twarzą w beton.
 - Co do kur... – rzucił wściekle, podnosząc wzrok do góry. Za nim stał Sleet, przybrany w uśmiech irytującej ironii
 -  Jak leci inteligencie? – zapytał błękitno-oki zakładając rękę na rękę
 -  Dlaczego do cholery mnie podciąłeś?
 - Stężenie trupów na metr kwadratowy w Wall Market przekroczyło dzięki tobie normę, a nie chcemy, żeby  cała okolica wyglądała jak posiadłość Don zboka, czyż nie? – w powietrzu znówzaskwierczała ironia
Dave spuścił na chwilę głowę.... W tym co mówił Sleet było jednak trochę racji....
 - Długo już tu stoisz?
 - Wystarczająco długo, żeby stwierdzić, ze powinni cię zamknąć w pokoju bez klamek – odpowiedział spokojnie Sleet, wpatrując się  w czerń nieba. – Totalnie ci odbiło z tą dziewczyną.....
 - Właśnie, dziewczyna! – Szum myśli uderzył Dave’a w głowę. Chłopak rozejrzał się nerwowo, ale nie zobaczył tej, której szukał – Cholera... Przez ciebie mi uciekła....
 - Zaczynasz mówić jak gwałciciel.. – rzucił Sleet, a jego rysy wykrzywił sarkastyczny uśmiech – Zresztą trudno jej się dziwić..... Wyglądasz jak zwłoki wyciągnięte ze śmietnika, a poza tym przed chwilą w nią celowałeś i pieprzyłeś jakieś głupoty.....
 - Jak to w nią?! – oburzył się czerwono-oki – Celowałem w tego srebrnowłosego świra, który przystawiał mi do gardła dwa metry stali!
Sleet popatrzył na kolegę nieco zdezorientowany i zniesmaczony
 - Jaja sobie robisz, co? Poza tobą i tą dziewczyną nie było tam nikogo
 - Chwila.. – zamyślił się Dave – Chcesz mi wmówić, że to co widziałem to tylko iluzja? Przecież ten koleś nawet pistolety mi przeciął.
Chłopak wymacał w kieszeni płaszcza swoją broń i pokazał ją towarzyszowi
 - Widzisz? Pistolety z poodcinanymi lufami
 - Chyba naprawdę powinieneś się leczyć... – ton głosu Sleeta napełniony był raczej zdziwieniem niż ironią. – Twoja broń wygląda raczej na całą....
Czerwono-oki spojrzał na dwa przedmioty trzymane w rękach. Znowu coś zaszumiało mu w głowie, a wyraz makabrycznego zdezorientowania powoli spływał na twarz... Rzeczywiście jego broń była nienaruszona i połyskiwała w świetle latarni
 - Ale.. ale – Dave nie wiedział co powiedzieć – O co w tym wszystkim chodzi?!
Sleet podał mu rękę i pomógł wstać z ziemi.
 - Powinieneś się przespać – rzucił białowłosy – rano zastanowimy się co z tym fantem zrobić....
Dave otrzepał płaszcz..... a właściwie to co z niego zostało i zamyślił się. To wszystko było bez sensu... „Przecież nie można sobie przywidzieć, ze ktoś chce cię zabić” – pomyślał. Myśli w głowie tłoczyły się niczym pasażerowie na stacji kolejowej w godzinach szczytu. Myślał równocześnie o wszystkim i niczym... kompletny mętlik. Jeszcze do tego ten irytujący szum w głowie.... Sleet włożył ręce do kieszeni i począł wpatrywać się w czarne niebo. Po krótkiej chwili został wyrwany z letargu. Jakaś długowłosa dziewczyna wpadła na niego, prawie powalając go na ziemię. Nie rzuciwszy ani słowa nieznajoma szybkim krokiem oddaliła się    i zniknęła  w tłumie. Chłopak rzucił jej jeszcze na pożegnanie „Uważaj jak chodzisz”, po czym włożył ręce z powrotem do kieszeni..... Jednak.... mimo wszystko zdawało mu się, ze czegoś brakuje.... Przeczesał kieszenie i nagle otworzył szeroko oczy osłupiały. „Cholera... tylko nie to” – pomyślał, a na twarzy zagościła wręcz zwierzęca wściekłość. Szybki impuls nerwowy i Sleet pognał za nieznajomą. Dave stał przez chwilę z wyrazem twarzy równie inteligentnym co zdechła ryba i przypatrywał się jak jego kolega z nadzwyczajną sprawnością przedziera się przez tłum. ”Świat oszalał...” – pomyślał i bardziej z ciekawości, niż z poczucia obowiązku pobiegł za przyjacielem. Przedzieranie się przez tłum kupujących i sprzedających nie należał do najprzyjemniejszych doznań. Poruszał się najszybciej jak mógł i starał nie stracić Sleeta z oczu. Ludzie których potrącał i przewracał przeklinali go głośno, chociaż przekleństwa zanikały w ogólnie panującym gwarze. Dave zagapił się i wpadł na starszego jegomościa, który zapraszał ludzi do pobliskiej restauracji. Gestem ręki przeprosił człowieka, a kiedy podniósł się z ziemi zobaczył, że Sleet wbiega właśnie do alejki nieopodal. Czerwono-oki rozejrzał się nerwowo dookoła i żeby zyskać na czasie wskoczył na niski dach jednego ze stoisk gęsto porozstawianych po obu stronach ulicy. Zwinnym przeskokom z jednego miejsca na drugie towarzyszyły okrzyki poirytowanych sprzedawców. W końcu Dave zeskoczył z ostatniego daszku i czym prędzej wszedł do alejki.  Kilka metrów dalej uliczka zakręcała. Chłopak szybko, acz ostrożnie wyciągnął broń i kierował się wzdłuż przejścia. W nozdrza zaczął uderzać ciężki zapach stęchlizny, a na ścianach co jakiś czas pojawiały się plamy krwi, czy dziury po kulach – nic specjalnego w Midgar. Dave biegł dalej i przeskoczył dwa martwe ciała, ułożone wzdłuż uliczki. Nie miał zamiaru się przy nich zatrzymywać, bo to kim są i jak zginęli obchodziło go mniej więcej tyle co afera korupcyjna w wytwórni ołówków. Kolejny zakręt i chłopak wbiegł na mały placyk schowany między dwiema równoległymi ścianami bloków mieszkalnych. Po lewej stała dziewczyna, za którą pognał Sleet. Jej długie do kolan włosy falowały na wietrze niczym skrzydła jaskółki... Piękny obrazek.... No, powiedzmy, że byłby piękny, gdyby nie fakt, że dziewczynę przypierał do muru Sleet, jedną ręką przytrzymując jej dłonie, a drugą przystawiając miecz do gardła.
 - Może trochę przystopuj, co? – powiedział Dave z lekką nutą irytacji, kiedy podszedł do pary – Rozumiem, że ci coś ukradła, ale bez przesady.....
 -  Nasza prawie-koleżanka ma niesamowitego pecha, bo dla tego czegoś co mi ukradła zabiłbym nawet ciebie, Dave – Sleet powiedział to w taki sposób, że aż ciarki przeszły po plecach – A teraz moja droga radziłbym oddać mi moją własność, bo w przeciwnym razie twoim następnym adresem zamieszkania będzie kostnica.
Dziewczyna wyglądała na lekko przestraszoną i zakłopotaną... zresztą trudno jej się dziwić. Patrzyła błagalnie na Dave’a który stał obok osłupiały. Jeszcze nigdy nie widział, żeby Sleet się tak zachowywał.....  
 - Myślę, że mogę wam pomóc w rozwiązaniu tego problemu. – dobiegł głos z drugiej strony placyku.
Dave odwrócił się i zobaczył znanego sobie rudowłosego Turks’a i kilku Neo-SOLDIER. Sleet zlekceważył ich i nadal trzymał swój miecz tuż przy tętnicy szyjnej złodziejki.
 - Czego chcecie? – zapytał czerwono-oki bez większej finezji.
 - Tak konkretnie.... to chcemy ciebie – odpowiedział rudowłosy, jakkolwiek ortodoksyjnie by to nie brzmiało – Profesor Hans stwierdził, że potrzebuje cię do swoich eksperymentów... A niestety Hans ma dużo do powiedzenia w firmie....
Dave nieco skołowany zwrócił się do Sleeta
 - Chwila... mówiłeś przecież, że profesorek sam mnie wypuścił?
 - Ale nie mówiłem, że ja i moje ostrze pomogliśmy mu w podjęciu tej decyzji.....
 - Genialnie.....
Sleet odsunął broń od szyi dziewczyny i wyszeptawszy jej do ucha jakieś czułe zdanie w stylu „Jeszcze się policzymy” ocenił wzrokiem przeciwników. Przełożył sobie przez głowę łańcuszek z zawieszonym na końcu błyszczącym czerwonym kamieniem – co świadczyło o tym, że dzięki głębokiej perswazji udało mu się odzyskać zgubę bez rozlewu krwi.
 - W sumie to co za różnica – rzucił niebiesko-oki powracając do swojego normalnego ironicznego uśmiechu – Ubijemy ich wszystkich i będzie po kłopocie, nie?
 - Nie byłbym tego taki pewien. – Reno uśmiechnął się, przełożył swoją laskę przez ramię i wolną ręką pokazał w niebo.  
Coraz głośniejszy szum wirnika zaczął rozchodzić się w powietrzu. Wiatr, który zerwał się nagle uniósł w powietrze szczątki papieru i co lżejsze śmieci. Dave zasłonił dłonią oczy, ale mimo wszystko dostrzegł wyłaniające się zza budynku kontury ciężkiej maszyny latającej. Kilka iskier leniwie przemknęło po płozie śmigłowca i słup jaskrawego światła spadł na bohaterów. „Poddajcie się, a nic wam się nie stanie” – dobiegł zniekształcony głos megafonu. Szkoda tylko, że takie oklepane slogany raczej się nie sprawdzają.....
 - Mamy dwie możliwości – powiedział Sleet, ze stoickim spokojem i mimo, że zasłaniał twarz dłońmi, można było dostrzec typowy dla niego uśmiech – Jeśli rzucimy się na tych kolesiów to działko śmigłowca zrobi z nas sitka, a jeśli rozwalimy śmigłowiec to będziemy tu mieli kilkadziesiąt kilogramów spalonego mięsa, czyli że tak powiem fajne barbecue..... To co robimy?
 - Poproszę inny zestaw pytań.....  
Mimo, ze światło reflektora ograniczało pole widzenia do minimum, Dave w mrokach nieba dostrzegł mały punkcik, szybko przybierający na rozmiarach. Po kilku chwilach chłopak zorientował się co to jest, ale było już za późno... Wielki blok lodu uderzył w betonową ulicę, tworząc w niej mały krater. Niewielki wstrząs, poprzedzony przez kilka oślepiających błysków niebieskiego światła i lód rozpadł się, rozrzucając reflektujące odłamki we wszystkie strony. Z mgiełki utworzonej przez drobinki wody w powietrzu wyłoniła się postać kobiety o niebieskiej skórze i bladobłękitnych długich włosach, które falowały mimo braku wiatru. Kobieta wyciągnęła przed siebie rękę z otwartą dłonią i powietrze zaczęło gwałtownie wysychać. Wiejący wiatr znacznie się ochłodził, a wokół dłoni postaci powoli formowała się kula niebieskiego światła. Niespodziewanie Dave poczuł silne szarpnięcie w okolicach przedramienia i soczyste „kó**a mać” tuż obok..... To był chyba sygnał, ze czas się stąd zabierać. Chłopak odwrócił się na pięcie i napinając wszystkie potrzebne mięśnie rzucił się do najbliższego wyjścia z placyku. Słyszał tylko jeszcze przez chwilę stłumiony odgłos wystrzału i dźwięk pocisków rozbijających się o beton tuż za nim. Tuż obok miejsca w którym placyk przechodził w wąską uliczkę stała nieznajoma dziewczyna, trzymając w ręku jaśniejący czerwony kamień.... najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z tego co tu się będzie działo. Sleet przeklął  jeszcze raz i mocno chwycił ją za rękę, wciągając w wąską uliczkę. Zanim wybiegli na główną ulicę Dave dostrzegł bryłę lodu spowijającą powoli kontury śmigłowca.... Resztę zrobiła grawitacja i łatwopalność benzyny.... Maszyna, niczym wielki kawał złomu uderzyła o podłoże , powodując tym samym rozkruszenie lodu. Mały wyciek paliwa, drobna iskierka naelektryzowanego powietrza i wszystko pojaśniało w wielkiej eksplozji. Siła wybuchu powaliła naszą trójkę na ziemię i wyrzuciła ich na główną ulicę. Spektakularny taniec płomieni i kakafonia dźwięków odbijających się złowieszczo po całej okolicy zwróciły uwagę przechodniów.... Cud, że wszystkie budynki jeszcze stały....
Sleet podniósł się z ziemi, pomasował obolałą głowę i spojrzał na dziewczynę leżącą nieopodal
- Zapowiada się na początek bardzo interesującej znajomości.....

c.d.n.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Maj 30, 2005, 10:28:56 pm
hehe ciekawi mnie kim jest owa dziewczyna ;P.Robi się coraz ciekawiej,nawet Shiva się pojawiła :P czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Maj 31, 2005, 12:36:02 pm
Mnie również się podoba interesujący jest ten motyw z przywidzeniami no i te zagadki są obiecujące.  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: De6v6il6 w Czerwiec 03, 2005, 02:52:30 am
przeczytałem narazie IV rozdziały bo troche się za późno wziąłem :) w ażdym razie podoba mnie sie szczególnie zbudowanie napięcia z rozdziału 3 na 4 natomiast co do odskoczni które tant ci wypomniał... powiem tyle miał racje... ale może miałeś zamiar rozładowac napięcie ;) nie wiem ale opowiadanie przyjemnie się czyta więc wróce do niego jutro <czyt. dziś o świcie czyli dla śmiertelników gdzies koło 12 bo z regóły kościół dzwonami mnie budzi>
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Lipiec 22, 2005, 03:03:24 am
Hmm..... dziwny ten rozdział.....Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale w głowie zaczyna kiełkować mi naprawdę dziwna intryga więc miejcie się na baczności

Rozdział VIII

Szary dym unoszący się z miejsca niedawnej eksplozji powoli ginął w  czerni nieba nad Midgar. Niektórzy z przechodniów porzucali swoje obowiązki i najpewniej z czystej ciekawości przyglądali się z bliska wrakowi dymiącej się jeszcze maszyny. Szepty spekulujące przyczynę katastrofy niechybnie zaczęły roznosić się po okolicy.... Jednak mimo całego zamieszania nikt nie zwracał uwagi na trójkę młodych ludzi, którzy przy ścianie jednego z niedalekich bloków prowadzili ożywioną rozmowę....
 - Co to było do jasnej cholery?! – rzucił Dave, kierując pytanie raczej do siebie, niż do konkretnej osoby
 - Shiva – odpowiedział oparty o ścianę Sleet, po czym skrzyżował ręce na piersi – Summon klasy b, w dodatku na pierwszym poziomie zaawansowania.... – chłopak, napotkawszy zabójcze spojrzenie dziewczyny uśmiechnął się i spokojnie kontynuował – Ale jednak... dawno nie spotkałem w Midgar nikogo, kto posiadałby tą materię i do tego potrafił kontrolować Shivę...
 - Mam to potraktować jako komplement? – dziewczyna posłała mu spojrzenie, zdolne zamienić w kamień
 - Nie – oschle odpowiedział Sleet – Na mojej dziesięciostopniowej skali debilizmu twój wyczyn kwalifikuje się na piętnaście punktów.... Nawet ten przygłup co stoi obok mnie nie byłby tak głupi, żeby rozwalać w ten sposób śmigłowiec w takim miejscu....
Nieznajoma otworzyła usta, ale zanim rzuciła jakąś słowną ripostą Sleet zdjął z pleców swój miecz i zbliżył się do niej.
 - A teraz droga złodziejko, powiedz mi, dlaczego chciałaś mnie okraść i po co była ci potrzebna moja pamiątka rodzinna? – głos białowłosego był tak spokojny, że aż złowieszczy  
 - Po pierwsze – dziewczyna odrzekła już mniej pewna siebie – na imię mam Serenity i nie jestem złodziejką. Po drugie ta twoja pamiątka rodzinna to czerwona materia i myślę że dobrze o tym wiesz.
Sleet uśmiechnął się po swojemu i przemówił ironicznie przymilnym głosem
 - Bardzo możliwe, ale czy panienka Serenity nie została nauczona, że nie powinna wtykać swojego ślicznego noska w nie swoje sprawy?
Czerwone oczy Dave’a spoglądały z boku na dwójkę ostro wymieniającą poglądy. Nie za bardzo docierało do niego jak można się kłócić o jakiś chory czerwony kamień? Jego spojrzenie przechodziło z jednej postaci na drugą i nagle Dave wybuchnął głośnym śmiechem.
 - Co cię tak śmieszy? – zapytali równocześnie Sleet i Serenity
 - Jesteście niesamowici – rzucił Dave nie ściągając szerokiego uśmiechu z twarzy – Kłócicie się jak małżeństwo przed rozwodem. Chodźcie do baru, postawię wam kolejkę i sobie wszystko wyjaśnicie.
I nastała chwila nieznośnego milczenia. Dave z nadzieją wyczekiwał na reakcję swojego kolegi i odetchnął z ulgą, kiedy na twarzy Sleeta zagościł charakterystyczny uśmiech.
 - Sorry, trochę mnie poniosło... – niebiesko-oki westchnął i wyciągnął otwartą dłoń w stronę dziewczyny – W Midgar to chyba norma społeczna, że przynajmniej raz dziennie ktoś cię okrada.....
Serenity puściła uszczypliwą uwagę mimo uszu i uścisnęła dłoń swojego nowego znajomego. Wymieniła z Dave’em wdzięczne spojrzenie, a chłopak nieznacznie skinął głową i uśmiechnął się.
 - Mówią mi Dave i mimo niefajnych okoliczności miło mi cię poznać.
Złodziejka otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale Sleet przerwał jej w pół słowa.
 - Postawię sprawę jasno. – przemówił stanowczo – Możesz sobie okradać ludzi, taka praca, ale jeśli spróbujesz okraść któregokolwiek z nas.... zginiesz
Potraktował ją złowieszczym spojrzeniem. Serenity jednak w duchu snuła już swoje plany....
Sleet rozpromienił się równie szybko jak poprzednio i wskazał ręką wyjście z Wall Market.
 - No to idziemy. Kierunek: 7th Heaven  
Dave popatrzył na towarzysza zdegustowany
 - Na mózg ci padło? Taki hektar?
 - Przed chwilą rozpieprzyliśmy śmigłowiec Neo-Shin-ra, a jak widać na załączonym obrazku kolesie w garniakach nie odczuwają potrzeby zostawienia cię w spokoju. Czyli zasadniczo powinniśmy się ewakuować, nie?
Na twarz Sleeta znów przywędrował złośliwy uśmiech. Dave tylko westchnął, bo zdał sobie sprawę, ze każdego innego człowieka w tym momencie by zastrzelił....
Niebieko-oki nie przejął się zbytnio wyrazem twarzy towarzysza. Podszedł do swojej nowej znajomej i jakby mimochodem rzucił:
 - Uważaj na niego. Czasem potrafi być niewiarygodnie głupi i nachalny... więc jeśli będzie się za bardzo przymilał po prostu daj mu w pysk.
Dziewczyna zaśmiała się i razem ze Sleetem skierowała swe kroki ku bramie Wall Market. Dave stał w bezruchu z miną martwego jelenia. Wyglądało na to, ze znowu zrobili z niego debila... Westchnął i zanim dogonił przyjaciół przez myśl przeszło mu tylko zrezygnowane „ja pi***ole.....”

*****

Bezpański kot płynnie przebiegł szczątki ulicy, tylko gdzieniegdzie przyprószonej jeszcze asfaltem. Wlazł na jedną ze zdewastowanych zabawek na starym placu zabaw i prychnął na trójkę przechodniów, kierujących się ku wejściu do sektora siódmego. Instynkt podpowiadał ymu, że owa trójka jest niebezpiecznie inna od reszty ludzi, codziennie przemierzających ten sam odcinek...
Dave szedł trochę z tyłu, z rękami w kieszeniach czegoś, co jeszcze parę godzin temu śmiało można by nazwać płaszczem. Kilka kroków przed nim Sleet i Serenity prowadzili ożywioną rozmowę. Dave nie słuchał co mówią. Był pogrążony w myślach i sennie przesuwał czerwone oczy z jednej postaci na drugą. Pytania kłębiące się w głowie i odbijały się o każdy skrawek świadomości nie dając mu spokoju.... Dlaczego Sleet był gotów zabić dla tego czerwonego kamienia? Nikt nie lubi złodziei, ale jednak coś tak małego nie jest chyba pretekstem, żeby pozbawić kogoś życia... I jak to możliwe, że Sleet tak nagle zmienił stosunek do osoby, która chciała go okraść? Dave pusto wpatrywał się w przestrzeń i zdawał sobie sprawę, że  Sleet i tak nie odpowie mu na żadne z tych pytań.... Jednak nadal w głowie niczym pasożyt pulsowały mu jeszcze inne pytania.
 - I co o tym myślisz? – pytanie niebieskookiego niechybnie przerwało rozmyślania.
Dave rzucił mu puste spojrzenie i potrząsną głową, jakby dopiero po chwili dotarło do niego pytanie kolegi.
 - Sorry, ale nie słuchałem o czym mowa....
Białowłosy przewrócił oczyma, machnął dłonią i od niechcenia rzucił:
 - Nieważne, powiem ci później....
Czerwono-oki spojrzał na niego z ukosa. Odpuścił sobie dociekanie o co chodzi, bo właśnie przeszli przez bramę sektora siódmego. Grupka dzieci goniła bezpańskiego psa wokół jednego z obśrupanych domów, a nieco dalej jakiś człowiek wspierając się o latarnię opróżniał butelkę napitku domowej roboty. Kto by pomyślał, że to miejsce niespełna dziewięć miesięcy temu to miejsce spoczywała pod głęboką warstwą złomu i gruzu. Jednak mimo jako takiej renowacji to wciąż były slumsy.... szare, brudne osiedle dla ludzi z przeszłością i bez przyszłości. Nie było za to wątpliwości, że mieszkańcy nie znosili Neo-Shin-ra, tak samo jak nie znoszą szczurów w mrocznej alejce. Pod tym względem i pewnie tylko pod tym, sektorowi siódmemu można było przypisać przymiotnik „bezpieczny”
W końcu oczom bohaterów ukazał się jasny neon „7th Heaven”, w którym o dziwo wszystkie litery świeciły.
W rogu lokalu spał skulony kot. Podniósł lekko łepek, kiedy podmuch chłodnego powietrza wpadł do środka, zwiastując pojawienie się nowych gości. Zwierzę przyjrzało się od niechcenia trójce nowoprzybyłych. Nagle kot otworzył szeroko oczy, wstał, nastroszył sierść i zaczął prychać, wycofując się jeszcze bardziej w kąt.
 - Co jest z tym kotem? Wściekły jest, czy co? – zapytał poirytowany Dave
 - Mądre zwierze. Wyczuwa złodziejkę – odrzekł Sleet, nanosząc na twarz ironiczny uśmieszek – Zresztą popatrz na nią. Czy ona nie wygląda jak złodziejka?
Dave po raz pierwszy miał okazję na spokojnie przyjrzeć się dziewczynie, więc nie omieszkał wykonać polecenia. Serenity była smukła i wysportowana. Śliczną twarz okalały jasne blond włosy, spływające poniżej bioder. Jej ładne ciało skryte było pod niepozorną jasną sukienką, kończącą się trochę powyżej linii kolan. Powyżej ud zapięte były dwa pasy, przy czym do każdego przypięte były po trzy sztylety. Dziewcząt nie pyta się o wiek, ale na oko Dave dałby jej jakieś siedemnaście lat.
 - Cofam to. Lepiej na nią nie patrz – powiedział Sleet lekko zniesmaczonym tonem, wręczając czerwono-okiemu chusteczkę
 - Po co mi to? – zdziwił się Dave
 - Zaczynasz się ślinić... – skwitował sarkastycznym tonem Sleet
Dziewczyna zachichotała, ale można było zauważyć, ze na twarzy wykwitł lekki rumieniec.
 - Ja pi***olę – nie wytrzymał Dave – Przestań robić ze mnie de**la....
 - Nigdy nie robię tego, co już zostało zrobione. – odrzekł białowłosy bardziej obojętnie, niż sarkastycznie, po czym podszedł do baru.
W lokalu jak zawsze o tej porze było dużo ludzi. Niektórzy siedzieli, inni prawie siedzieli.... Ale mimo gwaru i zapachu alkocholu przemieszanego z wonią papierosów atmosferę śmiało można było nazwać swojską.  Dave i Serenity usiedli przy stoliku wolnym i w miarę schludnie wyglądającym. Chłopak dostrzegł jak Sleet zamawia coś przy barze. Zamienił kilka słów z Tifą, jednak gwar panujący w lokalu skutecznie uniemożliwiał pochwycenia szczegółów konwersacji. Barmanka nagle spoważniała i po chwili namysłu przytaknęła. Niebiesko-oki uśmiechnął się do niej dosiadł się do swoich znajomych.
 - Powiedziałem Tifie, że nie masz się gdzie podziać, więc możesz zatrzymać się u niej na noc. Tylko nie ukradnij niczego, bo będę miał przez ciebie nieprzyjemności – ton głosu Sleeta był dziwny...  
Serenity parsknęła i wydawała się strasznie poirytowana.
 - Nie jestem twoją własnością! – prawie krzyknęła – I nie potrzebuję twojej pomocy!
 - Nie jestem głupi – Sleet przysunął twarz do jej twarzy i teraz patrzył wprost w jej brązowe oczy – Dobrze wiem jakie są twoje zamiary, ale znam także twój mały sekret.
 - Nie wiem o czym mówisz – mimo ostrego zaprzeczenia dziewczyna wydawała się zmieszana...    
 - Widzisz – niebieskooki był nienaturalnie poważny – posiadam pewne umiejętności i tak jak ten kot w kącie wyczuwam to co tak bardzo starasz się ukryć....
Dziewczyna pobladła i szybko odwróciła głowę, chcąc ukryć mieszankę strachu i zmieszania.
Dave patrzył na całe zajście, jakby z boku. Nie miał bladego pojęcia co się dzieje, ale była na tyle rozsądny, żeby ni wtrącać się do dalszej rozmowy. Bez słowa wstał i wyszedł z lokalu. Przeszedł przez opustoszałą ulicę i otworzył drzwi do swojego mieszkania. Kiedy był już w środku odruchowo zamknął wszystkie zamki i zrzucił z siebie pozostałości płaszcza. Nie miał siły ani ochoty się rozbierać..... po prostu upadł na łóżko i zasnął.... Mimowolnie uśmiechnął się cynicznie na myśl, że po raz pierwszy od jakiegoś czasu zasnął, bez bolesnej ingerencji z zewnątrz.

 Ze snu wyrwało go głośne walenie do drzwi, któremu towarzyszyło wołanie „Otwieraj, to ja Sleet!”. Dave przeklął w myślach i ziewając otworzył zamki w drzwiach.
 - Czego chcesz o tej porze? – zapytał sennie
 - Ubieraj się, kó**a! 7th Heaven się pali!

c.d.n.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Lipiec 22, 2005, 10:16:01 am
Fajnie się czyta nadal i całkiem intrygująca końcówka. Już wyglądam kolejnej części.  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Lipiec 22, 2005, 12:02:58 pm
Hm...sama nie wiem co napisać bo nie chcę się powtarzać,ale naprawdę nieźle ci idzie i bardzo szybko i przyjemnie się czyta^^
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: The_Reaver w Lipiec 23, 2005, 10:50:29 am
Hmmmm. Przeczytałem wszystko i trochę twoje wypociny skomentuję. Początek, szczególnie w wierzowcu Neo-Shin-ra, przypominało mi jakby niektóre momenty żywcem były wyciągnięte z FFVII. Później było ciekawie, ale jak pamiętam, to Corneo nie miał prawa przeżyć upadku z kilku dziesięcio metrowej skarpy w Wutai (prędzej musiałby być kaleką). Ale w sumie jest ciekawie. Ten srebrno włosy co Dave'wowi ucioł lufi to przypadkiem nie jest ..., a jak tak, to już u mnie minus (HE'S DEAD). Muszę przeczytać jeszcze "arcydzieło" Tanta i będę miał dokładny materiał porównawczy.

Pisz dalej, a się zobaczy dzie dojdziesz.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Sierpień 01, 2005, 03:41:04 pm
Macie tu kolejny rozdział.... Jeśli chcecie, przeczytajcie, jeśli nie chcecie, to nie czytajcie.... koniec komentarza.

Rozdział IX

Dave nie tracąc czasu narzucił na siebie czystą koszulę i pośpiesznie naciągnął spodnie, potykając się przy tym lekko. Pistolet wsunął do kieszeni chyba tylko odruchowo, bo broń na pewno nie przyda mu się przy gaszeniu pożaru.... Do pokoju powolnie wpływały kłęby szarego dymu, kiedy chłopak wybiegał na ulicę. Wokół płonącego budynku zebrał się już mały tłumek formując swego rodzaju półokrąg . Niektórzy tylko się przyglądali, mamrocząc coś pod nosem, a inni wszelkimi dostępnymi sposobami próbowali zdusić płomienie. Dwójka dzieci wystawiająca główki z okna na pierwszym piętrze przyglądała się zmaganiom dorosłych z zainteresowaniem. Najwyraźniej nie pojmowali powagi sytuacji.
Dave podbiegł bliżej, przewracając przy tym jednego z gapiów. Nie przejął się zbytnio wiązanką obelg, która trafiła do jego uszu, mimo głośnego trzasku płomieni. Najbliżej pożaru stał Sleet, który z wystawioną przed siebie dłonią ogniskował wzrok na słupie ognia, wściekle miotającym się w jednym z okien. Jego rękę otoczyła błękitna mgiełka, która po chwili skupiła się wokół palców, tworząc przed nimi kulę niebieskiego błysku. Chłopak poruszył nieznacznie ręką i kula z dużą szybkością uderzyła w ścianę ognia, obniżając trochę wielkość płomieni. W normalnych okolicznościach zamieniłaby się w sporą bryłę lodu, ale takie zachowanie w płonącym budynku przeczyłoby prawą fizyki.....
Dave zbliżył się do przyjaciela, na tyle, żeby mogli wymienić kilka zdań i poczuł, że na twarzy zaczyna pojawiać mu się rumieniec od ogrzanego ogniem powietrza.
 - Co się tu dzieje, do cholery? – krzyknął do Sleeta, i odkaszlnął solidnie, bo spora porcja dymu dostała mu się do płuc
 - Podpalenie – odpowiedział jednoznacznie niebiesko-oki – Przy tej wilgotności powietrza nic nie ma prawa samo się zapalić
 - Damy radę ugasić? – Dave próbował przekrzyczeć syk języków ognia
 - Inne budynki nie powinny się zająć, ale baru już nie uratujemy..... Zresztą, pieprzyć bar. Trzeba wyciągnąć stamtąd Tifę i Serenity.
 - Że co, k***a?! – brunet krzyknął na cały głos – One są w środku?! ..... Powiedz, że masz jakiś plan
 - Nic nie możemy zrobić! Po prostu k***a nic! – Sleet dał upust swojej frustracji  
Czerwone oczy wodziły po płomieniach, które wijąc się, wyłaziły z każdej szczeliny w budynku. Jedna z belek podpierających strop, oderwała się od ścian i spadła, wyłamując wyrwę w podłodze, tuż obok wewnętrznej framugi drzwi wejściowych. Trzask tłuczonego szkła towarzyszył tumanowi pyłu, który wystrzelił z okna na parterze. Po 7th Heaven zostanie tylko sterta popiołu i niedopalonego drewna.... a oni nic nie mogli zrobić.....
Dave, oczyma wyobraźni widział mały pokoik na pierwszym piętrze baru, stopniowo pożerany przez ogień. Dwie postacie skulone w rogu, sparaliżowane przez strach i ledwo łapiące oddech w tumanach dymu. Kawałki  farby odrywały się od osmolonego sufitu, a złowieszczy trzask płomieni zagłuszył ostatnie desperackie wołanie o pomoc...
W umyśle bruneta rysował się najczarniejszy scenariusz... Ale najgorsze było to przytłaczające uczucie bezsilności..... uczucie, które doprowadzało go do szaleństwa i przeradzało się w gniew....
Przed oczyma zaczęły tańczyć mu czerwone plamki powidoku, które stopniowo zatopiły całe pole widzenia w soczystej barwie krwi, niczym karmazynowy pryzmat.
 - Nawet o tym k***a nie myśl! – mimo, że Sleet stał tuż obok, jego głos zdawał się dziwnie odległy.
 - Nie ma... innego... wyjścia... – z gardła bruneta wydobył się nienaturalnie niski, złowieszczy dźwięk..... głos, który nie należał do niego.
Przez kręgosłup przeszedł mu zimny dreszcz, który wkrótce ustąpił fali przeraźliwego bólu, roznoszącej się po całym ciele. Dave upadł na kolana, a z jego krtani uciekł zduszony krzyk. Czuł, że ciało zaczyna pulsować i wszystkie mięśnie napinają się do granic możliwości, pogłębiając jeszcze paraliżujące uczucie. Ciemność, oplatała nie tylko ciało, ale i umysł. Niczym czarny gaz przeciskała się przez najgrubsze bariery i zalewała świadomość tłumiąc wszelkie uczucia..... W końcu, pod napływem mroku chłopak przestał odczuwać cokolwiek..... nie było bólu, strachu... Nie istniało już nic poza czarną bestią, czekającą tylko na to, żeby przejąć kontrolę nad ciałem i zamienić je w maszynę do zabijania.  Dave usilnie walczył o to, aby mieć choć częściową kontrolę i wypychał swoją świadomość na powierzchnię rwącego potoku ciemności. Poddanie się, było luksusem, na który nie mógł sobie teraz pozwolić.

Mrok wstał z ziemi. Jego czarne ciało wyglądało tak samo jak zawsze, ale wewnątrz coś się zmieniło....Dave, którego świadomość ciągle jeszcze tkwiła w pochłoniętym ciemnością umyśle, narzucił cel.... rozkaz..... priorytet.... Jakkolwiek by tego nie nazwać, czarna bestia, miała teraz inne zadanie, niż tylko zaspokojenie żądzy krwi.....
Mrok podszedł do framugi drzwi i jednym ruchem czarnej ręki odrzucił belkę blokującą przejście na nie spalone jeszcze półki za barem. Ostatnie butelki cennych trunków zostały pochłonięte przez żywioł..... Ciemna, prawie niematerialna postać, torując sobie drogę przez zniszczone fragmenty budynku, zdawała się nie zwracać nawet uwagi na płomienie tańczące wszędzie dookoła. Pokonał mocno nadpalone schody i znalazł się na pierwszym piętrze. Mały pokoik po prawej został niechybnie zasypany przez szczątki rozpadającego się sufitu, a nie wyglądało na to, żeby sklepienie nad korytarzem miało wytrzymać jeszcze długo.
Mrok wciągnął powietrze przez nozdrza. Nie wyczuwał dymu, ani gorąca..... W powietrzu wisiał zapach ludzkiego strachu. Korytarz zakręcał, a czarna postać przekroczyła ścianę płomieni stojącą na drodze i zatrzymała się. Percepcja Mroku istniała na innej płaszczyźnie rzeczywistości. Nie słyszał trzasku płomieni, ani odgłosów rozpadającego się stropu.... Do jego uszu docierało niewyraźne bicie dwóch serc w pokoju  obok. Czarny niespodziewanie odskoczył w bok, ledwo unikając sporego kawałka stropu, który spadając przebił podłogę i wylądował na parterze, rozjuszając płomienie. Mrok nie przejął się tym zbytnio i bez większych problemów przekroczył próg pokoju. Pośrodku ognistego pierścienia leżały dwie nieprzytomne postacie. Mrok jakby nie zauważył piętrzących się przed nim płomieni, podszedł do jednego z bezwładnie spoczywających na podłodze ciał. Czarnymi palcami dotknął osmolonej kobiecej twarzy. Przeraźliwy odgłos rozniósł się po pokoju. Mrok instynktownie odwrócił głowę i zobaczył, że strop poddał się w walce z ogniem i leżał teraz na korytarzu, skutecznie uniemożliwiając drogę powrotną.
Czarna postać zawahała się..... Jednak instynkt podpowiadał co trzeba zrobić. Mrok chwycił obydwie dziewczyny tak, żeby swym ciałem osłonić je przed płomieniami, a jednocześnie nie zrobić im krzywdy. Zabawne, że w ten właśnie sposób metafora „W objęciach Mroku”, stała się rzeczywistością.....
Czerwonymi oczyma zbadał otoczenie. Jego uwagę przykuło stłuczone okno, wychodzące na główną ulicę sektora 7. Nikt nie jest do końca pewny, czy Mrok posiada umiejętność logicznego myślenia..... on po prostu działa....  Szybko wynurzył się z ognistego pierścienia i wyskoczył przez okno, wyrywając z niego ostatnie fragmenty szkła.
Wylądował miękko na ziemi, pozostawiając za sobą jakby ślad czarnej mgiełki. Przez tłumek zgromadzony wokół płonącego baru przeszedł dziwny pomruk i wszyscy odsunęli się od ciemnej postaci. Dwie sylwetki wysunęły się z objęcia monstrualnych ramion i bezwładnie legły na ziemi.  Mrok odstąpił o krok, i przebiegł po ludziach czerwonym spojrzeniem.  Nagle upadł na kolana i chwycił się za głowę. Wydał z siebie dźwięk tak przeraźliwy, że wszyscy dookoła musieli zasłonić uszy. Ciemność okalająca ciało potwora zaczęła się rozpadać. Mrok wydał z siebie jeszcze jeden zduszony dźwięk, a ludzie dookoła zostali oślepieni potężnym błyskiem czarnego światła.
W powietrzu jeszcze przez chwilę unosił się ciemny pył, a w na miejscu potwora znajdował się teraz czerwono-oki chłopak. Był niesamowicie blady i dyszał ciężko. Podpierał się rozdygotanymi rękoma, a brązowe, posklejane od potu włosy opadały na czoło. Ostatkiem sił uniósł głowę i zobaczył Sleeta, klęczącego przy dwu nieprzytomnych ciałach. Uśmiech przeszedł po jego zmęczonej twarzy i chłopak bezwładnie upadł na ziemię......

*****

Kiedy Dave otworzył oczy, z ulgą stwierdził, że leży na swoim łóżku. Podparł się rękoma, usiadł i uśmiechnął się krzywo. Z powodzeniem mógł stwierdzić, że wszystko go boli.
 - Wreszcie się obudziłeś, przygłupie – z kąta pokoju dobiegł go znajomy głos
 - Nic im nie jest? – zapytał Dave, puszczając uszczypliwą uwagę mimo uszu
 - Tylko kilka siniaków i lekkich poparzeń.... – odpowiedział Sleet obojętnie – Za to ty przespałeś dwa dni....
Czerwon-oki zachwiał się przy próbie wstania i z niejakim trudem podszedł do lustra. Przetarł pozlepiane ropą oczy i ocenił swoje odbicie
 - K***a... – skwitował chłopak – wyglądam gorzej niż się czuję....
 - Ogarnij się trochę i przyjdź do mnie.... musimy pogadać – Białowłosy rzucił obojętnie i wyszedł, zostawiając kolegę samego ze swoimi myślami.
Przeszedł przez ulicę i poczuł, ze ktoś puknął go w ramę. Odwrócił się odruchowo i zobaczył przed sobą blondyna z dziwnie odstającymi włosami i parą połyskujących błękitnych oczu. Blondyn skinieniem głowy wskazał na zgliszcza baru:
 - Ej, możesz mi powiedzieć co się tu stało?

c.d.n
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Sierpień 01, 2005, 07:18:01 pm
Hehe,no ładnie to rozegrałeś W_W ;P.Twuj fik zaczyna mi się coraz bardziej podobać...nic ująć nic dodać,czekam na dalszą część.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: The_Reaver w Sierpień 01, 2005, 07:43:01 pm
Blondyn, odstające włosy, niebieskie oczy, czy to, czy to ... Wujek Zenek :D
Idzie ci lepiej, niewiem co powiedzieć, ale bardzo fajnie się czyta. Rub tak dalej, a może ktoś powie, że jest ciekawiej niż u Tanta ... może :) .
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Sierpień 03, 2005, 09:34:22 am
Pełna emocji akcja i znajomo wygladający osobnik na końcu oby tak dalej W_W. Aż miło poczytać.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Musiol w Sierpień 06, 2005, 01:40:46 am
Coraz lepiej się to czyta, czekam na następny rozdział W_W
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Październik 13, 2005, 11:25:57 pm
Niech to szlag.... Toż to już ponad dwa miesiące inęły odkąd opublikowałem ostatni rozdział.... No więc pomyślałem, ze czas najwyższy coś z tym zrobić. Coprawda rozdział nie należy może do najbardziej udanych, ale chyba jakoś przeżyjecie, ten dyskomfort.
Od razu na początku nadmieniam, że zachowanie Clouda i Tify jest zamierzone i uzasadnione. Czym, zobaczycie później.....

Rozdział X

 - 7’th Heaven poszedł z dymem – Sleet uśmiechnął się głupio – nie widać?
Nieznajomy zmierzył go wzrokiem.
 - Nie jestem ślepy.... – uciął krótko – Chcę tylko wiedzieć gdzie jest Tifa?
Niebieskooki potraktował blondyna badawczym spojrzeniem.  Nieznajomy miał na sobie zwyczajne szarawe spodnie, obwiązane gdzieniegdzie czarnym materiałem i prostą, jasną koszulę, przepasaną paskiem, który utrzymywał stalowy naramiennik na swoim miejscu. Na pewno nie pochodził  sektora 7, ale Sleet przypuszczał jednak że ma do czynienia z członkiem SOLDIER.... Tylko oni mają takie błyszczące błękitne oczy...
Wielki miecz zwisający z pleców blondyna przykuł uwagę Sleeta, chociażby dlatego, że używanie takiej broni wydawało się równie absurdalne co pływanie w betonowych butach.....
- A kto pyta? – Zapytał białowłosy, choć jego obojętne spojrzenie dodało „nie żeby mnie to obchodziło”  
 - Cloud? – Odpowiedź blondyna przerwał zdziwiony kobiecy głos – Co ty tutaj robisz?
Blondyn uśmiechnął się i podszedł do Tify, której twarz wciąż była ozdobiona zdziwionym wyrazem.
 - Miło znów cię widzieć, Tifa. Chciałem.....
 - Nie odpowiedziałeś na pytanie... – dziewczyna przerwała mu, a w jej tonie dało się wyczuć nutkę irytacji – Co tutaj robisz?
 - Eee.... Dawno nie rozmawialiśmy, no nie? – Blondyn najwyraźniej próbował wymigać się od odpowiedzi – Pomyślałem, że wpadnę.... zobaczę jak ci się powodzi
Tifa uśmiechnęła się krzywo
 - Nie umiesz kłamać, wiesz?
 - Hej – Sleet widząc, że zaraz dojdzie do rękoczynów przerwał im i wskazał ręką drzwi swojego mieszkania – środek ulicy to nie miejsce na kłótnie. Wyjaśnicie sobie wszystko u mnie, okej?
Tifa bez słowa odwróciła się na pięcie i przekroczyła próg mieszkania. Białowłosy upewniwszy się, że dziewczyna go nie usłyszy szepnął konspiracyjnie
 - Coś ty jej zrobił, że jest na ciebie taka wkurwiona?
Cloud westchnął
 - Nawet nie pytaj.....

*****
Dave siedział na łóżku ze spuszczoną głową. Wpatrywał się w podłoże pustym wzrokiem, a jego myśli wciąż krążyły wokół pożaru 7th Heaven. Kto i co ważniejsze dlaczego chciałby spalić bar?... Chodziło o śmierć Tify, czy jest jeszcze inny powód o którym nie miał pojęcia? .... Chłopak westchnął. W jego głowie rodziło się coraz więcej pytań, ale stanowczo za mało odpowiedzi.
Pozbierał myśli do kupy i stanął niepewnie na nogach. Czuł się już lepiej, ale ciało nadal przejawiało tendencję do sprzeciwiania się poleceniom. Podszedł do szafy i wyjął z niej czyste ubranie – jedno z nielicznych, które mu zostało. Założył czarne spodnie i narzucił czarną koszulę, owinąwszy przedtem bandażem lewą rękę. W końcu w jego szeroko pojętym  interesie leżało, żeby możliwie jak najmniej osób wiedziało o  pewnym „małym sekrecie”, którego pokryta czarnymi łuskami kończyna była dowodem.
Dave odruchowo wziął swój pistolet ze stołu i schował go do kieszeni spodni. Broń była bardzo zadbana, a w magazynku znajdowało się osiem pocisków. W sumie dom Sleeta był po drugiej stronie ulicy, ale w Midgar nigdy nic nie wiadomo....
Chłopak wyszedł i małym stalowym kluczem przekręcił zamek w drzwiach. Przeszedł kawałek po wilgotnym asfalcie i sięgnął ręką ku klamce osadzonej w drzwiach domu przyjaciela. Nie pukał.... bo i po co? Znali się ze Sleetem tak długo, że pukanie przed wejściem stało się niepotrzebnym detalem...
Wszedł do środka. Żarówka luźno zwisająca z sufitu oświetlała stół, stojący na środku pomieszczenia. W powietrzu unosił się zapach jakiegoś trunku. Chyba piwa, ale zmysły Dave’a nie były aktualnie na tyle sprawne, żeby to stwierdzić.
 - No, nareszcie cię tu przywiało – rzucił Sleet, majstrujący coś przy szafce w kącie pokoju – Chcesz coś do picia? Piwo, wódka, czy coś mocniejszego?
 - ... Daj mi szklankę wody – odrzekł po namyśle czerwono-oki
Sleet spojrzał na niego dziwnie
 - Wody?.... Dobrze się czujesz?
 - A czy wyglądam na takiego, który dobrze by się czuł?
Kąciki ust białowłosego wykrzywiły się w sarkastyczny uśmieszek
 - Zaczynasz mówić jak ja.
 - Gdyby mi powiedzieli, że sarkazm jest zaraźliwy, to bym się zaszczepił – skwitował brunet, mierząc kolegę sennym spojrzeniem
Serenity, wygodnie oparta na krześle odchrząknęła znacząco. Białowłosy spojrzał na nią niepewnie i zrozumiał o co chodzi.
 - Gdzie moje maniery – powiedział z przesadną grzecznością, która nadawała jego wypowiedzi ironiczny pogłos – Panowie, poznajcie się. – gestem ręki wskazał na blondyna siedzącego naprzeciw Tify – Dave, to jest Cloud, stary znajomy tu obecnej panny Lockheart – następnie wskazał czerwono-okiego – Cloud, to jest Dave, tutejszy amator broni palnej i mój dobry przyjaciel.
Cloud wstał z miejsca i uścisnął rękę Dave’a, po czym zmierzył go wzrokiem i zatrzymał się na przenikliwych czerwonych oczach.
 - Ej, Tifa – zagadnął blondyn – Czy on ci kogoś nie przypomina? ... Te oczy... Zupełnie jakbym widział Vincenta
 - Nie zmieniaj tematu, Cloud – dziewczyna potraktowała go złowrogim spojrzeniem
Blondyn odwrócił się do niej, a ich spojrzenia spotkały się.
 - Tifa... – przerwał na moment, aby dobrać odpowiednie słowa – Ja... My naprawdę potrzebujemy cię w drużynie. Będziesz wśród przyjaciół, więc czemu nie chcesz iść?
 - Mam dosyć tułaczki po świecie – dziewczyna mówiła łamiącym się głosem – Mam dosyć wstawania z łóżka ze świadomością, że ten dzień może być ostatni dla mnie lub kogoś mi bliskiego.
 - Tifa, którą znam nigdy nie myślała w ten sposób – skrytykował ją blondyn
 - Ludzie się zmieniają Cloud. Tak samo jak marzenia.
 - Oszczędź mnie.... Dziewczyna, która kiedyś nie mogła usiedzieć w jednym miejscu i pomogła zabić Sephirotha, teraz boi się podróży z przyjaciółmi?
 - Nigdy tego nie zrozumiesz – krzyknęła Tifa, a po policzku spłynęła jej kryształowa łza. Wstała i wycierając ręką oczy wybiegła na ulicę.
Cloud stał przez moment nieruchomo, jakby dopiero po chwili dotarło do niego, co się właściwie  stało. Chciał wybiec za nią, ale poczuł silny uścisk na ramieniu.
 - Zostaw ją w spokoju – głos Dave’a wibrował gniewnie.
 - To nie twoja sprawa – Cloud zmierzył go chłodnym spojrzeniem i ściągnął sobie jego rękę z ramienia – Znam Tifę znacznie dłużej niż ty, więc się odwal.
 - Gówno mnie to obchodzi – brunet wysyczał przez zaciśnięte zęby. Zdawało się, że jego oczy stają się jeszcze bardziej czerwone. -  Skrzywdziłeś ją i nie chce widzieć cię na oczy, więc powtórzę jeszcze raz. Zostaw ją w spokoju
 - A co mi zrobisz jeśli odmówię?
Brunet zwinął wolną dłoń w pięść i zamachnął się do uderzenia.  Sleet i Serenity zareagowali w samą porę. Jednocześnie doskoczyli do nich i rozdzielili. Kto wie co by się stało gdyby nie ich interwencja...
Cloud poprawił koszulę. Nie powiedział nic, tylko spojrzał na czerwono-okiego gniewnie. Położył dłoń na rękojeści swojego miecza, opartego aktualnie o ścianę i przełożywszy go sobie przez plecy wyszedł na ulicę.
Dave stał nieruchomo i oddychał ciężko. Gniew przenikał całe jego ciało, a on wiedział czym to się może skończyć. Musiał opanować emocje.
Serenity zamieniła kilka słów ze Sleetem i podeszła do drzwi. Zanim wyszła posłała brunetowi tajemniczy uśmiech. Dave poczuł dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Nie wiedział czemu, ale zrobiło mu się lżej na duszy. Uspokoił się.
Po chwili chłopak zdał sobie sprawę, że białowłosy stoi tuż obok niego.
 - Ja.... – zaczął Dave
 - Nie tłumacz się – powiedział obojętnie Sleet – Chodźmy do ciebie. Mamy coś do omówienia
Brunet potraktował go dziwnym spojrzeniem
 - Nie patrz tak na mnie – naburmuszył się niebiesko-oki. – Pewnie tego nie ogarniasz, ale aktualnie Tifa potrzebuje kobiecego wsparcia, a my raczej jej go nie zapewnimy. Więc kiedy Seri pomoże jej trochę się pozbierać i ją tutaj przyprowadzi, lepiej, żeby nas tu nie było.
Dave popatrzył na niego głupio, a Sleet westchnął i zakrył dłonią twarz
 - Jesteś głupszy niż myślałem......

*****

 - A więc co masz mi do powiedzenia? – rzucił Dave, kiedy tylko przekroczyli próg jego mieszkania
 - Musisz jak najszybciej opuścić Midgar – Sleet odrzekł rzeczowo
 - Ale....
 - Nie przerywaj mi. Neo-Shin-ra depcze nam po piętach, a ludzie z sektora 7 zaczynają się na ciebie krzywo patrzeć, po tej całej historii z pożarem.
Dave poczuł jak myśl uderza w jego umysł
 - Tifa i Serenity.... – zawahał się – czy one....
 - Nic nie wiedzą – przerwał mu Sleet – Pewnie były nieprzytomne już kiedy je znalazłeś.....
Czerwono-oki odetchnął z ulgą. Nie zniósłby, gdyby któraś z nich traktowała go jak potwora. Nienawidził kiedy ktoś mu bliski odczuwał w stosunku do niego strach....
 - Jutro, najlepiej wcześnie opuszczamy tą spleśniałą dziurę i idziemy do Nibelheim – Kontynuował Sleet
 - Nibelheim? – brunet spojrzał na niego głupio
 - Powiedziałem ci k***a, żebyś mi nie przerywał. – skrytykował go białowłosy – Cloud mówił, ze podobno dzieje się tam coś dziwnego i  chce to sprawdzić. I tak musisz się urwać z miasta więc cel nie ma znaczenia.... – Sleet zadumał się na chwilę i mimo powagi w jego głosie wciąż dało się wyczuć typową dla niego ironię – Kiedyś prowadzono tam eksperymenty.... Może znajdziemy coś na temat twojej „małej czarnej przypadłości”...

c.d.n.


   
 
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: The_Reaver w Październik 14, 2005, 03:23:36 pm
2 miechy przerwy chyba dobrze zrobiły. Miło poczytać co robi Cloud. Nie siedź kolejne 2 miechy, tylko za jakiś tydzień wrzuć nowy rozdział.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Październik 14, 2005, 04:12:09 pm
Hehe no wyszło ci to nieźle,chociaż długo kazałeś nam czekać...hm...tak się zastanawiam...kiedy ja coś napiszę XD...
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Musiol w Październik 14, 2005, 06:47:28 pm
I po jaką cholercie zwlekałeś tak długo W_W ?? ;)bardzo ciekawy rodział..we want more!..
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Październik 15, 2005, 04:14:33 pm
Dołączam do grona pochlebców. :P  Ciekawie się prezentuje również ten rozdział. Czekam na ciąg dalszy oby krócej niż 2 miesiące.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Październik 30, 2005, 08:20:31 pm
No..... wyrobiłem się chyba w dość przyzwoitym terminie i wrzucam nowy rozdział.... W fabule mamy teraz tak zwany punkt zwrotny:

Rozdział XI

Midgar – miasto skąpane w wiecznym mroku, miejsce bardzo specyficzne, wspaniałe, a zarazem straszne. Miejsce w którym w którym wiele historii miało swój początek, a jeszcze więcej poszło w niepamięć....
Ale czarny kot, który siedział na szczątkach dachu kościoła w sektorze 7 nie przywiązywał wagi do wartości miasta. Był zbyt zajęty wlepianiem swych błyszczących oczu w trójkę nieznajomych, którzy podążali ulicą. Kot prychnął i nastroszył sierść na grzbiecie. Był doświadczony przez życie i wiedział, że żaden z trójki nieznajomych nie jest do końca człowiekiem....

 - Dlaczego akurat Nibelheim? – spytała Sereniy, idąca między dwoma mężczyznami.
 Sleet wzruszył ramionami
 - Nie chcesz iść, nie musisz.
 - Nie o to chodzi – dziewczyna spojrzała na niego z ukosa – Po prostu chcę wiedzieć, po co mamy się tłuc taki kawał drogi?
 - Wszystko w swoim czasie, moja droga – Sleet uśmiechnął się jadowicie
Naburmuszona dziewczyna posłała mu mordercze spojrzenie. Białowłosy w odpowiedzi ponownie wzruszył ramionami i włożył ręce do kieszeni
Nagle Dave zatrzymał się i odwrócił się w stronę dużych, drewnianych drzwi, jednej z niewielu rzeczy jeszcze niezniszczonych w starym kościele. Przyjaciele, pochłonięci zawziętą wymianą zdań przeszli jeszcze kilka kroków, zanim zorientowali się, że Dave wpatruje się w ruiny kościoła
 - Co jest? – zapytał Sleet, posyłając koledze dziwne spojrzenie
 - Ten kościół.... – odpowiedział czerwono-oki, nie spuszczając wzroku z budowli – Wiecie, że to jedyne miejsce w Midgar, gdzie rosną kwiaty?    
 - A od kiedy to cholera interesujesz się kwiaciarstwem, co? – rzucił uszczypliwie Sleet
Dave nie zaprzątał sobie głowy słowami towarzysza. Oparł się rękoma o drzwi, które otworzyły się z wolna.
W środku kaplica wyglądała na równie zrujnowaną, co na zewnątrz. Zniszczone drewniane ławki stały w nierównych rzędach. Po prawej stronie zawalił się sufit i belka podtrzymująca strop leżała teraz oparta o wyrwę w ścianie. Fragmenty kolumn, niegdyś zdobionych złotymi ornamentami, zostały porozrzucane bezładnie w różnych kątach kościoła. Jedynym w miarę nienaruszonym elementem był ołtarz. Jednak uwagę przykuwał nie ołtarz, lecz kawałek podłogi, porośnięty różnokolorowymi kwiatami.
Serenity omiotła połać roślin wzrokiem i spojrzała na Dave’a z niejakim zaskoczeniem
 - Nie miałam pojęcia, że w Midgar może coś wyrosnąć.... Skąd wiedziałeś o tych kwiatach?
 Dave zamilkł i podszedł do skrawka zieleni. Pochylił się i dotknął jednego z kwiatów, jakby chciał się upewnić, że nie jest tylko złudzeniem.
 - Nigdy tu nie byłem.... – powiedział pogrążony w myślach – Ja po prostu wiem.....  
Z pogrążonego w całkowitym mroku zakątka kościoła dobiegł ich złowieszczy śmiech. Machinalnie zwrócili głowy w tamtym kierunku, w samą porę, by zobaczyć wyłaniającą się cienia dziwną postać. Nieznajomy miał na sobie szatę tak czarną, że zupełnie zlewała się z mrokiem i kaptur nasunięty tak, aby całkowicie zasłaniał twarz.
 - Kim jesteś i czego chcesz – zapytał Dave, demonstracyjnie kładąc rękę na broni
Nieznajomy podniósł rękę do góry, a z jego otwartej dłoni zaczęło bić dziwne światło.
 - Nadchodzi Pojednanie. Nasz Pan nie życzy sobie nieproszonych gości w tym miejscu. Zginiecie wy......
Dave usłyszał jak coś przelatuje mu koło ucha. Nieznajomy zamilkł w pół zdania ze sztyletem wbitym w szyję. Zatoczył się i upadł na plecy, a blask jego na jego dłoni zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił.
 - Nie podoba mi się to... – powiedziała Serenity, jakby sama do siebie, podchodząc do drgających w konwulsjach zwłok. Bezceremonialnie wyjęła sztylet z szyi nieboszczyka i wtarła go w czarną szatę – Cholernie mi się to nie podoba.....
Brunet starannie ukrył zdziwienie, które wymalowało się na jego twarzy i podszedł do zwłok. Uklęknął i stwierdził, że z przebitej szyi wciąż wypływa strumień stopniowo krzepnącej krwi.
 - Niezły rzut... - skomentował
 Dziewczyna uznała kwestię za niewartą skomentowania i umocowała ostrze przy pasie.
Sleet spoglądał nerwowo w stronę drzwi. Wiedział kim była zakapturzona postać i miał bardzo złe przeczucia.
 - Zbierajmy się stąd – powiedział posyłając towarzyszom przelotne spojrzenie
 - Dobry pomysł, ale..... – Serenity chciała poprzeć inicjatywą Sleet’a, ale nagły trzask otwieranych drzwi przerwał jej wpół zdania.
W progu stanęła postać w czarnym płaszczu i długich srebrnych włosach, rozmierzwionych przez podmuch wiatru. Jego błyszczące, zielone oczy traktowały bohaterów pogardliwym spojrzeniem.
 - Co tu jest k***a grane? – Dave wyciągnął broń i skierował lufę pistoletu dokładnie w punkt między oczyma srebrnowłosego
- Spierdalajcie stąd, to moja walka – niebieskooki pewnie chwycił swoją szablę, a jego spojrzenie napotkało wzrok nieznajomego.
 - Chyba śnisz – wrzasnął rozwścieczony Dave – Nawet nie myśl o tym, że zostawię cię samego
 - Dlaczego ty mnie k***a nigdy nie słuchasz – niebieskooki chwycił czerwony kamień zawieszony na szyi i zerwał go szybkim ruchem. Skierował rękę w stronę Dave’a i Serenity, a kamień ściskany w jego pięści rozjarzył się szmaragdowym blaskiem. Strumień błyszczących nitek owinął się wokół nich niczym sieć. – spotkamy się w Nibelheim!
 Brunet zdał sobie sprawę, że świat wokół niego i złodziejki zaczyna tracić ostrość, zlewając się powoli w jedną masę, jarzącą się zielonkawym światłem. Jednak po chwili coś się zmieniło. Zostali wessani w wir szmaragdowego światłą i z zadziwiającą prędkością sunęli naprzód, unoszeni przez rwący prąd.
 
Sleet z wciąż wyciągniętą ręką wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stali jego przyjaciele. Oczywiście, troszczył się o ich bezpieczeństwo, ale był też inny, o wiele ważniejszy powód, dla którego odesłał ich w inne miejsce.
Odwrócił wzrok na srebrnowłosego przybysza, który z niejakim zdziwieniem przyglądał się całej scence
 - Kim jesteś, żałosny pomiocie? – nieznajomy wskazał swoją ponad dwumetrową kataną na chłopaka
 - Jestem twoim dokładnym przeciwieństwem, Sephiroth’cie – Sleet uśmiechnął się złowieszczo – Żyję po to, żeby cię zniszczyć
Srebrnowłosy uśmiechnął się i ukłonił. Jego przeciwnik chwycił swoją szablę i włożył w puste miejsce czerwony kamień, który do niedawna nosił na szyi
 - Zabiję cię, bracie – Sleet chwycił rękojeść oburącz, tuż przy twarzy – Zabiję ciebie i wszystkich tobie podobnych.

*****

Przez małe okno na piętrze gospody w Kalm, światło księżyca wlewało się łagodnymi smugami do jednego z pokoi. Blask oświetlał stół, na którym skryta w cieniu postać układała karty  tarota. Duże, złote oczy mężczyzny lustrowały dwójkę nieprzytomnych ludzi – długowłosą dziewczynę i chłopaka z pistoletem za pasem. Nieznajomy pogłaskał kota, który siedział mu na ramieniu i spojrzał w karty
 -... zaczyna się....

c.d.n.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: The_Reaver w Październik 30, 2005, 08:35:56 pm
Muszę powiedzieć, że tym razem się zawiodłem. Trochę przesadziłeś z Sephirothem. Zresztą skąd Slett go zna. Także nie poznali tego gościa w kapturze, a już go zabili (mógł to być po prostu jakis niegroźny wariat). A wracając do Sephirotha, to on został pokonany i od tak jego pojawienie się jest trochę przesadzone. Lepiej to trochę popraw, bo tutaj straciłeś szacunek.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tamaya w Październik 31, 2005, 10:53:39 am
Jestem pod wrażeniem. Nieźle to wygląda o ile niedomówienia, na które zwrócił uwagę przedmówca wyjaśnią się w kolejnych częściach opowiadania.  
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Musiol w Październik 31, 2005, 11:11:10 am
Wbrew przedmówcy, mi akurat się podoba....zgodzę się z Tamayą..czekam na next one :P
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Yuzuriha w Listopad 02, 2005, 06:49:18 pm
Hm..szybko się to czytało..i trochę się zgubiłam..pare niewyjaśnionych spraw itp.mam nadzieję,że to skąd Sleet zna Sepha się wyjaśni w następnym rozdziale...ale podsumowując to nieźle ci wyszło.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Marzec 02, 2006, 05:14:29 pm
Cytuj
-... zaczyna się....

Coś długo się zaczyna heh... może byś to dokończył W_W, co? Bo ja właśnie twojego fika wrzuciłem na główną i fani mogą być zawiedzeni brakiem nowych rozdziałów.
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: White_wizard w Marzec 02, 2006, 10:14:00 pm
Cytuj
może byś to dokończył W_W, co? Bo ja właśnie twojego fika wrzuciłem na główną i fani mogą być zawiedzeni brakiem nowych rozdziałów.
eee....? że co proszę?..... nie no, dobrze wiedzieć, ale czy przypadkiem nie przyszło ci do głowy, że sam nie potagowałem tekstu bo GT jest zawieszony w próżni i raczej nie będę do niego nic dopisywał w najbliższej przyszłości?.....
Jeśli to miało służyć za dodatkową motywację, to chyba minąłeś się z celem.....
 
Tytuł: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Ignatius Fireblade w Marzec 03, 2006, 09:31:39 am
A potrzeba ci motywacji? Ja stwierdziłem, że wykorzystam dzień wolnego i pochłonę sobie wszystkie zaległe teksty na forum. I wszystkie dają mi do myślenia. Kurcze, tyle roborty przede mną, by jako-tako wam dorównać ;P Niemniej GT jest świetne. Rozumię, dlaczego pozostawiasz niedomówienia, sam często robie :)

W_W, masz spory i dobrze zadbany talent, wykorzystuj go jak najlepiej :)
Tytuł: Odp: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Vincent w Styczeń 31, 2007, 09:08:49 pm
FF7 to najlepsza odsłona serji (bynajmniej ja tak uważam). A ten fanfik też jest najlepszy (sorry za złamanie ducha wszyskim twórcą fanfik'ów, ale to moje zdanie). A przy okazji mógł byś troche częściej update'ować
Tytuł: Odp: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Styczeń 31, 2007, 09:37:59 pm
AFAIK projekt został przez W_w porzucony... no ale może odpowie na odzew fana i coś napisze hehe...
Tytuł: Odp: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Vincent w Luty 03, 2007, 12:53:20 pm
Dobrze by było
Tytuł: Odp: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: LiczniQ w Czerwiec 04, 2008, 02:18:08 pm
Fanfik prawie idealny. Jego jedyną wadą jest brak kontynuacji :D Nie chce być niemiły ale wziąłbyś się,qrczę, do roboty W_W!
Tytuł: Odp: The Gunman's Tale.....
Wiadomość wysłana przez: Tantalus w Czerwiec 04, 2008, 04:03:12 pm
Od ponad roku W_w nie zjawia się na SZ, a fanfik od dwóch lat nie jest kontynuowany, więc raczej nie masz co prosić...