Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - The_Reaver

Strony: [1] 2
1
Inne gry Square Enix / Front Mission 4 Walkthrough
« dnia: Lipiec 21, 2012, 06:29:09 pm  »
Miałem to w planie od dłuższego czasu, ale w końcu po kilku dniach przygotowań, postanowiłem w końcu z tym ruszyć. Zacząłem nagrywać Walkthrough Front Mission 4. Mam zamiar odblokować wszystkie symulacje i odblokować wszystkie ukryte bronie i części.
Jednym z głównych powodów, że nagrywam akurat Front Mission 4, ponieważ zawsze chciałem ją ukończyć, ale zawsze coś mnie zatrzymywało, motywacja, inne gry itp. Po za tym, widziałem że na Youtubie prawie nie ma żadnych filmów z pełnym przejściem FM4, żaden Let's Play, nic. Tu też małe ograniczenie, opisy piszę po angielsku, by był bardziej dostępny dla zagranicznych widzów.
Filmy będę zamieszczał na moim kanale Youtube http://www.youtube.com/user/TheReaverUltimate?feature=guide. Aktualnie jest jeden film (+2 intra w jednym). W planach mam zamieszczać jedną misję na dzień, ale przewiduję, że będę to robił rzadziej, szczególnie gdy będę chciał pogrindować dla EP i kasy, co oczywiście zrobię poza kamerą.
Zapraszam do oglądania i zamieszczania jakiś sugestii.

PS. Z góry uprzedzam, że niestety nie mam na razie zamiarów tłumaczenia dialogów na polski. Mam za mało czasu, żeby się tym zająć.

2
Inne / Minecraft
« dnia: Sierpień 21, 2011, 08:14:26 pm  »
Dziwię się, że nikt o tym się dotąd nie wypowiadał. W końcu ktoś to musi zacząć.

Minecraft
Gra autorstwa niejakiego Markusa "Notch" Perssona, założyciela Mojang. Na pierwszy rzut oka gra wydaje się prosta. Jesteśmy klockowym chłopkiem, który budzi się w świcie złożonym z sześcianów. Drzewa to sześciany, ziemia to sześciany, góry składają się z sześcianów, normalnie sześcienna gra. Każdy klocek możemy rozbić, a następnie podnieść i przenieść w inne miejsce, budując różnorodne budowle, domy, posągi itp. Można owe klocki przetworzyć, tworząc rożne narzędzia, np. z drzewa robimy deski, które przetwarzamy na patyki. Łącząc patyki z deskami tworzymy kilofy, łopaty, miecze, itp. Kilofami kopiemy w skale wykopując kopalnie z których pozyskujemy minerały, jak węgiel, żelazo, złoto, diamenty, z których tworzymy lepsze i wytrzymalsze narzędzia. Dodatkowo, gra ma cykl dnia i nocy. Nic niezwykłego, za wyjątkiem złych mobów które spawnują się w ciemności jak zombie i szkielety, lub eksplodujące Creepery, chcące zjeść nasze mózgi.
Gra na pierwszy rzut oka może wydać się nudna i brzydka. Nie ma jakiegoś celu, trzeba go wymyśleć samemu, ale jak tylko się na coś ciekawego wpadnie (np. wybudować ogromny zamek, czy wysoką wieżę), to bez opamiętania zabiera godziny.

Gra niestety kosztuje 15 euro (więcej od listopada, gdy gra oficjalnie wyjdzie z Bety), ale na głównej stronie gry (minecraft.net) jej darmową protoplastę, tryb classic.

3
FanFik / Modelarstwo
« dnia: Maj 09, 2010, 08:32:26 am  »
Przez Dżi-pinkod i jego stronkę z modelami z Wipeout wzięło mnie na klejenie. Pierwszym wynikiem jest niniejszy EXO
http://img208.imageshack.us/img208/2334/090510081647.jpg
http://img694.imageshack.us/img694/7283/090510081712.jpg
http://img32.imageshack.us/img32/2929/090510081746.jpg
http://img687.imageshack.us/img687/9246/090510081835.jpg
http://img222.imageshack.us/img222/5981/090510081913.jpg

Model wygląda krzywo, bo pierwszych kilka części zacząłem kleić zwykłym klejem roślinnym, który nie dość że jest do niczego, to strasznie deformuje papier (dlatego, z przodu, wygląda krzywo). Na szczęście ojciec miał stary dobry butapren.
Jak tylko skleję następny model, to też się pochwalę.

4
Ogłoszenia / AvEx 3 ogłoszenia
« dnia: Kwiecień 19, 2009, 12:11:00 pm  »
...
Witam wszystkich na nowej edycji
Avatar Exchange (AvEx)

Tak, to nowy rok i nowe wyzwania. Po części większość pozostaje bez zmian, czyli za chwilę wystawię pary, kategorię i wszyscy przez ten tydzień będą szukać ava dla wyznaczonej osoby. Gdy dostanę wszystkie avy na priva (najlepiej linki z imageshack, lub podobnej strony hostującej obrazki (nie przyjmuję z Naszej Szkapy)), zaczynamy głosowanie. Jednak tutaj zaczynają się zmiany. Zamiast wyznaczać osobę do odpadnięcia, wysyłacie do mnie imiona trzech osób, które wystawiły najlepszego ava rundy. Nie będę wyrzucać nikogo z dalszych rozgrywek, a jedynie będę przyznawać punkty w zależności od pozycji, na jakiej się w rundzie uklasowała. Czyli od pierwszej, do ostatniej rundy działamy na jednej wielkiej grupie.
Po szczegóły odsyłam do http://squarezone.pl/forum/index.php?topic=2714.20.

A więc zaczynajmy grę:

Smog dla Spec(Wraith)
Spec(Wraith) dla The_Reaver
The_Reaver dla Glenn
Glenn dla Musiol
Musiol dla Tantalus
Tantalus dla Growlanser
Growlanser dla Yuzuriha
Yuzuriha dla Marvelix
Marvelix dla Smog

A kategorią jest: Manga & Anime
Na avy czekam do 26.IV.09

Powodzenia!!!

5
Offtopic / AvEx 3
« dnia: Kwiecień 06, 2009, 07:18:26 pm  »
Dobra ludzie, przekonaliście mnie, więc zaczynam przygotowania do rundy. Wiem, że razem ze mną, w topicu wcześniejszej rundy chęć potwierdziło 6 osób. No cóż, narazie mało, więc musimy poczekać na dodatkowe 3 osoby, by dobić do 9. Zasady raczej zostaną te same, zestaw kategorii też :

1.avy sezonowe
2.film
3.artyści
4.zwierzęta
5.manga & anime
6.w tonacji czarno-białej
7.fantasy
8.gry
9.kultura wschodu
10.cosplay
11. Sci-Fi

Jak ktoś ma nowe propozycje, to niech wrzuca.
Także chętni niech wpisują tutaj chęć wzięcia udziału.

Zasady znajdują się tutaj : http://squarezone.pl/forum/index.php?topic=1704.0

6
Muzyka / drammatica - The Very Best of Yoko Shimomura
« dnia: Kwiecień 03, 2008, 10:43:18 am  »
Przyznam się, że ściągając płytę robiłem to głównie z powodu Kingdom Hearts. Więc oceniając to co lubię Yoko najbardziej:
- Destati - stare dobre Destati z jedynki, tylko trochę lepsze
- Twinkle Twinkle Holidays - kolejny dobry utwór. Zaczyna się dynamicznym Happy Holiday's (KH II Final Mix), by pod koniec zwolnić spokojnym Neverland Sky (KH I).
- The 13th Anthology - jak tylko przesłyszałem cały utwór, to od razu uznałem go za najlepszy z całej płycie. Wskakują tu prawie wszystkie utwory związane z Organization XIII. Na poczatek Another Side, The 13th Struggle, The 13th Reflection, Showdown at Hollow Bastion i ostatecznie Lord of the Castle. Co mogę powiedzieć, uszu nie mogę oderwać.
- The Other Promise - Najpierw spokojny Roxas, po czym powoli nabiera tępa z Other Promise i na koniec Roxas jako hamulec.

Ogólnie całą płyta jest doskonała. Wszystkie kawałki zostały wygrane symfoniczne i, w przeciwieństwie do Black Mages, którzy u mnie za to mają minus, pozostawia motywy bez jakiś większych modyfikacji, czy wrzucania na siłę jakiś przesadzonych solówek gitarowych, jedynie łącząc kilka utworów w jeden dłuższy.

Co do Somnus, utworu który ma przy sobie znaczek FFXIII - ostudzę większość, jest to piosenka grana przy obydwu trailerach.

7
Offtopic / AvEx 2
« dnia: Listopad 07, 2007, 06:39:01 pm  »
Co powiecie na nową rundę Avatar Exchange?? Oczywiście, czy będzie zależy od kilku czynników, czy nie będę miał za dużo na głowie przez szkołę (i rodzinę) i najważniejsze, czy komuś się będzie chciało grać (minimum 10 osób).

Piszcie tu swoją chęć do gry, a także jakieś propozycje, nowe kategorie itp.

8
Faza pucharowa / Walka o 3 miejsce: Link VS Nightmare
« dnia: Sierpień 05, 2007, 11:58:43 am  »
Dwie postacie stały na, pokrytej witrażem, wieży. Jedną z nich była kobietą, o długich, czarnych włosach i  twarzy przykrytą białą, porcelanową, maską. Jej ciało zakrywał zwiewny materiał. Obok niej stał mężczyzna, odziany w długi czarny płaszcz, z założonym na głowę kapturem, skrywającym całą twarz w ciemności. Byli sami, ale to był tylko pozór.
- Reaver, Yuzuriha – głos dochodzący gdzieś z otaczającej ciemności, wyliczał – Reaver, Reaver, Yuzuriha, Reaver, Yuzuriha, Reaver, Reaver, Reaver
- Fiu – zagwizdał mężczyzna – 7 do 3. Zyskałem niezłe poparcie moim pojedynkiem z Magusem. Muszę powiedzieć, że pojedynek z tobą to był zaszczyt Yuzuriho.
- Daruj sobie Reaver – wtrąciła się bogini – głosowanie jeszcze się nie zakończyło. To w końcu półfinał, więc zawsze może się zdarzyć cud.
- Cud? To my jesteśmy od cudów, a tu chodzi po części o szczęście, które teraz najwyraźniej jest po mojej stronie. HAHAHAHAHAHAhahaha – wybuch śmiechu u boga zmalał, gdy głos kontynuował wyliczanie
- Yuzuriha, Yuzuriha, Yuzuriha, Yuzuriha – głos na dłuższą chwilę zamilkł – Ostateczny wynik 7 do 7. W tym wypadku do dalszej rundy przechodzi Yuzuriha, dzięki wyższej pozycji w rankingu. Zmierzy się ona w finale z Tantalusem, a Reaver będzie walczył z Ignatiusem o trzecie miejsce.
- Najwyraźniej zabrakło ci szczęścia Reaverze.
- TSK – syknął Reaver – No cóż. Biorąc udział w turnieju trzeba się liczyć, iż nie zawsze się wygrywa. Pozostaje mi tylko przygotować moja ostatnią walkę i akurat wiem co zrobię. Ta żywa zbroja będzie do tego najlepsza.
- Życzę ci powodzenia Reaver
- Tobie też o piękna Yuzuriho – Reaver ukłonił się, po czym na bogu zamknęła się czarna sfera, która po chwili znikła razem z nim. Yuzuriha także opuściła wieżę. Na jej powierzchni zaświeciły się dwa wizerunki. Jeden przedstawiający, odzianego w zielony ubiór, elfa, oraz drugi wizerunek, ukazujący demonicznego rycerza w ciemno-niebieskiej zbroi, dzierżącego w zmutowanej, prawej, ręce ogromny miecz.

Link siedział w świątyni czasu, oparty plecami o ołtarz, nad którym lewitowały trzy kolorowe klejnoty. Był tak blisko wygranej, ale przegrał. Teraz nie obchodzą go żadni bogowie. Nie może na nich już liczyć. Musi pokonać Ganondorfa, zanim spowoduje więcej zniszczeń. Wstał i zaczął iść w kierunku wyjścia ze świątyni, gdy nagle potężny ryk. Nie był to Ganondorf, ale Link czuł, że to coś równie potężnego.
- Najwyraźniej wielki bóg Reaver wie, że nie będziesz chciał walczyć – Magus stał przy ołtarzu. Na jego widok, Link wyciągnął swoją dłoń, gotując się do ataku, jednak czarodziej powstrzymał go gestem dłoni – Nie jestem twoim przeciwnikiem, a gdybym chciał walczyć, to z pewnością Reaver by miał na to swoje ale. Twój przeciwnik właśnie demoluje rancho na południe stąd. Jak się nazywało? La…, Le…, zresztą nieważne. Lepiej się pośpiesz, bo ten rycerz nie będzie czekał. – Link chwilę obserwował Magusa, po czym zaczął biec w kierunku wyjścia – Pamiętaj Linku, musisz wygrać, nie tylko dla siebie, ale też dla mnie hehehe.

Opuściwszy mury zrujnowanego miasta Hyrule, Link natychmiast wskoczył na, stojącą obok zniszczonego mostu, Eponę, po czym ruszył galopem w kierunku Lon Lon Ranch. Pędząc w jego kierunku można było ujrzeć, jak z rancza unosi się wysoki słup czarnego dymu. Bojąc się o najgorsze, Link popędził klacz, która jak gdyby sama zdawała sobie sprawę, że miejsce jej narodzin jest zagrożone. Do celu zostało kilka metrów, gdy elf ujrzał uciekającego z rancza, wąsatego robotnika.
- Chłopcze uciekaj – krzyknął Ingo – To Ganondorf  zesłał na nas swój gniew. Uciekaj, póki jeszcze możesz.
Jednak Link nie zważał na ostrzeżenia tchórzliwego stajennego, tylko wbiegł na teren rancza.

Stajnia i pobliski dom płonęły. Na szczęście większość koni zdołała uciec, co nie można powiedzieć o właścicieli rancza. Talon stał przy murze, tuląc do siebie swoją córkę. Nightmare z każdym krokiem przygważdżał swe ofiary, uniemożliwiając im ucieczkę. Fioletowe oko, na jego mieczu, chciwie patrzyło się na ojca i córkę, prawie przemawiając go rycerza, że chce ich duszy.
- Ty ohydna bestio – rzucił Talon do Nightmare – zrób co chcesz ze mną, ale daj żyć mojej córce.
- Błagania nic wam nie pomogą – odpowiedział rycerz, gardłowym głosem – Obydwaj staniecie się moją ofiarą.
Potwór uniósł Soul Edge, by jednym ciosem powalić obydwu wieśniaków, gdy nagle poczuł w plecach ból. Ostrze upadło kilka centymetrów od rodziny, a Nightmare z bólu padł na kolana. Talon wykorzystał tę chwilę, uciekając z Malon w kierunku wyjścia z rancza, mijając po drodze Linka, celującego łukiem w rycerza.
- Dzięki chłopcze – rzucił Talon do elfa.
Nightmare wyciągnął wbite w plecy strzały, miażdżąc je swoją zmutowaną dłonią.
- Rozerwę twoją duszę na strzępy – krzyknął do elfa, rzucając się w jego kierunku, trzymając miecz oburącz. Link wystrzelił w bestię kilka strzał, jednak pociski były z łatwością odbijane przez ogromny miecz. W końcu rycerz wykonał zamach z nad głowy, trafiając w tarcze przeciwnika. Szybko wycofał ostrze, tym razem tnąc horyzontalnie, jednak elf zdążył odskoczyć do tyłu. Link szybko schował łuk, po czym, chwytając za miecz, próbował skontrować, ale jego ostrze starł się z Soul Edge rycerza. Przez dalszy ciąg walki, obydwoje wymieniali się ciosami, trafiając to albo w tarczę, lub miecz przeciwnika, lub po prostu rozcinając powietrze w miejscu wcześniejszego pobytu swego celu. Choć Link był szybszy i zwinniejszy, Nightmare miał przewagę wagi i siły i on nieraz był bliski zadania śmiertelnego ciosu. W jednym momencie, Nightmare ponownie wykonał zamach z nad głowy, co Link przyjął na tarczę. Wykorzystując wagę wielkiego oręża, odbił go tak, by rycerz był chwilę pozbawiony możliwości kontr ataku. Elf natychmiast zaatakował, jednak zanim miecz zdołał dotknąć zbroi potwora, Nightmare chwycił młodzieńca, swym zmutowanym łapskiem, ciskając nim w pobliski mur. Link trafił w ścianę plecami, pozostawiając w konstrukcji duże wgłębienie. Sam elf wstał, mimo bólu, który czuł w plecach. Niestety Nightmare nie dał ani chwili na odpoczynek, przybijając całym swym ciałem elfa do ściany. Mur łatwo się poddał, a Link przeleciał na drugą stronę, spadając z pięciometrowej skarpy. Na jego szczęście, opadające wzgórze złagodziło upadek. Przeturlał się kilka metrów, zanim się w końcu zatrzymał całe jego ciało było obolałe. Jakimś cudem wciąż trzymał w lewej ręce miecz, a w prawej tarczę. Z kieszeni wyjął okarynę, wygrywając na niej krótką melodyjkę. Ku jego uciesze, usłyszał rżenie konia i odgłos zbliżających się kopyt. Niestety do jego uszu dobiegł ryk szarżującej na niego bestii. Mimo bólu, zmusił swe ciało do wstania na nogi, a następnie, schyliwszy się pod horyzontalnym cięciem przeciwnika, po czym zaczął biec. Epona szybko do niego dobiegła, pozwalając elfowi wskoczyć w biegu na jej grzbiet. Krążąc wokół rycerza, elf strzelał w niego z łuku. Na początku większość strzał Nightmare z łatwością odbił, ale w końcu nieustanna kanonada dała skutek. Pojedyncza strzała przebiła pancerz na lewej nodze rycerza, zrzucając go na klęczki. Kolejne pociski nie miały problemów z dotarciem do swego celu. Groty przebijały zbroję, jakby był z papieru, lub trafiały w nieosłoniętą prawą, zmutowaną, rękę. Gdy w końcu skończyły się strzały, Link pociągnął lejce, kierując Eponę w kierunku klęczącego rycerza, by zadać ostateczny cios. Ale Nightmare spojrzał nagle na swego przeciwnika, wydając w jego kierunku bardzo głośny ryk, na co klacz ze strachu stanęła dęba, zrzucając swego jeźdźca na ziemię, po czym rzuciła się do ucieczki. Nightmare chwycił swój miecz, a następnie, lekko utykając, podszedł do leżącego przeciwnika. Ból był zbyt wielki, żeby mógł wstać. Link mógł tylko patrzeć na zbliżającego się kata.
- Twoja śmierć to tylko początek jeszcze większego cierpienia – powiedział Nightmare, unosząc Soul Edge, gdy nagle trafiła go ognista kula, zrzucając go z nóg, dodatkowo wypuszczając z rąk Soul Edge, który wylądował metr dalej.
- Szybko elfie – ktoś krzyknął z oddali - zniszcz jego miecz.
Te słowa podziałały jak potężny zastrzyk adrenaliny. Link natychmiast wstał, szybko dobiegając do leżącego Soul Edge, unosząc nad nim swój Master Sword.
- Nie – Nightmare natychmiast wstał, ale było za późno. Młodzieniec wbił swój miecz w fioletowe oko, przekręcając swoje ostrze niczym klucz. Przeklęty miecz pękł na kilka kawałków, a jego właściciel wydał ostatni, żałosny jęk, padając na ziemie, jak powalone drzewo. Link chwilę patrzył na martwą zbroję. Wygrał, choć to zwycięstwo nie miało znaczenia. W końcu zmęczenie i ból dały górę i bohater zemdlał.

Magus obserwował wszystko przez, powstałą w czasie pojedynku, dziurę. Jego uwagę przykuł Master Sword, wbity w pozostałościach po Soul Edge. Teraz miał najlepszą do tego okazję, właściciel miecza leży nieprzytomny. Jednak gdy zrobił krok do przodu, usłyszał za sobą, charakterystyczny dla otwieranego portalu, świst, a na szyi poczuł ostrą krawędź czarnego miecza.
- Reaver – powiedział czarodziej – Jak sądzę, przybyłeś pogratulować zwycięscy.
- Nie potrafisz wziąć dobrej rady i nie wtrącać się.
- Pomyślałem, że trochę pomogę i przy okazji coś sobie wezmę, ale to ostatnie będzie chyba musiało poczekać.
- Ostrzegałem cię przed ingerencją, ale skoro tak chcesz-
- Wykończysz mnie po finale.
Bóg wykonał zamach swym ostrzem, jednak Magus zdążył się rozpłynąć się w powietrzu.
- Tamci dwaj się z tobą rozprawią - Reaver spojrzał na tlące się jeszcze szczątki budynków - Narobiłem niezły bałagan – wzrok boga wrócił się na leżących wojowników. Prostym gestem sprawił, że martwa zbroja Nightmare’a i jego miecz znikły w czarnej sferze. Następnie, złączył ręce. Ciało Linka zostało otulone przez delikatne światło, które uleczyło jego rany. Po chwili, elf wstał.
- Gratulacje Linku – chłopak natychmiast zauważył boga, stojącego w dziurze w murze – Pokonując swego przeciwnika dowiodłeś, że zasługujesz na trzecie miejsce. Choć nie mogę spełnić twego życzenia, wynagrodzę ci to zwycięstwo małą radą – Reaver spojrzał w kierunku zamku – Wróć do świątyni czasu. Wewnątrz czeka na ciebie ktoś, kogo na pewno znasz. Ona da ci broń, dzięki której pokonasz twego wroga. Co do Lon Lon Ranch, nie martw się. Przywrócę je do stanu z przed twego pojedynku z Nightmare – to powiedziawszy, Reaver uniósł dłonie w górę. Leżące na wzgórzu głazy zaczęły unosić się, łącząc w dziurze – Będę obserwował twoje zwycięstwo Linku. Żegnaj.
Po chwili, mur był cały, czarny dym, unoszący się ze spalonych budynków znikł, a z rancza można było usłyszeć wesołą melodyjkę, śpiewaną przez Malon. Link spojrzał w kierunku zamku, po czym wyjął okarynę, wygrywając na niej pieśń Epony. Klacz posłusznie przybiegła na wezwanie. Link spojrzał ostatni raz na miejsce, gdzie stał Reaver, po czym chwycił swój miecz i dosiadł Eponę, ruszając w kierunku świątyni czasu.

9
Faza pucharowa / Walka Półfinałowa I: Link VS Tifa
« dnia: Lipiec 22, 2007, 03:08:09 pm  »
Link biegł przed siebie. Zewsząd otaczała go ciemność. Biegł tak przez dłuższy czas, nie znając swego celu. Nie. On nie biegł, tylko uciekał. Uciekał przed dwoma postaciami, które na przemiennie wyłaniały się z otaczającej pustki. Jedną z nich był ciemnoskóry mężczyzna, odziany w czarną zbroję. Drugą odziany w fioletowy płaszcz siwo włosy mag, o bladej jak śnieg cerze. Obydwa te obrazy pokazywały się Linkowi, nie pozwalając mu odpocząć. Musiał przed nimi uciec, ale gdzie. Nagle coś go wyciągało z tego koszmaru.

Gdy się ocknął, leżał na zimnym kamieniu. Chwile się rozglądał po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Komnata była wysoka, zbudowana z szarego kamienia. Jedynym oświetleniem było pojedyncze okno, przez które padał światło słoneczne. Zaś na środku pomieszczenia, na niewielki podwyższeniu stał niewielki ołtarzyk, na którym były wymalowane trzy trójkąty. Link szybko przypomniał sobie, że znajduje w świątyni czasu. Nerwowo spojrzał na lewą rękę, z ulgą ujrzawszy trzymany w niej Master Sword. Elf wstał, po czym opuścił świątynię, wychodząc na zewnątrz.
Miasteczko Hyrule miało lepsze dni. Niegdyś zamieszkałe przez wesołych ludzi, teraz jest zredukowane do ruin. Słońce, które mogłoby rzucić choć cień nadziei, było zasłonięte gęstą warstwą chmur, które żaden wiatr nie przegoni. Link powoli wszedł na rynek miasta, rozglądając się po zniszczonej okolicy. Pamiętał jeszcze, jak to niegdyś gwarne miejsce było wypełnione straganami. Teraz nic tu nie ma, oprócz kilku zniszczonych ścian i walących się po podłożu zwłok. Za to wszystko odpowiada mężczyzna, który przysiaduje teraz w pobliskiej fortecy. Nagle, Link wyczuł, że nie znajduje się sam. Na drodze w kierunku bram miasta stał, odziany w czarny płaszcz, mężczyzna. Na głowie miał założony kaptur, ukrywając jego twarz.
- Zostałeś wybrany – Zaczęła postać – Przez ostatnie dwie walki będziesz mnie reprezentować.
- … - spytał Link
- Tak. Twoje zwycięstwo przyniesie mi chwałę, za co hojnie cię wynagrodzę – bóg uniósł ręce. Budynki przybrały wygląd sprzed siedmiu lat – Zbliża się chwila spełnienia twych marzeń, ale pamiętaj. Najmniejszy błąd sprawi, że to marzenie pryśnie jak bańka mydlana – pstryknięcie palcami rozmyło utworzoną iluzję, przywracając zniszczone budynki – Jeśli jesteś gotów? – bóg wyciągnął przed siebie rękę, tworząc przed sobą ciemny portal – Twój następny przeciwnika czeka.
Link powoli szedł w kierunku przejścia. Nagle wyczuł, że obserwuje ich ktoś trzeci.
- Nie martw się – uspokoił go mężczyzna – Ja się nim zajmę. Nie zawiedź mnie.
Elf przytaknął do boga, po czym wszedł do czarnego portalu, który natychmiast za nim się zamknął.
- Wiem że tu jesteś i że nas słyszałeś. Przede mną się nie ukryjesz.
Na drodze, do czarnego zamku, zmaterializowała się postać w fioletowym płaszczu. Podobnie jak boga, jego twarz przysłaniał kaptur.
- Magusie, wiem co chciałeś zrobić. Nie pozwolę ci dłużej ingerować w naszym świętym turnieju.
- Wielki bóg Reaver mnie rozpoznał. Jestem zaszczycony – Magus zdjął kaptur, ukazując swą bladą jak śnieg twarz – Jeśli wiedziałeś od dłuższego czasu o moich planach, czemu dopiero teraz chcesz mnie powstrzymać.
- Uważaliśmy twoje knucia za zabawne, ale ostatnio poszedłeś za daleko. Teraz, gdy turniej wchodzi w decydującą fazę nie mogę pozwolić na ingerencję takich jak ty. Mogłeś walczyć dalej, ale zdecydowałeś oddać swoją walkę, tym samym straciłeś swoją szansę.
- Nie potrzebuję żadnego turnieju, by spełnić to co chce. Moim celem jest ten chłopak. Wiem nawet gdzie go wysłałeś i mogę się tam sam przenieść.
- Nie pozwolę ci na to czarnoksiężniku.
 - A więc chcesz walczyć? W porządku – W rękach Magusa zmaterializowała się kosa – Ci z którymi musiałem walczyć byli niczym zboże dla mej kosy, ale pojedynek z bogiem to dopiero wyzwanie.
- A więc będzie jak chcesz – Z rąk Reavera buchnęły czarne kłęby dymu, formując dwa miecze. Bez chwili namysłu, obydwaj rzucili się na siebie.

Tifa powoli otworzyła oczy. Ostatnio pamięta, że walczyła z jakimś blondynem, po czym coś ją oślepiło i zjawiła się tutaj. Znajdowała się na wieży, otoczonej zewsząd przez ciemność. Podłoże przypominało witraż, przedstawiający walczących między sobą wojowników, obserwowanych przez dziesięć postaci. Jeden z wizerunków przedstawiał ją. Nagle, po drugiej stronie areny otworzył się czarny portal, z którego wyszedł, obrany na zielono, elf. Przejście za nim natychmiast znikło.
- …? - spytał Link ujrzawszy dziewczynę.
- Takie samo pytanie mogłabym zadać tobie
Obydwoje nagle poczuli, że ktoś ich obserwuje. Nad arenę unosiła się czarno włosa kobieta, której twarz była zakryta czarną maską. Dodatkowo na podłożu, słabym światłem zaświeciły wizerunki Tify i Linka.
- No to mamy odpowiedź na nasze pytania. Jesteśmy kolejnymi przeciwnikami.
Link wyciągnął swe wyposażenia, a Tifa przyjęła pozycję bojową.
- Zaczynajcie – rzuciła bogini.
Pierwszy ruch wykonał Link, rzucając się na swoją przeciwniczkę. Tifa jednak zwinnie unikała ostrze elfa, a gdy ten wykonał pchnięcie, chwyciła go za nadgarstek, uderzając kolanem w brzuch i przerzucając przez ramię. Uderzenie plecami o twardy grunt szybko skłoniło Linka do zmiany strategii. Obydwoje stało naprzeciw siebie, czekając, aż przeciwnik wykona pierwszy ruch. Żaden nie chciał wykonać pierwszego ruchu, przez to pojedynek wydłużał się coraz bardziej. W końcu Link wyciągnął z pod ubrania bumerang, rzucając nim w kierunku dziewczyny. Tifa zwinnie uchyliła się pod nadlatującym pociskiem, po czym rzuciła się na elfa, jednak uderzenie w tył głowy przypomniało jej o powracającej naturze bumerangów. Link szybko wykorzystał chwilowe ogłuszenie przeciwniczki, pozostawiając na brzuchu dziewczyny lekką ranę. Choć milimetry dzieliły ją od zostania przeciętą na pół, ten chwilowy dotyk zimnej stali podziałał na nią, jak zastrzyk adrenaliny. Natychmiast rzuciła się na elfa, zalewając go gradem ciosów. Link nie był tak zwinny jak Tifa, jednak zdołał uniknąć kilka uderzeń, ale w końcu powaliło go na ziemie kopnięcie z półobrotu. Dziewczyna nie dawała za wygraną, podbiegając  do powoli wstającego wroga, uderzając go pięścią z całej siły w brzuch. Choć zdołał się osłonić tarczą, siła uderzenia posłała go przez całą długość areny, zatrzymując się przy krawędzi. Z zdziwieniem patrzył na głębokie wygięcie na jego osłonie. Tarcza nadawała się już na złom. Jednak nie czas na rozczulanie się nad taką błahostką. Tifa wyskoczyła w kierunku elfa, by ostatecznym ciosem wbić go w ziemię. W ostatecznej desperacji, Link wyciągnął nogi, trafiając dziewczynę w brzuch, po czym przerzucił ja za krawędź areny. Patrzył chwilę na spadająca w czarną otchłań przeciwniczkę, gdy nagle jej ciało błysnęło, po czym zniknęła. Yuzuriha wyciągnęła w jej kierunku rękę. Z pewnością to ona gdzieś ją przeteleportowała.
- Reaver, walka skończona. Teraz moja kolej – powiedziała bogini, trzymając palec, przy skroni, po czym zwróciła się do Linka – Dobra robota elfie, ale czy tym zwycięstwem zasłużysz sobie na zwycięstwo, jeszcze się okaże.
Bogini ponownie wyciągnęła rękę w kierunku elfa, otaczając go światłem, w którym zaczął się unosić. Link poczuł jak zasypia.

W między czasie, pojedynek pomiędzy bogiem, a czarnoksiężnikiem pozostawił widoczny ślad na otoczeniu. Część budynków była całkowicie zawalona, lub nosiły znaki uderzenia czarów o ich ściany. Reaver i Magus na przemiennie wymachiwali na siebie swoją bronią, trafiając to w broń przeciwnika, to rozcinając powietrze w miejscu, gdzie sekundę temu stał wróg. W jednej takiej chwili, Magus wyskoczył na sporą odległość od boga, po czym zaczął rzucać w kierunku przeciwnika kulami ognia. Reaver na to skrzyżował ręce na wysokości głowy, tworząc przed sobą przezroczystą tarczę, o którą rozbijały się ciskane przez magika czary. W końcu siwowłosy zaprzestał kanonady, wyskakując na swojego przeciwnika z kosą gotową do zamachu. Reaver wystawił przed siebie swoją broń, zatrzymując ostrze kosy w miejscu skrzyżowania mieczy. Magus, siłując się z bogiem, patrzył głęboko w jego twarz, albo raczej w to, co było schowane głęboko pod kapturem. Nagle czarny, wyczuwając telepatyczną wiadomość od Yuzurihy, szybkim ruchem uwolnił swoją broń, wyskakując w kierunku jednego z nielicznych budynków, które nie zostały doszczętnie zniszczone, delikatnie lodując na dachu.
- Co się stało – spytał Magus – tchórzysz?
- Pojedynek się zakończył.
- Na pewno wygrał mój faworyt, czyż nie?
- To jeszcze nie zdecydowane. Dopiero po naradzie zostanie wyłoniony zwycięzca. Najważniejsze, że ty nie ingerowałeś w pojedynku.
- Daruj sobie. Wiem dobrze, że ten nasz pojedynek był tylko dla zdobycia kilku punktów dla ciebie. Nie ważne czy wygra, czy nie, Ja zdobędę to na czym mi zależy.
- … Magusie. Los dawno zadecydował o twym przeznaczeniu i tylko my możemy je zmienić. Możesz stworzyć tylko alternatywne ścieżki, które doprowadzą cię do twego-
- Zamknij się – przerwał czarnoksiężnik – Los nie decyduje na przeznaczeniem. To człowiek ma wpływ na swoją przyszłość. Nie potrzebuję waszej pomocy. Mogę sam zyskać co chce, a jest nim miecz tego chłopaka. Dzięki niemu w końcu będę miał swoją zemstę.
- Dziecinna wymówka. Zrobisz tak jak chcesz, ale poznasz znaczenie mych słów, gdy nadejdzie twój czas. Ostrzegam tylko, że dalsza ingerencja w turnieju będzie kosztować twoje życie – Reaver utworzył czarny portal, w którym natychmiast znikł.
- Powiedziałem zamknij się – Magus wystrzelił w kierunku boga ognisty pocisk, jednak czar tylko przeleciał przez zamykające się przejście.
- Nie zmienisz swego przeznaczenia – słowa Reavera odbijały się chwilę echem po okolicy

10
Faza pucharowa / Walka XI: Tidus VS Tifa
« dnia: Lipiec 08, 2007, 04:34:04 pm  »
Stadion jak zwykle był pełen widzów, którzy przyszli dopingować swoją ulubioną drużynę. Trwał finał turnieju otwierającego nowy sezon Blitzball. W wielkiej, wypełnionej wodą, kuli pływało dwunastu zawodników, podzielonych na dwie drużyny po 6. Po jednej stronie byli ubrani w filetowe bezrękawniki i szare spodnie, Luca Goers. Ich przeciwnikami byli Besaid Aurochs, których większość nosiła żółte spodnie, zakrywające brzuch na wysokość piersi, z wyjątkiem jednego, blond włosego zawodnika, który był ubrany w żółtą koszulkę i niebieskie spodnie. Aktualnie trwała druga połowa. Wynik był 1:0 dla Aurochs, jednak nie na długo.
- GOOOOOOOOOOOOOOL – krzyknął jeden z komentatorów – Goersi po długiej walce zdołali zremisować.
- Keepa po prostu nie miał szans na obronienie tego strzału, jednak dotąd dzielnie znosił strzały ze strony Vuroja i Abusa.
- Teraz zostały tylko 2 minuty. Od celnego strzału Datto na początku pierwszej połowy obydwie drużyny stworzyły wiele groźnych sytuacji, jednak sprawna obrona nie pozwoliła przepuścić żadnego gola, do teraz. Więc zapowiada się, że będziemy mieć remis, chyba że zdarzy się cud.
Na trybuny weszła długowłosa brunetka, ubrana w czarny, skurzany bezrękawnik i spódnicę tego samego koloru. Chwilę się rozglądała, po czym usiadła na pierwszym wolny miejscu. Mecz został wznowiony, a dwóch kapitanów wyskoczyło w kierunku piłki.
- Piłkę przejmują Goersi. Długie podanie do Abusa i rzut do Vuroji, aau, Abus poczuje to uderzenie Botta. Vuroja chwyta piłkę i strzela, Keepa broni.
- Naprawdę groźna akcja, ale Keepa dwukrotnie na tą samą sztuczkę się nie nabierze.
- Na zegarze została ostatnia minuta. Jeśli Aurochsi teraz nie strzelą, podzielą się pucharem z przeciwnikami. Piłka leci do Wakki, a w między czasie Goers wracają do obrony. Wakka podaje do Tidusa, przeszła, o-o, na jego drodze staje mur z trzech zawodników.
Cały stadion wypełnił wspólny okrzyk „Jecht Shot”
- Fani sami podsuwają mu co ma robić. Teraz jedyny sposób, by uspokoić ten tłum, to spełnić ich żądanie.
Jeden z obrońców rzucił się na Tidusa, jednak ten zwinnie uniknął uderzenia, po czym kopnął piłkę w kierunku pozostałej dwójki, trafiając jednego z nich w twarz. Zawodnik uderzył pięścią w powracającą sferę, ogłuszając drugiego obrońcę celnym trafieniem w skroń, a następnie wzbił się w górę, robiąc bardzo szybko piruety, by w końcu kopnąć piłkę, która niczym pocisk poleciała w kierunku bramki. Bramkarz zdołał zareagować, gdy sfera była już w siatce. Równo z golem zabrzmiała syrena kończąca mecz.
- GOOOOOOOOOOOOLLLLLL. W ostatniej sekundzie, Aurochs ustawiają wynik 2:1.
- Trudno uwierzyć, że niegdyś była to najgorsza drużyna Spiry. Aurochs zasłużenie wygrali puchar.
- Po takim turnieju otwierającym nowy sezon możemy tylko spodziewać się kolejnych równie emocjonujących meczy i wielu goli.
Zdobywca zwycięskiej bramki podpłynął do krawędzi boiska, unosząc ręce w górę. Siedzące obok dziewczyny zareagowały na ten gest radosnym piskiem. Tifa obserwowała go, jak odpływa, razem z resztą zespołu.

Minęło kilka godzin. Zachodzące słońce zabarwiło niebo na kolor żółto-pomarańczowy. Tifa stała przy barierce, patrząc na ogromną sferę wody, podtrzymywanej w powietrzu za pomocą nieznanej siły. Oprócz jej nikogo na stadionie nie było. Po zakończeniu meczu wszyscy opuścili stadion, udając się do domu, lub świętować zwycięstwo swej drużyny w barze. W końcu usłyszała za sobą czyjeś kroki. To był Tidus. W ręce trzymał niebieską Blitzball.
- Wybacz to, że musiałaś tyle czekać, ale miałem do załatwienia kilka spraw, no wiesz, fani, kilka wywiadów.
- Rozumiem. W końcu jesteś gwiazdą zespołu jak sądzę – Tifa chwilę rozglądała się po okolicy – Ale czemu akurat wybrałeś to miejsce na nasz pojedynek?
- Nie miałem na myśli, że chcę się tu z tobą pojedynkować. Mam inną propozycję – Blondas rzucił piłką w dziewczynę. Tifa odruchowo ją złapała, chwilę się jej przyglądając.
- Chcesz powiedzieć …
- Zgadłaś – chłopak wskazał palcem na lewitujący basen – co powiesz na szybki mecz. Pierwszy gol wygrywa.
- Sama nie wiem. Ja sama przeciwko tobie …
- Nie mówiłem nic o jeden na jeden.
Po tych słowach głośno gwizdną. Na widownie weszło sześciu ubranych w żółte spodnie zawodników. Przodował im rudowłosy mężczyzna z grzywką uczesaną na czub.
- To z nią chcesz grać. Ja nie mam nic przeciwko, ale co na to powie Yuna.
- Nie martw się Wakka. Nic się nie stanie, jeśli zagramy z nią krótki meczyk  - ponownie zwrócił się do Tify – 4-na-4. Naturalnie dostaniesz lepszą drużynę i nie będę używać mojego super strzału. Pierwszy gol, wygrywa. Co ty na to.
Tifa chwilę patrzyła to na piłkę, to na boisko.
- Chyba się tam nie uduszę?
- Woda jest natleniona. Możesz tam oddychać, jakbyś była na świeżym powietrzu.
- No to grajmy – po tych słowach, cisnęła piłką w kierunku kuli wody.

Chwilę potem wszyscy byli w wodzie. Na drużynę Tify składali się: Datto, Jassu, oraz Keepa na bramce. Przeciwko sobie miała: Botta na bramce, Letty, Wakka i naturalnie Tidusa, trzymającego piłkę. Chociaż byli pod wodą, czuła, że może swobodnie oddychać, jakby była na świeżym powietrzu. Nagle poczuła nagłe uderzenie w brzuch. Tidus cisnął w jej kierunku piłkę, która znajdowała się teraz przed nią. Porozumiewawczo blondas wykonał gest w stylu „panie pierwsze”. Tifa chwyciła sferę, po czym, trzymając ją przy piersi, zaczęła powoli płynąć w kierunku bramki przeciwnika. Szybko zauważyła, że inni zawodnicy śmieją się z niej, złośliwie ją naśladując, jakby trzymała małe dziecko. Natychmiast nabrała pewności siebie i zaczęła płynąć szybciej, pomagając sobie drugą ręką, wciąż trzymając w niej piłkę. Tidus porozumiewawczo spojrzał na swych kolegów, po czym zaczął kierować się w stronę dziewczyny. Widząc szarżującego na nią przeciwnika, Tifa wykonała szybki unik. O dziwo, blondas nawet nie wykonał żadnego ruchu, by pozbawić ją piłki, tylko odpłynął dalej. Jednak gdy spojrzała w kierunku bramki, ujrzała dwóch mężczyzn szarżujących na nią. Uderzenie w brzuch na sekundę ją ogłuszyło, niestety piłkę odebrał jej Wakka, po czym posłał ją do Tidusa. Mogła teraz spróbować dogonić napastnika, ale nie była tak szybka jak on. Gwiazda zespołu zwinnie unika uderzenie Datto, po czym strzela. Podkręcona piłka szerokim łukiem ominęła Jassu, kierując się na prawy górny róg bramki. Na szczęście Keepa dosłownie końcówkami palców zdołał złapać sferę, zanim dotknęła siatki. Bramkarz odesłał zdobycz do Jassu, który to przekazał ją do Datto. Odebrawszy piłkę, zaczął płynąć w kierunku bramki przeciwnika. Tifa towarzyszyła mu, płynąc po przeciwnie stronie boiska. Gdy zostało im kilkadziesiąt metrów do bramki, Datto rzucił piłkę do Tify, po czym otrzymał bolesne uderzenie od Wakki. Błękitna kula celnie trafiła w ręce brunetki, jednak na jej drodze stanął Letty. Nie mając innego wyboru, dziewczyna zdecydowała się na strzał. Sfera musnęła o końce palców obrońcy. Choć początkowo kierowała się w kierunku bramki, pod koniec lekko skręciła trafiąc w słupek, po czym chwycił ją Botta. Tifa zaczęła szybko wracać na swoją połowę, cicho siebie przeklinając za ten niecelny strzał. Botta posłał piłkę do Wakki, który, odebrawszy przesyłkę, podał ponownie do Tidusa. Napastnik samotnie brnął na bramkę, niczym torpeda, zwinnie omijając atakujących go Dattu i Jassu. W końcu podrzucił piłkę, kopiąc ją z przerzutki. Tifa w ostatniej chwili wyskoczyła na torze sfery, ale ta nagle skręciła. Choć dziewczyna próbowała ją chwycić, jak zwykle zabrakło kilka milimetrów. Także i Keepa, mimo desperackiego rzutu, niewiele zdziałał. Piłka trafiła w bramkę, sygnalizując gol głośną syreną. Dla Tify ten odgłos oznaczał koniec turnieju. Przegrała. Tidus podpłynął do swej przeciwniczki, wyciągając do niej rękę. Brunetka uścisnęła dłoń blondasa, gratulując mu wygranej. Nagle ciało Tidusa zaczęło świecić, oślepiając wszystkich wokoło. Gdy światło zniknęło, po Tidusie nie było żadnego śladu. Zdezorientowany Wakka podpłynął do Tify, próbując zadać pytanie „co się stało”, ale nie odpowiedziała, tylko patrzyła w górę.

Tidus lewitował w ciemności. W głowie słyszał czyjś głos. W oddali ujrzał zamglony obraz wysokiej wieży. Znajdował się na niej postać w kapturze.
- Nadszedł czas – odpowiedziała postać – Czy spełnisz swoje marzenie, czy obróci się w sen, z którego powstało?

11
Faza pucharowa / Walka VII: Cyan VS Tifa
« dnia: Czerwiec 24, 2007, 10:57:21 am  »
Hala była wypełniona po brzegi wrzeszczącymi fanami. Na środku znajdował się ring bokserski, a wszystko wyglądało jakby było zrobione z plasteliny.
Johny Gomez - Co się stanie, gdy dwie postacie z popularnej serii jRPG staną naprzeciw siebie w pojedynku o najwyższą nagrodę? To rozstrzygnie się dzisiaj w specjalnym odcinku
CELEBRITY DEATHMATCH
TOURNAMENT OF THE TITANS.

   Zbliżenie na stanowisko komentatorskie, przy którym siedzą dwaj ubrani w garnitury komentatorzy.
Johnny Gomez - Witam wszystkich, jestem Johnny Gomez
Nick Diamond - A ja Nick Diamond. Powracamy po długiej przerwie, by pokazać nową walkę.
Johnny - Od dłuższego czasu na forum Squarezone, dziesiątka forumowiczów bierze udział w tak zwanym Turnieju Tytanów. Zasady są proste. Zawodnicy są przydzielani do odpowiednich par postaci, które mają walczyć między sobą. Każdy opisuje pojedynek owej dwójki, po czym umieszcza ją na forum. Ten kto napisze lepszą walkę, wygrywa, a postać pod niego przyporządkowana przechodzi do dalszych rozgrywek.
Nick – Zawody weszły w decydującą fazę, czyli fazę pucharową. A już dzisiaj przyjdzie nam oglądać siódmą walkę 1/8 finału, w której zmierzą się Tifa Lockhart i Cyan Garamonde. Ale mam jedno pytanie. Jak mamy wyciągnąć tutaj postacie z gry komputerowej?
Johnny – Na to pytanie odpowie nasz wynalazca, „Cold Stone” Steve Austin. Stone?

   Przy ringu stała dziwaczna maszyna, wyglądająca jak metalowa szafa z przypiętymi z boku pulpitem i konsolą PS2.
Stone – Odpowiedź na twoje pytanie Nick stoi obok mnie. Oto Wirtulizer 3000.
Nick – Wiesz, wygląda jak wehikuł czasu, który kiedyś skonstruowałeś. Jak on działa?
Stone – Działanie jest teoretycznie proste. Przez konsolę włączam grę, z którego dana postać pochodzi, aktywuję kilka programików do wirtualizacji i presto, nasz zawodnik pokazuje się w drzwiach.
Johnny – Mam nadzieję, że nie będzie żadnych problemów z jej działaniem.
Stone – Szczerze powiedziawszy miałem pewien problem na początku. Przez przypadek zwirtualizowałem połączonych ze sobą Clouda i Sephirotha. Sephioud narobił trochę zamieszania, próbując walczyć z samym sobą, zanim został obezwładniony. Od tamtego czasu przeprowadziłem dokładniejsze testy i teraz nie wyjdzie żadnych takich krzyżówek.
Johnny – Bierzemy cię za słowo za słowo, że nie ujrzymy żadnego Cyfa. Jest też z nami specjalny gość. Jest nim uczestnik Turnieju i zarazem nasz sponsor, The_Reaver.

   Obok komentatorów siedział mężczyzna ubrany białą koszulkę i jeansy.
 Reaver – Witam wszystkich i cieszę się, że mogę razem z wami komentować tą walkę.
Johnny – Mamy nadzieję, że pomożesz nam przedstawić zawodników, jako, że moja i Nicka wiedza na temat RPG jest, jakby to powiedzieć, marna. Ale najpierw powiedz nam jak to jest być „bogiem”.
Reaver – Powiem tyle, że to jakbyś chwycił pióro i poprowadził losy bohaterów jak tobie odpowiada, ostatecznie pozwalając wygrać swojemu faworytowi.
Nick – A jak widzisz swoje szanse w finale.
Reaver – Szczerze powiedziawszy, myślałem że odpadnę we wcześniejszej fazie, ale jeden z przeciwników zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. A teraz jeden ma problemy z internetem, a drugi zaczyna mieć to wszystko gdzieś, więc moje szanse są całkiem spore.
Johnny – Fajnie, że jesteś z nami Reaver. Przedstawmy więc naszych zawodników.

Reaver – Tifa Lockhart pochodzi z Final Fantasy VII. Pracuje jako barmanka we własnym barze 7th Heaven. Jej bronią są jej własne pięści i niech jej wygląd nikogo nie zwiedzie. Potrafi tak walnąć, że ofiara będzie się zbierać przez tydzień.
Nick – Wow. To musi być wybuchowa babka. Chciałbym ją spotkać.
Reaver – Nie radziłbym Nick. Już jest zajęta przez Clouda i nie chciałbyś spotkać jego i jego ogromnego miecza.
Johnny – Chyba Stone skończył przygotowywania, więc możemy przywitać naszego zawodnika.
Reaver – Wygląda na to, że tak.

   Drzwi Wirtulizera otworzyły się, wypuszczając zgromadzone wewnątrz, kłęby dymu. W obłoku można dostrzec zarysy postaci.
Johnny – Przywitajmy na ringu, wojowniczkę z Migdar. Tifa Lockhart.
   Z metalowej puszki wyłoniła się postać kobiety. W przeciwieństwie do wszystkiego wokoło, nie wyglądała, jak wyrzeźbiona z plasteliny, ale jak żywcem wyjęta animacja komputerowa. Bo chwili weszła na ring, wskazany przez Stone’a.
Nick – Powiem szczerze, że Stone przeszedł samego siebie.
Reaver – Zgadzam się z tobą Nick. Tifa wygląda po prostu, jakby wróciła z planu filmowego Advent Children. Niesamowite, co ci graficy potrafią zdziałać.
Johnny - …
Nick – Hej! Johnny! Ocknij się człowieku jesteśmy na wizji.
Johnny – Co? A, tak. Co możesz powiedzieć o naszym drugim zawodniku Reaver?
Reaver – Cyan Garamonde jest obecny w Final Fantasy VI. Pochodzi z Doma Castle, w którym był rycerzem. Jego rodzina, oraz wszyscy mieszkańcy zamku, zostali otruty przez wrogie imperium. Cyan jako jedyny przeżył tą rzeź. Posługuje się głównie katanami, niczym japoński samurai.
Nick – To można powiedzieć, że będzie to pojedynek starodawnych sztuk walki, z nowoczesnością.
Reaver – Można by tak powiedzieć.
Johnny – Powitajmy więc naszego, drugiego zawodnika.

   Wirtulizer ponownie się otworzył, wypuszczając postać mężczyzny.
Johnny – Przedstawiamy, rycerza Doma. Cyan Garamonde.
   Podobnie jak Tifa, Cyan wyróżniał się swoim animowanym wyglądem. Po wyjściu z maszyny, nerwowo odwrócił się chwytając za swój miecz, jednak Stone powstrzymał go, nakazując wejść na arenę.
Nick – Chyba nie codziennie ma się w kontakcie z zaawansowaną techniką.
Reaver – Cokolwiek Stone zrobił, zasługuje na medal. Cyan wygląda równie dobrze, co Tifa, zwracając uwagę na fakt, że jest normalnie pikselowym ludzikiem.
Johnny – Skoro już nasi zawodnicy są na miejscu, pora rozpocząć walkę.

   Na arenę wszedł ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, łysowaty sędzia.
Nils – Dobra. Nie obchodzą mnie zasady tych całych bogów. Chcę dobrą i czystą walkę. Zaczynajmy.
Cyan – Chcę, by wać panna wiedziała, że choć honor mi tego zabrania, nie będę wahał się unieść mój miecz przeciw tobie.
Tifa – A nie gadaj tyle rycerzyku, tylko pokaż co potrafisz, bo ja skopię ci tyłek.
Johnny – Ledwo się spotkali, a już dochodzi do ostrej wymiany zdań. Szykuje się niezły pojedynek.
   Cyan wyjął swoją broń, przyjmując postawę bojową. Obydwoje przez chwilę mierzyli siebie wzrokiem, w końcu pierwszy ruch wykonała Tifa, podbiegając do przeciwnika i uderzając go dwukrotnie pięściami w klatkę piersiową. Pod siłą uderzenia, Cyan upadł na liny.
Nick – No i mamy pierwszą krew dla Tify. Cyan z pewnością zapamięta ten cios.
   Rycerz szybko wstał, po czym rzucił się na swą przeciwniczkę, tnąc trzykrotnie kataną. Tifa zwinnie uniknęła dwóch pierwszych zamachów, jednak przy trzecim nie miała tyle szczęścia. Ostrze przeszło przez jej ramię, za które odruchowo się chwyciła. Jednak kończyna jej nie odpadła, choć wyraźnie czuła ból  w miejscu cięcia.
Johnny – Au, komuś chyba przyda się pomocna … chwila. Czy jej ręka nie powinna być odcięta.
Reaver – Rozumiem twoje zdziwienie Johnny, ale to niestety poligonowa animacja, pusta w środku. O ile ma ograniczoną wytrzymałość, to nie ujrzymy tryskających fontann krwi u nich.
Nick – Nie mogli się animatorzy postarać chociaż o maleńki krwotok.
Reaver – Zmieniłbyś zdanie, gdybyś się nie martwił o przydział wiekowy.
Nick i Johnny – Lame.
   Pojedynek ponownie nabrał tępa. Tifa natychmiast rzucił się na przeciwnika, który szybko przeciął kataną liny za sobą, po czym usunął się z drogi dziewczyny. Barmanka nie zdążyła wyhamować, lądując twarzą na betonie za ringiem.
Johnny – Chyba takie zagranie może być niedozwolone. Ciekawe co na to sędzia.
Nils – Zezwalam
Nick – No to będziemy mieć pojedynek poza ringiem.
   Cyan zeskoczył z podwyższenia, by przybyć swoją bronią dziewczynę do podłoża, jednak jego cel zdołał się przeturlać na bok, pozwalając katanie wbić się w beton. Tifa szybko wstała, ponownie rzucając się na swego przeciwnika, uderzając go pięścią w twarz. Siła ciosu posłała rycerza metr do tyłu, jednak nie stracił równowagi. Jego przeciwniczka nie dawała za wygraną, dalej zalewając wroga serią ciosów i kopnięć. Cyan jednak nie kontrował, tylko dzielnie znosił uderzenia, wymijając to wolniejsze ciosy.
Nick – Najwidoczniej nasz rycerz został zrzucony do defensywy.
Reaver – Raczej powiedziałbym, że gromadzi siły na jedną ze swoich technik.
Johnny – Gromadzi siły? Dostając srogie baty?
Reaver – Zaraz zobaczycie.
   Ciało Cyana nagle błysnęło błękitną aurą, po czym zwinnie usunął się przed kopniakiem dziewczyny, uderzając kataną w plecy dziewczyny. Barmanka natychmiast obróciła się, próbując skontrować cięcie rycerza, jednak ten ponownie bezszelestnie uniknął ciosu, atakując tym razem z boku. Brunet chwilę jeszcze lawirował wokół dziewczyny, nie stawiając żadnego kroku, tnąc swym mieczem dwukrotnie. Tifa padła na kolana. Całe jej ciało bolało. Choć było całe, czuła ogromny ból i gniew.
Johnny – To musi boleć. Wygląda na to, że Tifa długo nie uciągnie.
Reaver – Do końca tego bym nie powiedział. Tifa jeszcze wszystkiego nie pokazała.
   Cyan stał nad klęczącą Tifą, przystawiając koniec ostrza do jej gardła.
Cyan – Nie chcę zabijać takiej młodej panny. Poddaj się, a życie ocalisz.
Tifa – W twoich snach.
   Przez dziewczynę przeszła fala potężnej energii. Widząc to Cyan cofnął się o parę centymetrów.
Reaver – Panie i panowie, Tifa odpala swój Limit Break. Na początek Beat Rush.
   Tifa podbiega do przeciwnika i uderza trzykrotnie pięściami, a następnie kopniakiem w twarz.
Reaver – I kolejno Somersault i Water Kick.
   Po czym podcina nogi rycerza, by chwycić i przerzucić go przez ramię.
Reaver – Teraz Meteodrive, Dolphin Blow i Meteor Strike
   Rycerz kolejno otrzymuje uderzenie pięścią w podbródek, barmanka unosi mężczyznę na głową, by po wyskoku rzucić na arenę.
Reaver – I na sam koniec ostateczny cios.
   Tifa wskoczyła na arenę i zaczęła gromadzić energię w swej dłoni. Na to Cyan szybko wstał, by podbiec do dziewczyny i zadać ostatni cios.
Reaver – Final Heaven.
   Zanim Rycerz zdołał wykonać zamach swą kataną, otrzymał na klatę potężne uderzanie, które posłało go w kierunku ściany, w której powstała dziura. Po Cyanie nie pozostał ślad na arenie.
Reaver – To chyba było na tyle.
   Do Tify podszedł sędzia, unosząc jej prawą dłoń.
Nils – Zwycięzcą jest, Tifa.
Johnny – Spektakularne zwycięstwo dla Tify.
Nick – Z pewnością zasługuje na awans do dalszej rundy turnieju po tym co zrobiła.
Reaver – Tego jeszcze nie wiadomo. Wciąż pozostaje kwestia głosowania i Cyan może jeszcze awansować.
Nick – Przecież Cyan już nie żyje. Musielibyście go wkrzesić, czy coś.
   Oczy Reavera zaświeciły wściekłą czerwienią, a jego głoś przybrał demoniczny odgłos.
Reaver – Nie doceniasz mocy bogów.
Johnny – Jednak mamy nadzieję, że Tifa awansuje i ty też będziesz mógł uczestniczyć w finale turnieju Reaver – Dzięki.
Johnny – I to by dziś było na tyle. Dla was mówili Johnny Gomez.
Nick – I ja Nick Diamond
Johnny – Good Fight, Good Night.

12
Faza pucharowa / Walka I: Dante VS Yuffie
« dnia: Czerwiec 03, 2007, 08:49:26 pm  »
   Ściany pomieszczenia były przyozdobione głowami potworów, przebitymi mieczami. Wyposażenie, na które między innymi składały się perkusja, głośniki, z których leciał jakiś rockowy kawałek, i stół bilardowy, mówiło iż jest to jakiś klub. Przy biurku siedział białowłosy mężczyzna, ubrany w czerwony płaszcz i koszulę tego samego koloru. Stojący obok telefon zaczął dzwonić.
- Devil May Cry – odpowiedział Dante do słuchawki – Przepraszam. W nocy zamknięte.
Siwowłosy odłożył słuchawkę, jednak po chwili telefon znowu zaczął dzwonić.
- Powiedziałem, że zamknięte.
- Dante Alighieri? Syn Sparty? – odpowiedział głos w słuchawce.
- Hę? Pierwszy raz mnie ktoś tak nazywa, ale mój ojciec ma na imię..
- Twój kolejny pojedynek Turnieju Tytanów odbędzie się na rynku. Bądź tam za 10 minut, synu Szpady
- Mój ojciec nazywa się Sparda – krzyknął Dante do słuchawki, jednak odpowiedziało mu tylko ciągły odgłos – Turniej Tytanów co? – obok wisiała kartka z zestawieniem grup. Wzrok półdemona spoczął na drugim miejscu grupy C – Yuffie Kisaragi. To będzie bułka z masłem.
Nagle przez drzwi przebił się motor, na którym siedziała długowłosa kobieta.
- Zwolnij mała – odpowiedział Dante, po czym chwycił za wiszący nieopodal miecz.
- Ty jesteś Dante?
- Przykro mi jestem aktualnie zajęty. Zajmę się twoimi kłopotami, czymkolwiek są, jak wrócę.
- Co? Czekaj – kobieta próbowała powstrzymać mężczyznę – Demon, który chce zawładnąć światem ludzi, wkrótce się przebudzi. Musisz mi pomóc.
- Może nawet sam Szatan wpaść z wizytą, ale Turniej Tytanów ma teraz pierwszeństwo.
Po tych słowach Dante wyszedł przez zniszczone drzwi, idąc w kierunku miejsca jego kolejnego pojedynku.

   W między czasie.

- Turniej Tytanów właśnie nabiera rozpędu – wielki monitor, zawieszony nad wejściem do Battle Square pokazywał kilka losowych akcji Turnieju – Z pośród 32 uczestników została wyłoniona szczęśliwa 16. Oto zawody bogów wchodzą w fazę pucharową. Już dziś wieczorem odbędzie się pierwszy pojedynek. Yuffie Kisaragi vs Dante Alighieri, co? On nie ma nazwiska,  to sorry, Syn Szpady Sparty, a Spardy, wiedziałem. Pojedynek ten zostanie wyświetlony na żywo tylko na Battle Square. Bądźcie z nami.
- Ale będzie jazda – Yuffie krzyczała uradowana. Obok niej stała Tifa.
- Ta. Jasne – Skomentował Cloud, opierając się plecami o ścianie niedaleko od dziewczyn.
- Nie bądź taki smutas. W końcu po części dzięki tobie wyszłam z grupy.
- Koleś nawet się nie starał.
- Wiesz Yuffie – wtrąciła się Tifa – Mogłabyś się nie nabijać z Clouda. W końcu stracił jedyną szansę a milion na ponowne spotkanie Jej.
- Masz rację wybacz Cloud. Przy okazji, gdzie jest Vincent?
- Mówił, że idzie spać.
- Co jest z wami. To że z naszej piątki tylko my dziewczyny awansowałyśmy, nie znaczy, że macie wszyscy wpadać w depresję.
- Pani Yuffie Kisaragi – rzucił głos z głośników – proszona jest o wejście na arenę.
- No to na mnie pora. Trzymajcie za mnie kciuki.
- Daj z siebie wszystko – odpowiedziała Tifa
Ninja powoli zaczęła iść w kierunku schodów prowadzących na arenę. Wszystkie kamery odwróciły się jej stronie, a telebim pokazywał ją.
- I oto Yuffie Kisaragi idzie na spotkanie z przeznaczeniem – Salę wypełnił ryk wiwatujących kibiców – Czy wyjdzie z tego cało i czy będzie dalej reprezentować nasz świat w Turnieju? Pamiętajcie, na żywo tylko u nas na Battle Square. Zostańcie z nami.
Yuffie na chwilę odwróciła się w kierunku tłumu, po czym uniosła prawą dłoń, na co  ludzie zareagowali większym krzykiem. W końcu pchnęła drzwi wejściowe na arenę.

   Znajdowała się w jakimś mieście. Fontanna na środku sporego placu sugerowała, że jest na rynku. Była noc, którą oświetlał jedynie księżyc w pełni. Budynki miały odcień ciemnej szarości, a brak ludzi dodatkowo potęgował nastrój przygnębienia. Jedynym optymistycznym akcentem była fontanna, z której tryskała woda pionowym strumieniem, oraz kilka drzew rosnących na obwodzie koła. Jednak Yuffie nie była ty długo z sama. Z jednej alejek szedł siwowłosy mężczyzna z mieczem na plecach. Po wejściu na rynek zaczął się rozglądać po okolicy, aż jego wzrok nie uchwycił dziewczyny.
- Hej ty. Nie wiesz kiedy niejaka Yuffie Kisaragi przybędzie?
- Hę? Eee. Ja jestem Yuffie.
- Aha. To moim przeciwnikiem jest jakiś dzieciak. To może uwinę się do jutra.
- Co? Ja nie jestem żadnym dzieckiem dziadku.
- Hehehe. Uważaj kogo nazywasz dziadkiem, bo może ci łatwo skopać tyłek. Jestem Dante, twój przeciwnik – po tych słowach, półdemon chwycił za rękojeść miecza, przyjmując pozycję do walki – Jednak mam nadzieję, że będziesz jakimś poważniejszym przeciwnikiem, niż te potwory, co ostatnio zabijam.
Po tych słowach, Dante rzucił się na swoją przeciwniczkę. Widząc to, Yuffie chwyciła swoją broń, a następnie rzuciła ją w kierunku mężczyzny. Jednak półdemon zwinnie uchylił się pod wirującym w jego stronę shurikenem, po czym ciał poziomo swym mieczem na wysokości klatki piersiowej ninjy. Yuffie w porę zdążyła odskoczyć, chwytając swoją broń, który niczym bumerang zatoczył szeroki łuk, powracając do swej właścicielki, by zablokować pionowe cięcie miecza Dantego. Oboje chwile siłowali się ze swymi orężami, rozrzucając snopy iskier. W końcu Siwowłosy wycofał swe ostrze, tnąc tym razem od dołu, ponownie trafiając w gwiazdę dziewczyny. Siła uderzenia wyrzuciła Yuffie w górę, co wykorzystała rzucając swój shuriken. Dante próbował odbić lecącą gwiazdę, ale siła uderzenia wytrąciła jego broń, która wylądowała 2 metry od niego. Ninja chwyciła swoją broń, ponownie ciskając nią w swego celu, wbijając jedno z ramion ogromnej gwiazdy w klatkę piersiową półdemona, zrzucając go z nóg.
- Hehe. Chyba mnie nie doceniłeś dziadku – powiedziała Yuffie, lądując kilka metrów od swojego przeciwnika – no to chyba koniec walki
- Koniec? – odpowiedział Dante kręcąc dwoma pistoletami – Do roboty chłopaki
Dwie lufy wycelowały w ninję, która natychmiast wykonała skok za najbliższe drzewo. Jednak wykonując ten manewr, jeden z pocisków zdołał lekko musnąć policzek dziewczyny, z którego pociekła krew. Dante nie przestawał naprzemiennie naciskać spusty swych pistoletów. Kanonada pocisków bezlitośnie wbijała się w roślinę, ledwie zakrywającą łowczynię sfer, rozrzucając fragmenty kory po podłożu. W końcu jedna z kul wbiła się w prawy bark dziewczyny, na co krzyknęła z bólu. W tym momencie, Dante przerwał ostrzał, po czym wyjął wciąż wbity w niego shuriken.
- Oto jak się rzuca – siwowłosy cisnął gwiazdą w schronienie ninjy, przecinając drzewo na pół, po czym, lecąc szerokim łukiem, broń wbiła się w podłoże blisko fontanny. Yuffie zdołała na szczęście opuścić swoje schronienie, jednak siwowłosy natychmiast rzucił się na przeciwniczkę, tnąc poziomo w brzuch. Końcówka ostrza pozostawiła na brzuchu dziewczyny głęboką ranę, która zaczęła obwicie krwawić, choć unik ocalił ją przed przecięciem na pół. Mężczyzna nie dawał ani chwili przerwy, bezlitośnie próbując dosięgnąć swym mieczem ciała przeciwniczki. Zwinność Yuffie pozwalała uniknąć większość zamachów, jednak krwotok z rany powoli spowalniał jej ruchu. Nieraz stal pozostawiała płytkie ranki, ale jak czegoś nie wymyśli, to się może dla niej źle skończyć. W końcu ninja skoncentrowała swe moce, na ramieniu dziewczyny zaświeciła zielona kula, a z jej dłoni w mężczyznę buchnęła lodowata chmura, pokrywając lodem jego prawą rękę. Yuffie natychmiast wykorzystała ten moment, by dobiec do swojej boni, jednak Dante szybko uwolnił się z lodowatego naramiennika, rzucając się w pogoń za swym celem. Ninja w ostatniej chwili chwyciła swoją broń, po czym szybko się obracając, rzuciła shuriken za siebie. Dante stanął w bezruchu, gdy ostro zakończone ramie gwiazdy pozbawiło go głowy. Stał chwilę z uniesionym nad głową mieczem, by w końcu runąć na plecy niczym marmurowy posąg. Yuffie ponownie skoncentrowała swe siły, by rzucić zaklęcie uzdrawiające. Na jej ramieniu zaświeciła podobna do wcześniejszej zielona kulka, a jej rany zaczęły się sklejać. Po chwili po bliźnie na brzuchu nie było śladu. Wstała więc, wzięła swoją broń i otworzyła drzwi, którymi się do tego miejsca dostała. Za nimi wybuchł nagły okrzyk radości.

   Dante patrzył się jak jego przeciwnik znika za portalem do innego świata. Jego głowa była na swoim miejscu, na jego ciele nie było ani jednej blizny, a cały świecił przez chwilę złotą aurą.
- Chyba starzeję się – odpowiedział, po czym usłyszał za sobą ryk motocykla. Kątem oka ujrzał na motorze dziewczynę, która wcześniej wparowała do jego klubu – No to co z tym potworem, o którym wcześniej wspominałaś?

13
Nieaktualne / Travian
« dnia: Maj 06, 2007, 11:17:42 pm  »
Nie wiem, czy to miejsce odpowiednie na to, gdyż prędzej tej grze do strategii niż RPG. Otóż Travian jest to bardzo prosta strategia, do której potrzeba tylko przeglądarka internetowa (nie ściąga się żadnych klientów). Na początek wybieramy naszą narodowość (Rzymianie, Galowie, lub Germanie), po czym komputer stawia naszą wioskę w losowym miejscu na mapie. Na początek zaczynamy z jednym domkiem, ale z czasem będziemy dorzucić nowe budynki. Na początek zwiększamy przychód surowców z lasów, kopalni i pól otaczających wioskę, po czym budujemy nowe budynki. Spichlerz, magazyn, rynek, baraki, a jeszcze dalej zaczynamy tworzyć własną armię wysyłając ją na grabież do naszych sąsiadów. Gra jest prosta i nie wymaga ciągłego przysiadania przy kompie. wystarczy ustawić jakiś budynek, po czym wrócić po jakieś godzinie czy dwie gdy będziemy odnowią się nasze surowce do budowy kolejnej chałupy.
Oto link do strony http://travian.interia.pl/.
A dla zainteresowanych, którzy chcą wspomóc kolegę rejestrujcie się tędy: http://travian.interia.pl/?uc=pl2_75252

Gram na serwer 2. Pozycja mojej wioski to -167/-186 (północny-zachód). Wioska to Karaya.

14
Faza grupowa / Walka XLII: Jin vs Riou
« dnia: Maj 01, 2007, 10:59:53 am  »
   - Chosen by the gods, the two face their ultimate challenge - rzekł narrator w czasie, gdy na kamera unosiła się na Dunan Castle, pokazując majestat budowli, będącej miejscem narodzin nowego królestwa. W końcu zbliżenie wskazało na dziedziniec, na którym ma się zacząć decydujący pojedynek. Z jednej strony stał 19 letni Japończyk, Jin Kazama. Szybko rzucił jakiś tekst po Japońsku do swojego przeciwnika, po czym przyjął pozycję obronną. Po drugiej stronie stał 16 letni Riou. Popisywał się chwilę, obracając szybko swoimi dwoma tonfami, a następnie bez słowa stanął naprzeciw karateki.
- Round one - rzucił narrator - FIGHT!
Pierwszy rzucił się na swego przeciwnika Riou, uderzając tonfami w twarz, jednak Jin umiejętnie odchylał głowę przed ciosami, po czym uderzył dwukrotnie swego przeciwnika pięściami w klatkę piersiową, po czym celne kopnięcie odesłało młodzieńca na łopatki. Riou jednak się nie poddawał. Szybko wstał, po czym zaatakował z wyskoku. Uderzenie chybiło, gdyż Japończyk zwinnie odsunął się na bok, by szybko skontrować kopnięciem z półobrotu. Młodzieniec szybko przeturlał się na bok, unikając nogi przeciwnika, po czym szybko skontrował, trafiając w blok mężczyzny. Jin natychmiast uderzył przeciwnika kolanem w brzuch, po czym przerzucił go przez ramię. Riou zdążył w porę przeturlać sie na bok, zanim Japończyk nie wykończył go uderzeniem stopą, szybko wrócił na nogi, rzucając się ponownie z tonfami na przeciwnika. Dwa uderzenia ponownie trafiły z blok mężczyzny, a próba podcięcia nóg skończyła sie podskokiem karateki, po czym Jin skontrował trzema szybkim ciosami pięściami, które posłały Riou na łopatki.
- Perfect - rzucił narrator, po czym, niczym w powtórce, pokazana została ostatnia akcja. Desperackie ciosy Riou w zasłoniętego rękoma Japończyka, próba podcięcia, po której krótka seria ciosów posłała młodzieńca nieprzytomnego na łopatki.
- You Win - Jin wykonał dwa kopnięcia z półobrotu, po czym rzucił jakiś japoński tekst do przeciwnika. Nagle przed kamerą coś przeleciało, po czym cały ekran stał się czarny.

   Gdy się rozjaśniło, arena, na której walczyli, zmieniła się. Teraz znajdowali się w japońskim dojo, ze ścianami udekorowanymi tygrysami i innymi japońskimi motywami. Obydwaj stali naprzeciw siebie w pełni sił, gotowi do walki. Żaden z nich, szczególnie Riou, nie wykazywał odznak zmęczenia, ani nie mieli na ciele żadnych siniaków.
- Round two. FIGHT!
Podobnie, jak w pierwszej rundzie, pierwszy rzucił się Riou, uderzając dwukrotnie swego przeciwnika swoją. Jednak ciosy nie trafiły w cel, który zwinnie uchylał się przed tonfami, po czym skontrował dwoma ciosami pięściami w klatkę piersiową przeciwnika. Tym razem młodzieniec zdążył osłonić się swoją bronią, ale tą obronę Jin przeszedł ciosem w podbródek, wyrzucając chłopca w powietrze, po czym dwukrotnie uderzył pięściami, kończąc kopnięciem z półobrotu w wciąż unoszącego się nad ziemią przeciwnika. Riou szybko wstał z ziemi i podbiegł do przeciwnika, w ostatniej chwili unikając pięści Japończyka. Młodzieniec zwinnie obszedł swego przeciwnika, po czym wyładował w jego bok krótką serię trzech ciosów swą bronią. Na to Jin szybko obrócił się, próbując uderzyć wroga, jednak ten był ponownie zwinniejszy, trzykrotnie uderzając tonfami w plecy Japończyka. Karateka w ostateczności spróbował chwycić młodzieńca, ale Riou odrzucił jego ręce, po czym dwukrotnie uderzając w klatkę przeciwnika, po czym trzeci cios wymierzył w podbródek Japończyka, poprzedzając krótkim "młynkiem". Jin uderzył łopatkami o drewnianą podłogę.
- Knockout - ponownie została pokazana powtórka ostatniej akcji. Zwinne uniki Riou, przed ciosami Jina, udana obrona, przed chwytem karateki, dwa uderzenia w klatę i ostatni cios w podbródek, poprzedzony ładującym „młynkiem”, posyłający Japończyka na deski.
- You Lose - Riou stał bokiem do swego przeciwnika, po czym zakręcił tonfą w prawej ręce, chwytając w geście wygranej. Ponownie nastała ciemność.

   Ponownie nastąpiła cudowna zmiana areny. Obydwoje w pełni sił, bez śladów wcześniejszych pojedynków, stali na szczycie tajemniczej wieży, zewsząd otoczonej przez ciemność. Podłoże było wymalowane witrażowym malunkiem, przedstawiających 32 wojowników, walczących między sobą, a nad nimi stało dziesięć zakapturzonych postaci. Część walczących była wyraźnie ciemniejsza, jakby nie liczyli się w dalszej bitwie.
- Final Round. FIGHT!
Tym razem pierwszy zaczął Jin, atakując wślizgiem, przed którym Riou zwinnie uskoczył. Japończyk szybko stał, po czym zaatakował swego przeciwnika kopnięciem z półobrotu. Ponownie młodzieniec okazał się być szybszy, uchylając się pod kończyną karateki, po czym skontrował dwoma uderzeniami. Jednak Jin tym razem zaskoczył swego przeciwnika. Choć otrzymał pierwsze uderzenie, to przed drugim zdołał chwycić Riou za nadgarstek, a następnie przerzucić przez ramię, dodatkowo kopiąc raz już leżącego przeciwnika. Chłopiec powoli wstał, by w porę zablokować kombos przeciwnika. Pod koniec Jin wycofał pięść, w celu uderzenia z większą siłą, jednak Riou zdołał to zauważyć, uderzając kilkakrotnie, zanim Japończyk zdołał cokolwiek zrobić. Po otrzymaniu trzeciego uderzenia, Jin zasłonił się rękoma, jednak młodzieniec zwinnie go obszedł, uderzając w plecy. Jin szybko obrócił się, próbując chwycić swego przeciwnika, jednak Riou uniknął chwytu, uderzając karatekę, uderzając tonfami dwukrotnie, po czym trzeci cios wykonał z "młynkiem" w podbródek. Jin przeleciał prawie całą arenę, zatrzymując się tuż przed krawędzią. Czuł, że kolejny cios będzie dla niego ostatnim. Szybko się zorientował, że jego przeciwnik wyskoczył w jego kierunku, by zakończyć walkę, ale Japończyk jeszcze się nie poddał. Przeturlał się na bok, unikając uderzenia tonfy, po czym wstał, uderzając młodzieńca kopnięciem z półobrotu. Cios zrzucił Riou z areny do niekończącej się otchłani.
- Ring Out - jak wcześniej na ekranie ukazała się powtórka ostatnich sekund pojedynku.
- The gruesome battle has ended, with the victory off Jin Kazama - Riou uderzając "młynkiem" zrzuca Jin na krawędź, po czym wyskakuj z zamiarem zadania ostatniego ciosu. Jednak Jin zwinnie unika uderzenia, zrzucając przeciwnika z areny celnym kopnięciem.
- You Win - Kazama chwycił swoją rękę, jak gdyby próbowała sprzeciwić się woli swego właściciela.

15
Faza grupowa / Walka XXXVIII: Cloud VS Mog
« dnia: Kwiecień 15, 2007, 11:29:05 am  »
Battle Square było jak zwykle pełne widzów, którzy przybyli obejrzeć kolejny pojedynek Turnieju Tytanów. Jednak Cloud nie czuł się najlepiej. Stał oparty o ścianę, udając, że słucha emocjonującej relacji Yuffie z jej pojedynku z Mogiem. Jego wzrok był wpatrzony w jeden z monitorów, na którym była aktualnie wyświetlona grupa C. Był na ostatnim miejscu z zerowym dorobkiem punktowym. Nie wygrał żadnej ze swych dwóch walk, więc teoretycznie nie ma szans na dalszy awans i tym samym, nigdy jej nie odzyska.
- ...wygrałabym z łatwością – ciągnęła dalej Yuffie -, ale nagle ten misio-pisio zmienił się w jakiegoś potwora. Dobrze, że organizatorzy zdołali mnie poskładać, bo bym musiała... – spojrzała srogim wzrokiem na swego rozmówcę – Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- Po co ja tu przyszedłem – odpowiedział Cloud – I tak potrzebuję cudu, by się dostać dalej.
- Nie przesadzaj – spojrzała na monitor – wystarczy, że wygrasz, a ja przegram, a wtedy tylko musisz liczyć ... na ... – mina ninjy zrzedła, gdy ujrzał bilans punktowy Clouda -8 – może masz rację, trzeba cudu, w końcu ja tak łatwo się nie dam pokonać.
- Więc na nic ja tu potrzebny. Idę do domu.
- Cloud proszę nie odchodź teraz. Jeśli wygrasz, to będę miała pewne wejście do dalszej rundy
- I co mi z tego
- Słuchaj. Przepraszam, że nie powiedziałam ci o czarnej materii i że użyłam ją w taki sposób walcząc z tobą. Jeśli wygram cały turniej, to spróbuję nakłonić tych bogów, żeby wskrzesili Aeris.
- Cloud Strife proszony jest o wejście na arenę – odezwał się spiker w megafonach
- Błagam
- No dobra. Mogę spróbować wygrać, chociaż tą jedną walkę.
- Dzięki Cloud. Wynagrodzę ci to jakoś.
Cloud zaczął iść po schodach, prowadzących na arenę. Na ich szczycie pchnął metalowe drzwi, za którymi buchnęło w niego zimne powietrze, po czym pewnym krokiem przeszedł przez otwarte przejście.

Gdy był po drugiej stronie, drzwi za nim się nagle zatrzasnęły. Miejsce, z którego wyszedł, nie wyglądało jak jakieś wesołe miasteczko, ale jak zwykły dom. Znajdował się w wiosce, osadzonej na zboczu góry. Padał śnieg, a w powietrzu można było usłyszeć pracujące machiny, które syczały od czasu do czasu, puszczając obłok pary. Idąc po ulicą nagle usłyszał za rogiem czyjś ryk, albo raczej ryk jakieś bestii. Instynktownie przywarł do ściany nasłuchując.
- Mog walczyć. Umaro pomóc.
- Ile razy mam ci powtarzać kupo, że muszę walczyć sam. Jeśli będziesz mi pomagał, to mnie zdyskwalifikują z turnieju kupo.
- Mog szef Umaro. Umaro chronić szefa. Umaro walczyć.
- Słuchaj kupo. Poradzę sobie sam. Koleś, z którym walczę kupo przegrał wszystkie swoje walki, więc nie powinienem mieć z nim jakiś problemów kupo. Zresztą, czego można się spodziewać po gościu, która nazywa siebie „Chmura” kupo?
- Szef walczyć z Chmura?
- Tak naprawdę to się nazywa-
- Umaro pokonać Chmura!!! – postać zaczęła się oddalać
- ...Ech. Tak to jest kupo, jak się spędza całe swe życie w odosobnieniu na szczecie łańcucha górskiego kupo. Teraz, kiedy się ten Cloud pokaże kupo.
Cloud wyłonił się zza roku, stając naprzeciw swego przeciwnika, którym okazał się moogle.
- Ja jestem Cloud.
Najwyraźniej spodziewał się kogoś innego, sądząc po jego wyrazie twarzy.
- Ty jesteś Cloud kupo? Cóż, jestem Mog kupo. Chcę, żebyś wiedział, że to nic personalnego kupo – Mog wyjął swoją broń, którą była włócznia długości wprost proporcjonalnej do jego wzrostu.
Cloud także zdjął z pleców swój długi miecz, przy którym broń Moga można by uznać za wykałaczkę. Na widok wielgaśnego oręża przeciwnika, moogle wyraźnie się przestraszył.
- Ku-ku-po. Mówiłem, że jestem Mog ku-ku-ku-po? K-kłamałem. Naprawdę jestem kupo Megu kupo. Jestem bratem Moga kupo. To ja kupo, ten no kupo... idę mu powiedzieć że już jesteś – Po tych słowach, futrzak uciekł w kierunku szczytu.
- Hej! Wracaj – krzyknął Cloud, po czym rzucił się za uciekinierem.
   Jak na takie małe stworzenie, szybko potrafi biegać. Blondyn od razu stracił go z oczu, jednak na szczęście, futrzak pozostawił ślady na świeżo usypanym śniegu. Trop doprowadził go do starej kopalni na tyłach wioski. Wewnątrz panował głównie półmrok. Zawieszone na suficie lampy dawały słabe światło, ale to zawsze coś, niż przemierzanie labiryntu korytarzy w całkowitej ciemności. Niestety utwardzone podłoże nie zostawiło żadnych śladów, jednak fortuna jest najwyraźniej dzisiaj po stronie ex-Soldiera. W całej jaskini można było usłyszeć „kupo” odbijające się echem od ścian. Idąc tym nowym tropem, Cloud odnalazł komnatę wypełnioną licznymi mooglami. Wszystkie były zgromadzone wokół kogoś, mówiącego do nich po „mooglowemu”. Mężczyzna wykonał krok w ich kierunku, po czym wszystkie naraz odwróciły się w jego kierunku. Wszystkie futrzaki przez dłuższą chwilę w ciszy gapiły się na niego.
- Kupo – Krzyknął ktoś z tyłu, po czym wszystkie moogle wyciągnęły swój oręż. Kilkadziesiąt par małych łapek trzymała miecze, katany, sztylety i inne rodzaje broni, które mogłyby być uznane bardziej za zabawki, niż groźną broń. Ale Cloud nie chciał sprawdzać ich ostrości na własnej skórze. Choć miał zdecydowanie większą broń, nie zdołałby pokonać wszystkich naraz.
- KUPOOOOOO – krzyknął moogle, trzymający włócznię, po czym wszystkie stworzenia rzuciły się na blondyna, który natychmiast rzucił się do ucieczki. Nie uciekał jednak długo. Wśród krętych tuneli, ukrył się w pierwszym bocznym przejściu. Gromada moogli instynktownie brnęła naprzód, zaś za całym peletonem biegł powoli Mog.
- Avanti, avanti kupo. A jak go dorwiecie, to przynieście mi jego miecz kupo. Nad kominkiem sobie powieszę kupopopopopopopopo po po ...po?
Ucichł, gdy usłyszał za sobą Clouda, nerwowo tupającego stopą. Jednak zamiast uciekać zaczął skakać, wykonując piruety w rytm słyszanej tylko przez siebie muzyki. W końcu wykonał ostatni krok, po czym ziemia pod mężczyzną zaczęła się zapadać. W ostatniej chwili Cloud zdołał się chwycić krawędzi. Zanim zdołał się podciągnąć na twardy grunt, Mog zdołał uciec. Blondyn pobiegł w kierunku, gdzie wcześniej było zebranie moogli, a następnie kolejnym tunelem znajdującym się za komnatą. Przejście doprowadziło go na zewnątrz.
   Drogę ponownie wskazały odbite w śniegu stopy Moga, prowadzące w głąb, utworzonego przez liczne głazy, labiryntu. Idąc tym tropem, ex-Soldier ponownie natrafił na swego przeciwnika.
- Jak tak bardzo chcesz mnie unikać, to mógłbyś chociaż zacierać ślady.
- Mógłbym nic nie zostawić, gdyby nie ta pogoda kupo. Lot w takim wietrze, to dla moogla samobójstwo kupo – odpowiedział gniewnie Mog, na co Cloud chwycił swoją broń – Dlaczego tak bardzo chcesz mnie zabić kupo?
- Jak powiedziałeś na początku „To nic personalnego”. Po prostu jesteś moim przeciwnikiem – blondyn uniósł swój miecz, by zadać pierwszy i ostatni cios, gdy nagle ze szczytu coś głośno ryknęło.
- RAAAAAAAAAAAAA. Giń Chmura.
- Co to było?
- Hehe, pomocnik kupo – Mog gwizdnął tak głośno, że sam gwizd mógłby spowodować lawinę, ale sprowadził coś innego. Ze szczytu zbiegł stwór cały porośnięty białym futrem.
- Szef wzywać Umaro. Umaro zawiódł. Umaro próbować pokonać Chmura, ale Chmura wyślizgiwać się z uścisku Umaro.
- Próbowałeś pokonać co kupo? Zresztą nieważne. Umaro masz teraz pokonać jego kupo – wskazał na Clouda
- Ale szef mówił, że przeciwnikiem jest...
- Mała zmiana planów kupo. Pokonał go, a szef przyniesie tyle pyszności, ile zapragniesz kupo.
- Szef przyniesie. Umaro słuchać. Umaro walczyć!!! – yeti rzucił się na Clouda, jednak jego cel zdołał szybko odskoczyć do tyłu pod skałę.
- Zdajesz sobie sprawę, że ingerencja osób trzecich jest zabronione w turnieju.
- Jeśli chodzi o ratowanie własnego dupska kupo, to wszystkie chwyty dozwolone kupo.
Umaro ponownie wyskoczył z pazurami na blondyna, trafiając w skałę nad turlającym się na bok celem. Cloud szybko skontrował poziomym cięciem na wysokości głowy przeciwnika, jednak człowiek śniegu uchylił się, pozwalając ostrzu trafić w skałę. Miecz utknął w kamieniu, a yeti już gotował się chwycić swój cel. Nie mając czasu na zabawę w króla Artura, Cloud uniknął kolejnego ataku, po czym wyciągnął prawą rękę w kierunku przeciwnika. Na ramieniu zabłysła zielona kulka, po czym z otwartej dłoni wystrzelił płonący pocisk. Umaro rzucił się na śnieg, jednak czar zdołał lekko musnąć ogon bestii, z którego zaczęła wydobywać się cienka strużka czarnego dymu.
- FAJA, FAJA – Umaro biegał po okolicy, trzymając się za poparzone miejsce, po czym zeskoczył w dół góry.
- Jak cię tak bardzo boli to wskocz do śniegu kupo. Ten pajac to beze mnie chyba kiedyś zginie kupo.
W międzyczasie, Cloud zdołał uwolnić swój miecz ze skały. Widząc to, Mog ponownie zaczął robić piruety, na co ex-Soldier schował się za skałą. Jednak robiąc trzeci obrót, moogle potknął się lądując twarzą w śniegu, po czym szybko wstał i zaczął biec na szczyt. Mężczyzna widząc uciekającego przeciwnika, rzucił się w pościg.
   Tym razem nie stracił swój cel z oczu. Gonitwa nie trwała długo i w końcu obydwaj weszli na szczyt, z którego można by przyjemnie oglądać całe Narshe, gdyby nie silny i zimny wiatr. Mog znajdował się w pułapce. Z jednej strony przepaść, a z drugiej jego kat gotowy pozbawić go życia dla jednej wygranej w turnieju.
- Jakieś ostatnie życzenie pluszaku?
- Tak kupo. Proszę puść mnie wolno i nie wyrywaj mi mojego pompona kupo.
- Nie martw się. Twój pompon pozostanie na twej martwej głowie.
- Kupo? Dobra. Weź mój pompon, tylko puść mnie wolno.
Cloud uniósł swój miecz, by ostatecznie pozbawić życie skulonemu przed nim ze strachu Mogowi.
- Nie rób tego – mężczyzna zatrzymał ostrze milimetr przed głową moogla,, gdy nagle usłyszał żeński głos, który następnie zmienił się w nieznośny pisk.
- Co się ze mną dzieje? – piszczenie nasilało się. Cloud padł na kolana trzymając się za głowę, ale rozsadzający skroń odgłos nie milknął. Na szczęście po dłuższej chwili ustał. Blond powoli podniósł głowę, rozglądając się po okolicy.
- Ja żyję kupo? – odparł zdezorientowany Mog – Co ci się stało kupo?
- Sephiroth – odpowiedział Cloud po chwili ciszy.
- Kupo?
Ex-Soldier wstał, po czym podniósł swój miecz, na co moogle ponownie skulił się ze strachu. Ale Cloud nie chciał już zabijać, tylko założył swój oręż na plecy i bez słowa odwrócił się w kierunku zejścia z góry. Nagle w jego kierunku coś biegło.
- SPARTAAAA – to był Umaro, pędzący na pomoc swemu szefowi. Jednak Cloud tylko osunął się na bok, przepuszczając pędzącą na Moga, z którym yeti zderzył się, spadając razem w dół przepaści. Na ich szczęście obydwaj wylądowali na półce skalnej.
- Uwaaaa
- Zejdź ze mnie kupo. Ważysz z tonę kupo.
- Umaro Sprite, Szef Pragnienie
- Zamknij się kupo.

16
Faza grupowa / Walka XXXIV: Ansem vs Seymour
« dnia: Kwiecień 01, 2007, 10:18:00 am  »
Posiadamy moc kontroli nad wszelką materią. Możemy czynić cuda, które dla zwykłych śmiertelników są tylko marzeniem. Możemy sprowadzić na świat potępienie, a także i zbawienie. Jesteśmy bogami. Ale który z nas jest najpotężniejszy. Wojna pomiędzy nami by tego nie zadecydowała, a jedynie sprowadziła więcej zła, niż pożytku. Dlatego postanowiliśmy, że śmiertelnicy zadecydują za nas. 32 wybrańców stoczy między sobą niezliczone pojedynki, biorąc udział w wielkim Turnieju Tytanów. Zwycięzca otrzyma cokolwiek zapragnie, a bóg, który doprowadził go do zwycięstwa, otrzyma miano najpotężniejszego. I tak na potrzeby Turnieju, w zapomnianym wymiarze, stworzyłem wieżę, której ściany były udekorowane licznymi, kolorowymi witrażami, a jej dach przyozdabiało malowidło przedstawiające 32 wybrańców walczących między sobą, a nad nimi staliśmy my, dziesięciu bogów obserwujących z nieba tą niekończącą się bitwę. I tak, na tą arenę, pośrodku niekończącej się ciemności, doprowadziłem dwóch wojowników. Samuraja, który ceni honor ponad życie, oraz Mistrza Klucza, któremu przeznaczone jest ocalić świat, przed siłami ciemności. Obydwaj stoczyli między sobą pojedynek, a gdy w końcu zwycięzca został wyłoniony odeszli, by stoczyć swoją następną walkę ze swym nowym przeciwnikiem. Niestety moi współ bogowie zadecydowali na korzyść mego przeciwnika, a stoczona przed chwilą walka obróciła się w zapomnienie, jak gdyby nigdy się nie zdarzyła. Jednak w jej trakcie zdarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Ktoś obserwował cały pojedynek, ukryty w nieskończonych ciemnościach otaczających arenę. To był Ansem, poszukiwacz ciemności. Najprawdopodobniej przybył tutaj wyczuwając moc Wybrańca Klucza. W końcu obydwaj pochodzą z tego samego świata i obydwaj są śmiertelnymi wrogami. Jednak, tak jak pojedynek Samuraja i Mistrza Klucza przeszedł w zapomnienie, tak i Ansem zapomni o toczonej przed chwilą walce. Jednak skoro sam ukazał się w tej krainie pośrodku ciemności, to mogę ją wykorzystać ponownie, jako pole bitwy następnego pojedynku, któremu ja przewodniczę. Z otaczającej pustki przyleciała gromada kolorowych świetlików, które zaczęły gromadzić się na arenie. W miejscu zebrania ukazał się mężczyzna, odziany w błękitną szatę, trzymający w prawej ręce czarodziejski kij. Był to Seymour Guado. W końcu z ciemności wyszedł i Ansem, który stanął naprzeciwko swego przeciwnika.
Obydwaj są niezwykli. Teoretycznie nie powinni istnieć, a jednak są wyjątkami, naruszającymi prawa życia i śmierci. Ansem oddawszy swe serce ciemności zmienił się w istotę, którą w jego świecie zwą Heartless. Jednak w przeciwieństwie do innych Heartless, którzy tracą zmysł siebie, poddając się instynktownemu polowaniu na serca innych żywych istot, Ansem zdołał pozostać sobą, zyskując potężne moce ciemności i stając się panem wszystkich istot ciemności. I jest Seymour, który według praw życia i śmierci, powinien być martwy. Jego ciało uległo nieodwracalnemu uszkodzeniu, ale jego wola życia nie pozwoliła jego duszy odejść do zaświatów. Dzięki temu żyje jako nieodesłany, zyskując nadludzkie siły. Obydwaj posiadają moce, o których zwykli śmiertelnicy mogą jedynie pomarzyć. I tak obydwaj stają przed ostatecznym sprawdzianem swych umiejętności. Obydwa raz wygrali i raz przegrali, więc mają szansę awansować do dalszej rundy Turnieju Tytanów i być o krok bliżej spełnienia swych marzeń. I w końcu, po krótkiej wymianie zdań pomiędzy dwójką przeciwników, rozpoczęła się kolejna walka Turnieju Tytanów.
Pierwszy ruch wykonał Seymour, koncentrując swe moce, tworząc w swej dłoni ognistą kulę, którą posłał w kierunku przeciwnika. Ansem nie robił nic, tylko patrzył na pędzący w jego kierunku pocisk. Normalny, wyposażony w miecz, wojownik by uskoczył na bok, ale nie Ansem. On tylko stał z założonymi rękami i czekał. W końcu, gdy miało dojść do uderzenia, przed poszukiwaczem ciemności buchnął czarny dym, z którego wyłoniła się czarna kreatura, osłaniająca swym ciałem swego pana, przyjmując na siebie uderzenie czaru. Wybuch nie zranił Strażnika, ani nie pozostawił żadnych śladów na jego skórze, niczym był zrobiony z najwytrzymalszego tworzywa. W odpowiedzi na pocisk Seymoura, Ansem skoncentrował swe moce ciemności, po czym wystrzelił z rąk, w kierunku przeciwnika, kulę płonącą czarnym ogniem. Nieodesłany nie marnował czasu, jak jego pozbawiony serca nieprzyjaciel. Szybko wypowiedział pod nosem jakąś inkantację, po czym czarny pocisk trafił w utworzoną barierę. Obydwaj pozostawali nieugięci, ciskając w siebie najróżniejszymi czarami, które to zostały odbite przez osłonę Seymoura, lub trafiały w Strażnika Ansema, który niczym żywa tarcza chronił swego pana. W końcu nastał nagły zwrot w pojedynku. Otrzymawszy kolejny uderzenie na klatkę piersiową, heartless Ansema zaryczał wściekle, po czym zaczął szarżować w kierunku Guado. Widząc pędzącą w jego kierunku bestię, Seymour instynktownie utworzył na jego drodze wysoki sopel lodu. Jednak przeszkoda nie powstrzymała swego celu, rozpryskując się przy uderzeniu, niczym była stworzona z prostego szkła. W końcu heartless trafił w osłonę nieodesłanego, która nie stawiała długo oporu, przepuszczając czarne dłonie, chwytające swój cel za szyję. Mimo śmiertelnego uścisku, na twarzy Seymoura nie było wdać strachu, a jedynie drobny uśmieszek, zanim stwór nie cisnął nim w czarną pustkę. Pewny swego zwycięstwa, Ansem odwołał Strażnika, zmieniając go w czarną chmurę, która natychmiast się rozwiała.
Jednak nie wszystkie karty zostały odsłonięte. Ten pojedynek jest daleki od końca. Seymour ponownie wyłonił się, lewitując poza krawędzią areny. Gdy w końcu zawisł kilka centymetrów nad ziemią, z otaczającej ciemności nadleciała ogromna chmara pyreflies, które zaczęły łączyć się z Guado. Po chwili jego ciało stało się bezbarwne jak szkło, przez które można przejrzeć na wylot, a nad nim, pod nim, po jego lewej i prawej utworzyły się cztery kręgi. Na każdym znajdowały się po cztery kule opatrzone kolorami czerwonym, niebieskim, żółtym i białym. Seymour wykonał prosty ruch ręką, po czym otaczające go kręgi obróciły się, by wskazać swego właściciela czerwonym kulami. Nieodesłany utworzył w swej dłoni ognistą kulę, znacznie większą niż te z początku walki, po czym cisną ją w kierunku przeciwnika. Prędkość, z jaką leciał pocisk mocno zaskoczyła Ansema, w ostatniej chwili przyzywając swą żywą tarczę. Guado nie odpuszczał, rzucając kolejne trzy ogniste kule, które jedna po drugiej w ogromną siłą trafiały w osłonę poszukiwacza ciemności. Rzuciwszy czwarty pocisk, kręgi ponownie zaczęły się obracać. Heartless Ansema postanowił wykorzystać tą pauzę, wskakując w podłoże, a następnie wyłaniając się pod swym celem. Jednak jego pięść przeszła przez nieodesłanego jak przez powietrze. Zanim zdążył zorientować się, co się stało, Seymoura wskazywały cztery żółte kule, a po szybko wypowiedzianej inkantacji, Ansema uderzył piorun, przybijając go do ziemi, po czym trafił go kolejny grom. Strażnik w ostatniej zdołał osłonić swego pana przed dwoma następnymi uderzeniami. Przez ciało białowłosego przechodziła fala drgawek, jednak zdołał wstać i spojrzeć na swego przeciwnika. Jednak to spojrzenie było jego ostatnim. Seymour wypowiedział ostatnie zaklęcie, po czym w miejscu, gdzie stał Ansem, doszło do potężnego wybuchu zgromadzonej energii, zamykając pozbawionego serca w zabójczym więzieniu. Przed tym czarem nawet Strażnik Ansema nic nie mógł zdziałać. Gdy opadł kurz, po poszukiwaczu ciemności nie było ani śladu.

17
Faza grupowa / Walka XXVII: Cyan VS Sora
« dnia: Marzec 11, 2007, 01:51:01 pm  »
Niewiele czasu upłynęło, od kiedy Nightmare opuścił tą krainę, pozostawiając martwe ciało swego przeciwnika pod murami zamku. Niebo przykrywało gęste skupisko chmur, z których padał deszcz, niczym opłakując śmierć wielkiego wojownika. Nagle, z czarnej zasłony wystrzelił słup światła, unosząc ciało Cyana. Skąpane w leczącej jasności, rany samuraja zaczęły się goić, a odcięta ręka odrosła. Po czym tak szybko, jak się pojawiło, światło znikło. Cyan chwilę leżał w kałuży własnej krwi, zmieszanej z wodą deszczową, ale po chwili zaczął wstawać.
- Gdzie ja jestem. Ja... żyję? – samuraj zaczął nerwowo sprawdzać swoje ciało, ale nie było na nim żadnych ran po jego pojedynku z rycerzem. Jednak o ich istnieniu przypominała pocięta zbroja.
- Przegrałeś swój pojedynek z Nightmare – powiedział czyjś głos. Na murach stał biały mag – ale nie jesteś jeszcze gotów na swą ostateczną podróż do zaświatów.
- Czy to ty mnie wskrzesiłeś? – mag nie odpowiedział na to pytanie – Jestem ci wdzięczny.
- Twój następny przeciwnik czeka – Nieznajomy wykonał ruch ręką, po czym przed Cyanem utworzyły się świetliste drzwi – Idź w kierunku światła Cyanie.
Samuraj zwrócił swój wzrok na przejście, ale gdy ponownie spojrzał na miejsce, gdzie stał mag, nikogo tam już nie było. Powolnym krokiem wszedł przez Drzwi Światła.

Sora szedł powoli przed siebie, zostawiając za sobą ciało swego przeciwnika. Jego umysł miotały wątpliwości. Fighter nie był dobry, ale też nie był zły. Chciał w końcu odnaleźć Riku i razem z nim wrócić do domu, ale jakim kosztem. Może i na drodze natrafi na kilku złoczyńców. Ich śmierć pomoże światu. Ale natrafi też na bohaterów walczących po stronie dobra. Czy ich też musi zabić? Czy ich śmierć to klucz, do odnalezienia Riku? Nagle, przed nim otworzyły się świetliste drzwi.
- Twój następny przeciwnik czeka – powiedział głos po drugiej stronie – wejdź do światła Soro
Wciąż z pewnymi obawami w sercu, Sora powoli wszedł przez Drzwi Światła.

Arenę, na której obydwaj mieli walczyć, zewsząd otaczała ciemność. Znajdował się na niej malowidło, które mogłoby posłużyć za witraż w jakieś kaplicy. Przedstawiał dziesięć zakapturzonych postaci, obserwujących z góry sześćdziesięciu czterech wybrańców bogów, walczących między sobą w Turnieju Tytanów. Nagle po przeciwległych stronach areny otworzyły się dwoje drzwi światła. Z jednej strony wszedł Cyan, którego zbroja nie nosiła juz na sobie odznak walki ze swym wcześniejszym przeciwnikiem, zaś do pasa miał przypiętą nową katanę. Cudownie naprawiony oręż trochę zdziwił samuraja. Z drugiej strony wszedł Sora. Po chwili portale świetlne znikły, a obydwoje, mistrz klucza i samurai, wymienili spojrzenie.
- Więc moim przeciwnikiem jest jakiś dzieciak? – zaczął Cyan – Ci bogowie muszą być naprawdę szaleni, skoro zmuszają do walki dziecko.
- Kogo nazywasz dzieckiem – odparł Sora – mam na imię Sora i jestem tu z własnej inicjatywy, a nie przez polecenie jakiegoś boga.
- Cyan Garamonde. Nie lubię walczyć z takimi jak ty Sora, ale skoro tu już jesteśmy to musimy przez to przejść – to powiedziawszy, samuraj dobył swej katany, przyjmując pozycję obronną – pokaż co potrafisz
Sora wykonał ręką zamach, po czym natychmiast pojawił się w niej czarny klucz Oblivion – nie myśl, że ze mną tak łatwo wygrasz – odpowiedział, po czym zaczął biec w kierunku przeciwnika z zamiarem zaatakowania cięciem od góry. Jednak Cyan w porę zdołał odskoczyć do tyłu, unikając cios, po czym przeprowadził kontrę cięciem od dołu, trafiając w klucz Sory. Obydwaj chwilę się siłowali, po czym uwolnili swój oręż z uścisku. Dalszy przebieg wyglądał jak typowa walka na miecze. Kolejne ataku albo trafiały w oręż przeciwnika, lub przecinały powietrze po udanym uniku swego celu, po czym druga strona odpowiadała kontratakiem. W ciemności odbijały się odgłosy szczeku metali. Walka trwała dosyć długo, ale wciąż nie było widać, by któraś ze stron wyraźnie była górą. Nikt nie miał zamiaru się poddać. Obydwaj mieli na skórze ślady płytkich zadrapań, a ich ubiór miejscami było pocięte. Stali naprzeciw siebie mierząc się swoją bronią, ciężko dysząc.
- Potrafisz nieźle walczyć Soro – zaczął Cyan – chyba na początku cię trochę nie doceniłem.
- Ty też coś potrafisz – odpowiedział mistrz klucza – ale chyba powoli opadasz z sił.
- Sam nie wyglądasz najlepiej.
Cyan wyskoczył do Sory, tnąc od góry, jednak mistrz klucza odskoczył do tyłu. Lecz nie odpowiedział kontrą. Wylądował na malunku przedstawiającym jego samego, a naprzeciwko był Riku. Obydwaj biegli naprzeciw siebie, z bronią gotową do ataku.
- Riku? – umysł Sory ponownie targały wątpliwości. Jeśli on też bierze w turnieju udział, to może znowu spotkają się po przeciwnych stronach. Czy znowu będą musieli ze sobą walczyć? Cyan wykorzystał moment zawahania przeciwnika, atakując go, jednak Sora w porę oprzytomniał, odbijając kluczem katanę samuraja. Młodzieniec nie próbował dalej atakować mężczyzny. Jedynie blokował i parował ataki bruneta, ale w końcu ten wytrącił mu broń z ręki, zrzucając z nóg na plecy.
- Straciłeś wolę do walki? – spytał Cyan – Wstawaj i walcz jak mężczyzna. To nie honor dla mnie dobijać leżącego.
Sora szybko wstał, po czym wykonał ruch, jakby strzepując coś z barków. Jego ubranie zaświeciło, zmieniając kolor na czerwony, a w rękach pojawiły się dwa klucze, Oblivion i Oathkeeper. Ciągnąc swoją broń po podłożu, Sora zaatakował przeciwnika cięciem od dołu. Cyan w ostatniej chwili zdążył odskoczyć do tyłu, jednak na jego zbroi zostało głębokie nacięcie w kształcie litery X. Mistrz klucza nie odpuszczał, ponownie atakując, tym razem od góry. Samurai przykucnął, blokując kataną atak przeciwnika. Sora nie ustępował. Uderzał w blokadę bruneta atakując raz jednym, raz drugim kluczem. Cyan utrzymywał tą pozycję, amortyzując nogami kolejne uderzenia. Jednak Sora ostatni zamach wykonał od dołu, wyrzucając broń z rąk przeciwnika i zrzucając go na plecy. Cyan obrócił się na brzuch, po czym próbował szybko doczołgać się do swej katany, jednak na jego drodze stanął wbity w ziemię Oathkeeper, a nad nim stał Sora, mierzący swego przeciwnika przy pomocy Oblivion. Samurai zamknął oczy, czekając na ostateczny cios.
- Możesz wstać? – samurai spojrzał na młodzieńca, który nie mierzył już go swoją bronią, tylko wyciągnął do niego swoją dłoń.
- Nie wykończysz mnie?
- To nie w moim stylu – odpowiedział mistrz klucza, pomagając Cyanowi wstać.
- No to chyba wygrałeś
- Bardziej stawiałbym na remis. Ty pierwszy mogłeś mnie wykończyć, gdy zrzuciłeś mnie na plecy.
- Może masz rację – po tych słowach podniósł swoją katanę, po czym schował ją do pochwy – Mogę się czegoś spytać? Dlaczego walczysz?
- Chcę odnaleźć mojego przyjaciela – Sora odwrócił wzrok w kierunku malunku przedstawiającego jego i Riku, walczących między sobą – i chyba on też jest w to wplątany. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli walczyć między sobą tak jak kiedyś. A ty?
- Chcę odzyskać moją rodzinę.
Nagle po przeciwległych końcach areny otworzyły się dwoje drzwi światła. Choć nikt nie wskazał im, kto ma iść do których drzwi, obydwaj instynktownie wiedzieli który portal należy do kogo.
- Mam nadzieję, że odnajdziesz tego swojego przyjaciela – powiedział Cyan
- Ja też – odrzekł Sora – Powodzenia
- Nawzajem – idąc w kierunku światła, mężczyzna chwilę stanął na witrażu przedstawiającego demonicznego rycerza w błękitnej zbroi – Sora, uważaj. To bezlitosny potwór, który wykorzysta każdy moment słabości.
- Dzięki za radę. Ty tez na siebie uważaj. Może wygląda jak zwykły wojownik, to potrafi posługiwać się mieczem.

Po tej wymianie zdań, obydwaj weszli w światło, po czym drzwi się zamknęły. Jednak nie wiedzieli, iż z ciemności obserwuje ich siwowłosy mężczyzna. Nagle z czarnej otchłani nadleciał błękitno-zielony świetlik...

18
Faza grupowa / Walka XXIII: Kuja VS Crono
« dnia: Luty 25, 2007, 10:42:56 am  »
Treno jak zawsze zakrywała wieczna noc, ale miasto nigdy nie śpi. Największym zainteresowaniem w mieście cieszył się dom aukcyjny. Z zewnątrz wyglądał jak średniej wielkości pałac, ze strażnikami co chwilę zmieniającymi wartę przy drzwiach, ale w środku toczyła się prawdziwa bitwa na pieniądze. Wchodząc do środka, na pierwszym planie, w kilku równych rzędach, stały krzesła, których większość była pozajmowana przez bogatą szlachtę. Na dalej było podwyższenie, na którym stał licytator. Przed nim był niewielki stolik, na którym było postawione ozdobione klejnotami lustro.
   Licytacja wystawionego skarbu właśnie dobiegła końca, gdy drzwi wejściowe nagle otworzyły się, a do środka wszedł młody chłopak. Kilku jego mościów przez chwilę obserwowało przybysza, który nie wyglądał na szlachcica, a rzadkością jest, by aukcję odwiedzał ktoś z niższych sfer. Był ubrany w prostą zieloną tunikę i zwykłe niebieskie spodnie, a do pasa miał przypiętą katanę. Jego rude, spiczasto uczesane włosy, stały dęba dzięki obwiązanej wokół czoła białej opasce. Patrzące w jego stronę zaciekawione oczy po chwili odwróciły się w kierunku marszanda, a Crono usiadł w ostatnim rzędzie. Na stoliku tym razem stała niewielkich rozmiarów czarna kula.
- Ostatnim w dzisiejszej aukcji przedmiotem – zaczął prowadzący – jest kula Czarnej Materii. Cena wywoławcza, 2000 Gil.
Licytacja nabierała powoli rozpędu. Kilku ludzi próbowało nerwowo przekrzykiwać się nawzajem, rzucając co raz wyższe ceny. Zanim ktoś zdołał zaproponować nową cenę, licytator z pięć razy powiedział wcześniejszą z nieziemsko wielką prędkością. Ale Crono nie przyszedł tu licytować. Rozglądał się po całym pomieszczeniu. Kamienne ściany były ozdobione czerwonymi kotarami, zaś piętro wyżej znajdowały się balkony, z których można było spokojnie obserwować przebieg aukcji. Właśnie tam Crono ujrzał postać, która najwyraźniej obserwuje jego. Z miejsca gdzie się znajdował, trudno było dokładnie obejrzeć tą osobę, ale po twarzy i ubiorze można rzec, iż jest to piękna kobieta. Szybko jednak wrócił do przebiegu aukcji, która wyraźnie zwolniła, zamieniając się w pojedynek dwóch szlachciców.
- 205000 gil – rzucił znajdujący się po lewej stronie w pierwszym rzędzie jego mość. W jego głosie wyraźnie można było wyczuć gniew.
- 206000 gil – rzucił pan siedzący dwa rzędy za swym przeciwnikiem. Był zdecydowanie spokojniejszy od swego nerwowego rywala.
- 220000 gil. Przestałbyś Raktonie podbijać cenę o marny tysiąc i rzuciłbyś jakąś konkretną kwotę.
- Po co, mój drogi lordzie Kiskornie, mam marnować pieniądze, skoro wiem, że i tak wygram. 221000 gil – Wyraźnie akcentował ostatnią cyfrę, co doprowadzało Kiskorna do jeszcze większego szału.
- Na co ci zresztą ta kula. Nikt w twej rodzinie nie jest ani rycerzem, ani magiem. 245000 gil
- Nie musisz być wojownikiem, by posiadać tak rzadki przedmiot jak kulę czarnej materii. 246000 gil.
Kiskorn zaniemówił, zaś prowadzący zaczął powoli odliczać. Nie robił już tego z prędkością, która odbierałaby oddech zwykłemu człowiekowi.
- 246000 po raz pierwszy, 246000 po raz drugi i 246000 po ra...
- 300000 gil – przerwał Kiskorn – moje ostatnie słowo
- ... heh 301000 gil – rzucił Rakton
- AAAAAAAARRRGHHH – Kiskorn wstał, po czym zaczął iść w kierunku wyjścia, po drodze mijając swego przeciwnika. Początkowo Crono, i prawdopodobnie paru innych osób, myślał, że nerwus rzuci się na Raktona, jednak lord w porę się opamiętał. Otwierając drzwi wyjściowe zrobił to tak mocno, iż prawie nie wyrwał je z framugi. Po chwili milczenia licytator zaczął odliczanie, które raczej było już tylko formalnością.
- 301000 po raz pierwszy, 301000 po raz drugi i 301000 po raz trzeci. Sprzedane lordowi Raktonowi. – prowadzący westchnął. Tak zażartej licytacji rzadko miał okazję prowadzić - To wszystko na dzisiaj. Zwycięzców zapraszam za kulisy, zaś resztę państwa zapraszam ponownie jutro.
To powiedziawszy, ukłonił się, po czym udał się za kulisy, biorąc ze sobą Czarną Materię. Także i biorący udział w aukcji zaczęli wstawać z krzeseł. Część poszła się za kulisy, łącznie z lordem Raktonem, zaś większość udała się w kierunku wciąż otwartego wyjścia. Jednak Crono siedział dalej. Gdy wszyscy opuścili pomieszczenie, spojrzał na piętro, gdzie ujrzał kobietę, ale nikogo tam nie było.
- Witam w moim domu aukcyjnym
Crono natychmiast wstał, przewracając za sobą krzesło. Na podwyższeniu stała postać, którą wcześniej widział na balkonie. Nosiła na sobie lekkie ubranie, odsłaniające brzuch. Miała długie, fioletowe włosy. Jednak był to mężczyzna, choć przez jego piękną twarz i ubiór, można łatwo pomylić go z kobietą.
- Nazywam się Kuja i jestem właścicielem tego domu. Nie sądzę, żebyś przybył tu w celu postawienia czegoś na aukcji, chociaż – Kuja spojrzał w kierunku przypiętej do pasa Crono katany – ten twój mieczyk można by wycenić na jakieś, hmmm, 10000 gil.
Crono instynktownie wyjął swą broń, przyjmując pozycję do obrony. Ostrze jego katany mieniło się w kolorach tęczy.
- Fiu fiu. Po dokładniejszych oględzinach, cena twej broni z pewnością podskoczyłaby powyżej 100000 gil. Ale jak wcześniej powiedziałem, nie jesteś tutaj by cokolwiek dawać na aukcję. Tak czy siak, czekałem na ciebie Crono. Czekałem żeby cię – na jego prawej dłoni zaczęły pojawiać się pojedyncze iskierki, formując niewielką kulę ognia – ZABIĆ.
Kuja rzucił swój płonącą sferę w kierunku Crono, jednak jej cel zdążył uskoczyć, trafiając w przewrócone krzesło, rozpadło się na części pierwsze. Młodzieniec zaczął biec w kierunku przeciwnika, unikając kolejnych pocisków, które trafiały to raz w ścianę, raz w krzesła. W końcu wbiegł na podwyższenie, gdzie stał jego przeciwnik, jednak zanim zdołał zaatakować go, Kuja wyciągnął w kierunku Crono rękę, z której buchnęła lodowata chmura, zamrażająca swój cel. Rudzielec nie mógł się ruszyć.
- Zimno ci? – drwił z przeciwnika mag, celując w niego ognistą kulą – To może się ogrzej.
Uderzenie posłało młodzieńca na jeszcze stojący rząd krzeseł, które rozpadły się pod jego ciężarem. Mógł ponownie się ruszać, by w ostatniej chwili uniknąć wysłanych przez bishonena pocisków. Szybko powrócił na nogi, po czym chwycił najbliższe krzesło, a następnie cisnął je w kierunku przeciwnika. Kuja jednym zaklęciem roztrzaskał je na drzazgi, jednak nie miał czasu na przygotowanie kolejnego czaru, by zatrzymać biegnącego w jego stronę wroga, gotowego zadać cięcie od dołu. W ostatniej chwili mag odskoczył do tyłu, ale koniec ostrza zdołał drasnąć o policzek, pozostawiając płytką, ale lekko krwawiącą ranę. Kuja utworzył w obydwu rękach ogniste kule, które cisnął na przeciwnika. Siła uderzenia posłała Crono w kierunku drzwi, przez które przebił się, tworząc w nich dziurę, po czym uderzył plecami o kamienną drogę, zatrzymując się na skraju przepaści. Niestety przy okazji zgubił swoją katanę. Crono szybko wstał, patrząc w kierunku Kuji, przechodzącego przez utworzoną we wrotach dziurę. Trzymał się za zraniony policzek, po czym spojrzał na swą, pobrudzoną własną krwią, dłoń.
- HAHAHAHAHAHA. Zraniłeś mnie. Nie sądziłem, że jesteś do tego zdolny – Kuja spojrzał na swego przeciwnika, po czym zaczął się rozglądał się po okolicy – ale gdzie twoja broń. Pewnie wpadła do kanałów. Cóż, chyba to koniec walki. – w rękach ponownie pojawiły się ogniste kule – Wolisz być średnio, czy mocno przysmażony?
Ale Crono miał jeszcze jeden as w rękawie. Uniósł swoje ręce nad głową, wypowiadając pod nosem jakieś zaklęcie. Wokół Kuji utworzyła się sfera. Zanim zdążył zorientować, co się dzieje, był zamknięty w okrągłym więzieniu, które uniemożliwiało rzucanie zaklęć, a tym bardziej ucieczkę. Czuł, jak przez niego przechodzi niewielka fala prądu, która, razem z rozrostem kuli, zwiększała swe napięcie. Nie mógł uwierzyć, że zostanie pokonany przez takiego prostaka. Czuł coraz większy ból i jeszcze większy gniew. Nagle jego ciało zostało objęte przez oślepiające światło, które po chwili rozproszyło się, niszcząc piorunową sferę. Pod wpływem tego światła, wygląd Kuji się zmienił. Jego ubranie było potargane, w miejscu, gdzie plecy traciły swą szlachetną nazwę, wyrósł mu czerwony ogon, a jego włosy miały teraz barwę ognia. Jednak wejście w Trans nie zregenerowało jego sił. Lewitował nad ziemią, ciężko dysząc.
- Nie możliwe żebyś był aż tak potężny. Nie pozwolę, żeby taki prostak jak ty mnie tak łatwo pokonał. Jeśli więc mam zginąć, to zginiesz razem ze mną – mag skulił się, gromadząc ostatki swych sił – poczuj mą pełną moc.
Zgromadzona energia wystrzeliła w kierunku nieba, by po chwili eksplodować, zrzucając na Crono i Kuję deszcz pocisków, przybijając obydwu do podłoża. Bombardowanie trwało krótko, ale też wystarczająco długo, by zmienić cokolwiek w polu rażenia w zwłoki. Crono i Kuja, który powrócił do poprzedniego wyglądu, leżeli na ziemi nieprzytomni. Po chwili, pobiegło do nich dwóch ludzi, którzy zaczęli sprawdzać ich funkcje życiowe. W końcu jeden z nich zawołał do znajdującego się nieopodal tłumu gapiów.
- Jeszcze żyją. Niech ktoś sprowadzi białego maga.

19
Faza grupowa / Walka XVII: Seymour VS Lynx
« dnia: Luty 04, 2007, 10:42:24 am  »
Lynx spadał w ciemność. Cała jego pamięć powoli zanikała. Zaczął zapominać kim jest, a nawet czym jest. Jego przeszłość stawała się czarną pustką. Ciemność. Wszędzie ciemność. Wokół niego i w nim samym. W końcu jego ciało delikatnie opadło na coś miękkiego. Gdy otworzył oczy ujrzał, iż leży na kwiatach. Wstał, po czym zaczął się rozglądać. Był na dużej skale, porośniętej pachnącymi roślinami, zaś poza nią rozciągała się czarna pustka. Był sam, ale nie na długo. Z otaczającej czerni przyleciał świecący promyk, pozostawiający za sobą niebiesko-różową poświatę, wydając odgłos, jakby wzdychającej duszy. Po chwili zaczęły pojawiać się kolejne światełka, gromadzące się na przeciwległym końcu kwiatowego pola. W miejscu zebrania świetlików ukazała się postać mężczyzny. Miał długie, błękitne włosy, z dwoma kosmykami dziwacznie sterczącymi z boku głowy i jednym wiszącym nad czołem. Był odziany w długą, ciemno-niebieską szatę, ze zawiązaną na wysokości pasa błękitną kokardą. W prawej ręce trzymał laskę, której koniec kształtem przypominał jakiegoś demona. Lynx chwilę obserwował przybysza, Seymoura Guado, po czym poczuł, iż sam prawej ręce trzyma broń. Była to kosa, z pozłacanym drągiem. Instynktownie czuł, że będzie musiał walczyć ze swym przeciwnikiem.
   Pierwszy ruch wykonał Seymour. W dłoni maga pojawiły się niewielkie iskierki, formujące ognistą kulę, którą Guado wystrzelił w kierunku swego przeciwnika. Lynx natychmiastowo wyskoczył w górę, unikając płonącego pocisku, by lotem nurkowym w kierunku przeciwnika, zadać cios kosą. Jednak Seymour był szybszym, tworząc wokół siebie barierę ochronną. Zderzywszy się z osłoną, kociak odleciał do tyłu, lądując na nogach. Nie musiał długo czekać na kontrę przeciwnika. Niebiesko-włosy uniósł swą laskę, której koniec zaczął iskrzyć, po czym machnąwszy swą bronią w kierunku Lynxa, z czarnego sklepienia uderzył piorun. Kociak ledwo uniknął uderzenia gromu, jednak nie zdołał w porę zareagować na wystrzeloną przez maga ognistą kulę, która położyła swój cel na łopatki. Sierściuch nie zamierzał jednak długo odpoczywać na miękkim posłaniu. Szybko wstał, po czym zaczął biec w kierunku swego przeciwnika, zwinnie unikając wysyłane przez maga błyskawice i płonące pociski. W końcu Lynx wykonał zamach kosą na błękitno-włosego, trafiając na opór ze strony bariery ochronnej. Mimo iż osłona, wytworzona wcześniej przez Guado, nie wytrzymała długo uderzenia przeciwnika, dała wystarczająco czasu, by mag zdołał oddalić się na bezpieczną odległość i wypowiedzieć nowe zaklęcie. Wten z czarnego sklepienia spadła kotwica, wbijając się w ziemię, po czym zaczęła z niej coś wyciągać. Oczom Lynxa ukazał się gigantyczny demon, wyglądem przypominający związaną łańcuchami rybę w twardej skorupie. Anima wydała z siebie głośny ryk, po czym zaczęła swym okiem strzelać w kociaka pociskami laserowymi. Tylko dzięki swemu kociemu sprytowi, Lynx zdołał długo uniknąć trafienia przez lasery, które dziurawiły na wylot porośniętą kwiatami skałę. W końcu Anima zaryczała, dają wyraz swej irytacji. Sierciuch postanowił wykorzystać tą pauzę między atakami wroga, unosząc prawą dłoń, przepuszczając przez nią ciemność, po czym uderzył nią w ziemię, tworząc czarną otchłań obejmującą Aeona. Anima nie mogła wiele zrobić. Będąc związana łańcuchami nie była w stanie uciec z otchłani ciemności, do której się zapadała. Sam Seymour nic na to nie robił. Patrzył ze zdziwieniem, jak przyzwany przez niego stwór, powalony jednym uderzeniem, zmienia się w chmurę kolorowych, jęczących świetlików. Ta bezczynność nie uchroniła go przed atakiem przeciwnika. Lynx przebił się przez chmurę światełek, po czym przeciął na pół laskę, którą Guado desperacko próbował się osłonić. Następne cięcie kosy podzieliło Seymoura na dwie części, które tak jak Anima, zmieniły się w chmurę jęczących świetlików.
   Lynx pokonał swego przeciwnika, ale wciąż nie wiedział gdzie jest, albo raczej kim jest. Był sam na skale, porośniętej kwiatami, otoczonej zewsząd przez ciemność. Rozglądał się za jakimś wyjściem, ale wszędzie była tylko ciemna pustka i te wzdychające robaczki świętojańskie. Ale im dłużej je obserwował, czuł jakby wszystko do niego wracało. W umyśle ujrzał obraz bawiących się na plaży dzieci, po czym jedno z nich zaatakowała czarna pantera. Kolejny obraz. Stojący na samotnej wyspie, zaawansowany technologicznie budynek, wybucha w wielkie eksplozji. Po czym Lynx ujrzał, jak z ciemności uderza w niego wielka fala, zrzucając go ze skały. Spadał w ciemność. Lecąc głową w dół bezdennej pustki, przypominał sobie kolejne zapomniane wspomnienia. I w końcu przypomniał sobie pojedynek z ciemnoskórym mężczyzną i dziwacznymi czarnymi stworzeniami na Opassa Beach. Wygrał tą walkę, po czym obserwował morze, miotane przez sztorm. Ostatecznie zmiotła go wielka fala i zaczął spadaj w ciemność. Gdy spojrzał w dół, ujrzał, iż pod nim nie ma już ciemności. Pojawiło się świecące coraz mocniej światło, które w końcu objęło go całego. Obudził się z powrotem na Opassa Beach. Morze było już spokojne, a z nieba świeciło słońce. Wstał, po czym spojrzał w kierunku horyzontu. „Już czas” rzekł do siebie w myślach.
- Serge – rzucił w kierunku morza - Serge

20
Final Fantasy X-XII / Final Fantasy XII vs Star Wars - Spoilers
« dnia: Styczeń 18, 2007, 01:48:00 pm  »
Nie trzeba być szczególnie spotrzegawczym, by zauważyć, iż FFXII ma wiele wspólnego z Gwiezdną Sagą.Sprubujmy więc odnaleźć jak najwięcej wątków, dwunastą część Ostatniej Fantazji z Gwiezdnymi Wojnami.

Ashe = Leia - dwie waleczne księżniczki, walczące ze złym imperium, o pokój na Ivalice/Wszechświecie.

Balthier = Han Solo - Obydwaj są piratami (powietrzny/gwiezdny niewielka różnica), obydwaj też posiadają swój własny statek powietrzny. Preferują też pozostać neutralni w całym sporze, ale powtrzymuje ich pewna księżniczka.

Strahl = Millenium Falcon - patrz Bathier = Han Solo

Fran = Chubaca - partnerzy Balthiera/Han Solo. Chociarz jedynie co łączy jest fakt, iż nie są rasy ludzkiej, co ich partnerzy. Reszta raczej dzieli niż łączy

Gabranth = Darth Vader - Obydwaj są poczatkowo przeciwnko Imperium, ale ostatecznie walczą po jego stronie, by podczas ostatniej walki nawrócić się, a następnie zginąć. Także Gabranth i Vader, to nie są ich prawdziwe imiona.

Ba'gamnan = Boba Fett - łowcy głów, którzy wzieli na cel powietrznego/Gwiezdnego Pirata. Giną też w podobny sposób - Ba'gamnanm tonie w morzu piachu, po czym pożerają go rybki, a Boba trafia do zołądka pustynnego stwora

Dalmasca = Tatooine - kraina/planeta są wielkimi pustyniami. Są też miejscem, w którym wychowali się główni bohaterowie.

Sky Fortress Bahamut = Death Star - Napoteżniejsze bronie imperium, o wielkiej destruktywnej mocy. Komentarz zbędny.

Dorzuciłbym jeszcze kilka nazw, ale ponieważ oglądałem Gwiezdne Wojny dość dawno, zdążyłem trochę pozapominać.

Strony: [1] 2