Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - qiax

Strony: [1]
1
FanFik / Zakład
« dnia: Kwiecień 08, 2007, 12:14:44 pm  »
Nudziło mi się, wiec tym razem postanowiłem napisać coś interesującego.

Zakład

Prolog

     Wziął kolejny łyk kawy. Jak oni go bawili… Zwykła sprzeczka, choć dla postronnych obserwatorów stanowiła kłótnię dwóch zwaśnionych od wieków przeciwieństw. Pasowali do siebie idealnie, mimo to wiecznie rywalizowali, wypominali wszystkie swe grzechy. Paradoksalnie nie przeszkadzało im to w pieszczeniu siebie nawzajem do wszelkich norm granic, wypróbowując w łóżku coraz to nowsze i bardziej perwersyjne pozycje. On, dwudziestodwuletni student, pracujący w pizzeri na drugim końcu miasta. Ona, dwudziestoletnia studentka mieszkająca z rodzicami, bez stałej pracy. Wziął kolejny łyk kawy, spoglądając przy tym na zegarek. 12:15. Spóźniał się... Znowu. Herbata zdążyła już dawno wystygnąć. Zerknął ku niebu, wpatrując się w wolno snujące chmury. Ubrany w czarny garnitur, z zaczesanymi do tyłu rzadkimi kruczymi włosami, wyróżniał się na tle reszty zebranych tu gości. Było to zrozumiale, zważywszy na miejsce spotkania – kawiarenka jakich wiele. Niczym się specjalnie nie wyróżniała, poza miłym kremowym płotem ozdobionym zielonymi krzewami. Siedział akurat w rogu, przy stoliku zarezerwowanym specjalnie dla dwóch osób. Nagle chłopak zerwał się na równe nogi, krzycząc w niebogłosy coś o utraconych marzeniach, poświęconych specjalnie dla niej. Miał rację: w końcu zaharowywał się do granic swych fizycznych możliwości, a wszystko po to, by opłacić nie swoje studia. Mimochodem zerknął na pozostałych bywalców. Ojciec znęcający się nad swą sześcioletnią córką, masturbujący się co noc chłopak, kobieta sypiająca z szefem w nadziei na szybki awans… A wszystkich obsługiwała kelnerka wypróżniająca w samotności każdą porcję jedzenia, byle tylko zachować swą „nieskazitelną” figurę, tym samym pracę. Przetarł ze znużeniem oczy, odsłaniając lekką siwiznę.
-   Długo czekasz? – zapytał ktoś z troską.
     Uśmiechnął się spoglądając na zegarek. 12:21. Przysiadł się do niego młodzieniec, nieco zakłopotany. Zmienił się. Czarne niczym noc włosy, teraz rozjaśnione białymi pasemkami. Wydał mu się komiczny w białym garniturze, z rozpiętą na dodatek marynarką, nie wspominając o nie schowanej do spodni koszuli.
-   Spóźniłeś się. – odparł w końcu. – Znowu. –
-   Po tylu latach jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Zresztą, czekałem na swoją porę. –
-   Jesteś przewrażliwiony na tym punkcie. –
     Zaśmiał się w odpowiedzi jakby na przedni żart. Rzeczywiście. Jedynka z przodu, dwójka z tyłu, dwójka pierwsza, jedynka na końcu. Dodane do siebie tworzyły szóstkę.
-   Twoja jest niedziela, moja sobota. Pozostałe dni należą do nich. – wzruszył od niechcenia ramionami.
-   Praca uszlachetnia, czyżbyś nie wiedział? –
-   Jeśli sprawy nadal będą się tak układać, niedługo nie będę musiał robić nic. –
     Chłopak napił się herbaty. Wzdrygnął się na mroźną ciecz. Odczuwał zimno nawet pomimo gorącego w tym roku lata.
-   Nadal nie rozumiem… - przeszedł nieśmiało do rzeczy – Dlaczego czekasz? Minął już zapowiedziany czas. Rozejrzyj się! – machnął ręką wokół siebie, chcąc objąć cały świat.
     Mężczyzna zamyślił się nieco.
-   Wciąż jesteś przeciwko mnie. –
-   Tak samo jak i ty. –
-   W odróżnieniu od ciebie chcę ich ochronić. –
     Martwy śmiech zalał okolicę.
-   Chronić? Ich?! – chłopakowi powoli puszczały nerwy – Niby w jaki sposób? Obiecując nagrodę po śmierci, za życia wyzbywszy się przyjemności? –
     Rozsiadł się wygodnie, zarzucając rękę za siebie.
-   Nie wiedzą czego chcą, pragną… -
-   I to dlatego masz prawo, by za nich decydować? – uśmiechnął się cynicznie – Dałeś im drogę, lecz zawiązałeś oczy. Dzięki mnie ponownie je otworzą. –
-   Sprowadzisz ból na tych, którzy nie potrafią się obronić, z nich skorzystać. Świat ich przytłoczy, zniszczy, zabije, a potem co się z nimi stanie? –
-   Którzy nie potrafią się obronić. – powtórzył, jakby to miało rozwiać wszelkie wątpliwości - Kim dla nich jesteś? Zwykłym ochroniarzem! Zwracając się do ciebie tylko w przypadku prośby o pomoc! Czy podczas szczęścia ktoś choć raz ci podziękował? Szczerze z głębi serca? Czy może z obawy przed utratą tej marnej stabilizacji, namiastki życia? I nie mówię tu o tych, których sam wybrałeś. –
-   Ludzie są słabi… - nie wypowiedział tego z pogardą, raczej jak opiekun próbujący wytłumaczyć błędy swych podopiecznych.
-   A ty zamiast uczynić ich silniejszymi, by w końcu mogli sobie poradzić bez twojej pomocy, jedynie bardziej ograniczasz. Wciąż każesz im żyć według starych praw! Zrównujesz wszystkich do jednego stanu, zabijasz indywidualność, ambicje. Cenisz cechy takie jak cierpliwość, pasywność, łudzisz obietnicą nagrody dopiero po śmierci. Zabawne, że potem większość z nich żałuje nie podjętych akcji, wstrzemięźliwości. –
     Chłopak uśmiechnął się gorzko. Stosowanie tych samych argumentów podczas każdego spotkania nie wydało mu się dobrym pomysłem. Ale innych nie miał. Świat się zmieniał, ludzie: nigdy.
-   Ja daję im nadzieję, wiarę w lepszą przyszłość. – odparł mężczyzna ze stoickim spokojem. – To właśnie dzięki niej stają się silniejsi, mogą chronić innych. –
-   Jesteś im zbędny. – podsumował ironicznie – Zapomniałeś? Wystarczy, ze znajdzie się nagle istota ofiarując to samo, bądź nieco więcej, a od razu liczba wyznawców drastycznie spada. –
     Milczeli przez dłuższą chwilę. Gorąca para z herbaty wiła się ku górze.
-   To był odosobniony przypadek. – odparł w końcu, biorąc kolejny łyk kawy.
     Zwykła rozpuszczalna z mleczkiem i dwoma kostkami cukru. Nic nadzwyczajnego, choć kelnerkę zachwalała tę właśnie pod niebiosa.
-   Naprawdę? – wziął głęboki oddech - Wygrałeś raz, ale tylko dlatego, że brakowało mu przywiązania. Nie mrugnął okiem nawet w chwili wymordowania mu rodziny, bydła, odebrania całego majątku, nie wspominając naturalnie o „obdarowaniu” go trądem. –
-   Wciąż nie rozumiesz sensu *poświęcenia*, czy chociażby *lojalności*. –
-   Masz rację. – odparł ze śmiechem, by nagle spoważnieć - Nie rozumiem w jaki sposób mogło go nie obchodzić życie własnych dzieci, które nagle przestały istnieć. Nie rozumiem, w jaki sposób mógł je zastąpić innymi. Nie rozumiem, dlaczego odpuścił majątek, na który pracował całe życie, ani dlaczego nie żal mu było tego wszystkiego, co *sam* przecież osiągnął, bez niczyjej, tym bardziej *twojej* pomocy. –
-   Zaufał mi. Ty też powinieneś. –
-   Po moim odkupieniu. –
-   Jeśli tylko byś się podporządkował… -
-   Żartowałem. –
-   Ja nie. –
     Zapadła martwa cisza, rozrywana tylko strzępem zebranych wokół siebie kruków i gołębi.
-   Przegrałeś za drugim razem. – przypomniał siarczyście chłopak – Wielbią go. Tak jak chciałem. Wystarczyło parę sztuczek, wypranie mózgu, a z fanatyka uczyniłem… -
-   Nie chcę o tym rozmawiać. –
-   Bo wiesz, że mam rację. Nie wyczuwasz w tym pewnej ironii? Zwykły człowiek, który w swym fanatyzmie stał się równy tobie. Korzystał z życia, by na końcu pocierpieć i za to go wielbią. Iście ludzkie podejście.
-   I tak uczynił więcej dobrego, niż złego. –
-   Słyszałem o mniejszym złu, ale o większym dobru? Daj spokój, jesteśmy na to za starzy. Więc czemu wzbraniasz się przed wywiązaniem z odpowiedzialności? Pora to wreszcie skończyć! –
-   Chcę podwoić stawkę. –
     Chłopak otworzył usta w zdumieniu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu został przez kogoś zaskoczony. Najwidoczniej rozmówca był bardziej zdesperowany, niż początkowo zakładał.
-   Słucham. –
-   Te same warunki co wtedy. Tym razem jednak będzie on twoim… –
-   To wszystko? –
-   Nie. – z twarzy zniknęła dobroć, zastąpiona teraz czystym wyrachowaniem – Wcześniej miałeś podatniejszy grunt, gdyż pracowałeś nad nim zanim się jeszcze urodził. Teraz weźmiesz nieukształtowaną glinę, ale już z kształcącą się samodzielnie formą, bez kierowania się ku jednej ze stron. –
-   Uwielbiam twoje metafory, ale powiedz mi, czemu miałbym się ponownie zgodzić? Odkładasz to, co nieuchronne. Czyżbyś się bał, że przegrasz? –
-   Nie są jeszcze na to gotowi. –
-   Nigdy nie będą… - wzruszył niedbale ramionami - Jaka jest stawka? –
-   Żadnego sądu. Jeśli wygrasz, oddam ich tobie. –
     Zaskoczył go. Znowu. Wziął łyk herbaty, wpatrując mu się w oczy. Próbował dostrzec choćby iskrę podstępu, jakiegoś awaryjnego planu, który byłby w stanie go uratować. Tak jak wtedy…
-   Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? –
-   Dwa narzędzia. Dwie drogi. Śmierć kończy wszystko. –
     Chłopak uśmiechnął się.
-   To może być interesujące... Dobrze. Zgadzam się. –
     Nie uścisnęli sobie dłoni, nie spisali umowy na żadnej karcie. Obydwaj zdawali sobie sprawę, że z ich słowami wiązała się siła, którą tylko oni mogli złamać. Czego nigdy nie uczynią.
     Chłopak wstał, poprawiając sobie marynarkę.
-   Do zobaczenia, ojcze. –
     Mężczyzna odprowadzał go wzrokiem. Zaczął się zastanawiać, czy dobrze postąpił. Wtedy go zawiedli, ale czy teraz ponownie tak się stanie? Zerknął na młodą parę. Trzymali się za ręce, przepraszając siebie nawzajem…

2
FanFik / Świat Mu'a
« dnia: Marzec 22, 2007, 03:22:38 pm  »
Przyznam, że ten oto przed wami zamieszczony tekst jest pisany przeze mnie dla czystego, nieskrępowanego myślą i jakimś celem relaksu, więc błędy jakieś tam w składni, inne duperele na które poza mną i wami nikt normalny przy zdrowych zmysłach nie zwróciłby jakieś uwagi. Nie wiem i nie chce wiedzieć, czy to ma jakąś fabułę, czy niesie ze sobą "przesłanie". W każdym razie:

Świat Mu'a

Rozdział 1
Świat. Ah. Świat.

     Młoda dziewczyna o kasztanowych włosach jak zwykle harowała dla swego wujaszka, który śmiał ją napastować za każdym razem, gdy schylała się przy drewnianym „kotle”, w którym prała dzień w dzień ubrania. Oczywiście nie swoje, w końcu wtedy jaki byłby to wyzysk? Dosyć młoda, niewinna taka ździebko, chociaż syn młynarza stacjonującego przy studni miałby zgoła odmienne zdanie. Rzecz można by z całą stanowczością, że teraz spocone piersi były wtedy całkiem jędrne…
     Młody chłopak szedł w pocie czoła przez polanę, nienawistnie przyglądając się otoczeniu. Ubrany w całości na czarno, z kapturem szerokim aż do barów, z przypiętymi do pasa dwoma mieczami, ocierał z potu twarz. Jakim cudem robił to wszystko jednocześnie? To jest bardzo dobre pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi. W każdym razie szedł sobie, wyklinając Słonce, czyste, błękitnobiałe niebo, delikatną bryzy smugę.
-   Nienawidzę Cię! – krzyknął nagle, grożąc pięścią w górę – Jak "kurczaczek" mogłeś mnie tu sprowadzić?! Ja pierdolę, czy ty zawsze musisz gadać o pogodzie?! I to takiej „ach, jak tu ładnie, jak tu ślicznie, jak tu…”
-   Zamknij się! – z nikąd rozległ się ostry, przeraźliwie znudzony i podpity głos.
     Brzmiał niczym echo pałętające się w górach pogłosu świata Gór Poronionych.
-   Jakbyś wtedy szedł razem ze mną i PODBIŁ tę wieś, gdzie stoczyłaby się EGELANCKA bitwa pomiędzy dobrem a złem, to mógłbyś wtedy narzekać, ale nie, ty mały gnojku z kompleksem Apoleona, musiałeś do cholery…
-   Tak! – krzyknął mu w wyrzucie mężczyzna, przecierając swoje gęste, długie i niewątpliwie seksowne włosy, sięgające mu uroczo do ramion.
-   To cierp! -
-   Znajdziemy sposób, byś się ode mnie odczepił, a wtedy osobiście cię zabiję! Na śmierć! -
     Nagle dostrzegł w oddali małą, nieznaną nikomu na mapach wieś. Kolejna zabita dechami dziura, ale być może znajdzie tam jakąś dochodową robotę… A nagrodę będą panie w burdelu. Z nieoczekiwanym napięciem modlił się o spełnienie swych najdzikszych snów…
     Kasztanowłosa otarła czoło z potu, wpatrując się z uśmiechem w bezchmurne niebo. Bryza masowała czule nieco zwilgotniałe piersi, zaś dźwięk muzyki dobiegający z tawerny również wpływał na nią co najmniej budująco. Delikatne rysy twarzy, ludzkie uszy, zwykła prosta dziewczyna, która dorabiała jako praczka, sprzątaczka, służąca w przybytku wujaszka. Pełny serwis! Naturalnie nie z własnej woli, co to to nie! Westchnęła w odpowiedzi na okrutny los, na jaki skazał ją los, ślepo wierząc w jego odmianę... Klepnęła się delikatnie w twarz, starając otrząsnąć z tego nonsensu myśli. Po powieszeniu wszystkich ubrań, w tym zgniłych portek swego dobrodzieja i innych, nieco obscenicznych rzeczy, wzięła pusty koszyk, wchodząc tyłem do tawerny…
     Mężczyzna szczerbił zęby w coraz szerszym uśmiechu, o ile to było w ogóle możliwe. Blada, prawie jak u albinosa skóra źle znosiła promienie słoneczne. Nie dlatego, że istniało ryzyko oparzeń, czy innych mało przyjemnych rzeczy… Po prostu nie chciał się opalić. Wyostrzone zęby w sam raz nadawały się do zatopienia w dużym, soczystym kawałku mięsa. Z reguły jednak używał ich do sprowadzenia otchłani dla wrogów, gdyż odgryzał im okazjonalnie uszy, zaś rajem dla „już nie” niewiast, podczas niewinnej zabawy ich sutkami. A tego teraz właśnie potrzebował – żarcia i seksu. Niekoniecznie w tej kolejności.
     Bela, bo tak właściwie owa niewiasta miała na imię, spojrzała na szwendające się tu i ówdzie służki. Wszystkie usługiwały jej wujowi, zamożnemu właścicielowi tawerny „Pod zwalonym koniem”. Czerpał on krocie goszcząc podróżnych pomiędzy Cina, a Kniaz – dwoma miastami, głównymi ośrodkami handlu traktu Hana, witających ze wszystkich stron Arret osobników wszelkich ras. Przybytek dzielił się na trzy główne części: frontową, w której przyjmowano gości, zwykle pijaków, czy też raczej „ciężko pracujących w pocie czoła wieśniaków”. Przychodzili każdej nocy pijąc, by zapomnieć, że piją…
     Chłopak podrzucił do góry kruczoczarną pelerynę, rozciągając się z ulgą. Doliczył się w sumie około dziesięciu budowli, w tym zapyziałego kościołka Góba, którego bóg już dawno zapomniał, że ma wyznawców na takim zadupiu. Lub pamiętać nie chciał.
-   Pierdolę, ważne, że maja tawernę. -
-   Cholerny pijak! – podsumował echo-głos – Czy ty zawsze musisz zalać się w trupa, by potem leczyć dwa dni kaca na kolejnej porcji alkoholu?! -
-   Te, stul pysk! Gdyby nie to, że muszę cię ze sobą taszczyć, nigdy bym nie sięgnął po piwo na pierwszym miejscu! -
-   Sam jesteś sobie winny! Mówiłem, pomóż mi, ale nieeeee… Ty jak zwykle musiałeś się wyłamać, chrzanić coś o wolności jednostki, i inne tego typu bzdurach. -
-   Grrrr… Zabiję cię! Przysięgam, że znajdę sposób, by się od ciebie uwolnić, a potem cię zabiję tysiąc razy i jeszcze raz dla pewności! -
-   Ta… -
     Niezrażony kolejny słowami „towarzysza”, ruszył biegiem w stronę największego budynku, którym bez wątpienia musiała być tawerna. Po cichu liczył na burdel…
     Druga część mieściła kuchnię, głównie starych bab mających najświetniejsze czasy za sobą. Wujkro, bo takie zacne imię śmiał nosić wujaszek Bely, zatrudniał je głównie nie z racji ich wyglądu, a doświadczenia. W końcu jedna stara kucharka była warta tyle, co dziesięć kelnerek. Innym, znacznie większym i bardziej przemawiających na ich korzyść faktem, był fakt, że automatycznie kelnerki zyskiwały parę punktów u nowo przybyłych gości. To *nie* była prostytucja, raczej wolny wybór. W końcu dziewczęta podczas jednej nocy zarabiały więcej. niż przez cały tydzień „normalnie”.
     Chłopak był coraz bliżej, a jego myśli coraz dalej.
     Ostatnia, trzecia część – piętro, lub jak to wolą kelnerki: pięterko. Nic ciekawego, w końcu czym różni się jedno piętro z paroma pokojami od wielu jemu podobnych? Nie wliczając rozmiarów łóżek i numerów pokoju przyporządkowanego kobietom pracy. Od pierwszego – najlepszego, aż do ósmego – najgorszego. Jako, że wujaszek to taki chciwy drań był, Beli przypadł w udziale numerek zero… Niezbadane rejony. Kasztanowłosa wyszła przez główne wejście, chcąc na chwile odpocząć po ciężkim i dobrze spełnionym obowiązku praczki. A sądząc z ilości gości, głównie ludzi, czeka ją całonocne szorowanie garów, poranne zaś podłogi. Przechodząc między zaległymi stolikami ktoś uszczypnął ją w zgrabny zadek. Nie namyślając się długo, bo wcale, uderzyła nieroztropnego wieśniaka w pysk, po czym wyszła jak gdyby nigdy nic.
     Oparła się obok drzwi wejściowych, skierowanych sprytnie na główną drogę. Po przeciwnej stronie, na ironię, został wybudowany kościół Góba, wszechpotężnej istoty dobra miłującej pokój, miłość, dobro i sprawiedliwość. Stary, zaniedbany budynek, wspomnienie ślicznego niegdyś miejsca… Wujkro postawił tawernę specjalnie na wprost, gdyż po co tygodniowej mszy, wieśniacy całymi bandami pchali się do środka, radując złotym trunkiem, lub jak to oni określali: „owocami swej ciężkiej pracy”. Nagle dobiegł ją śmiech szaleńca, postaci ubranej w całości na czarno, co w tak upalny dzień wydało jej się co najmniej nie na miejscu.
     Chłopak nie mógł pohamować radości. Nareszcie, po tylu dniach wędrówki, w końcu dotarł do swego upragnionego obiektu rozkoszy – TAWERNĘ. Dużo piwa, dużo chętnych, młodych dziewek… Nagle ktoś chwycił go za ramię.
-   Te, młody… - dwumetrowy wieśniak, widocznie szukający zaczepki – Masz piątaka? Czy wszystkie zę… -
     Nie dokończył. Złapał się za jaja, skomląc z bólu niczym małe dziecię. Chłopak chwycił go za głowę, uderzając z kolanka. Żółte, niektóre czarne zęby wyleciały przez usta, z nosa i ust wolno ciekła krew wymieszana ze łzami i glutami. Stanął mu na głowie, nie spuszczając wzorku z jakże szacownego przybytku. Cały czas się śmiał.
     Bela przyglądała się w milczeniu, podobnie jak i pozostali wieśniacy. Dwóch z nich stanęło za nieznajomym, chcąc go unieruchomić w jakikolwiek sposób. Chłopak, nawet nie zdając sobie sprawy z ich obecności, wystawił dłonie przed siebie, chcąc się nieco rozciągnąć. Uderzył obydwu z łokcia w nos.
-   Hę? – obrócił zdziwiony głowę – Oh, nic wam nie jest? -
-   Ty skur… -
     Chwycił ich za przetłuszczone włosy, zderzając obydwu twarzami. I jeszcze raz i kolejny.
-   A teraz ? - zapytał kpiąco.
     Osunęli się nieprzytomni. Westchnął zawiedziony. Spodziewał się czegoś więcej, ale w sumie czego konkretnie – nie miał pojęcia. Obrócił się na pięcie, kierując kroki ku wejściu. Nagle pierwszy z chłopów złapał go za prawą nogę.
-   Ty małe gówno! – krzyknął zirytowany, waląc wolną w przedramię – Nigdy więcej nie dotykaj BOGA! –
     Bela w wymownym geście obrzydzenia zakryła usta dłońmi. Chciała obrócić głowę, wzrok, byle tylko nie widzieć krwi, cierpienia. Nie mogła.
     Nieznajomy w końcu zaprzestał. Przedramię, a tym samym prawa ręka wieśniaka nadawała się już tylko do zmielenia i rzucenie świniom na pożarcie. Podrapał się po głowie lekko zakłopotany.
-   Ups. – podsumował. – Świat. Ah. Świat. -
     Wszedł do tawerny, mijając po drodze całkiem atrakcyjną dzierlatkę. Tylko ten strach widoczny w jej oczach... Nieważne, niedługo przemieni ją w rozkosz.
     Bela jęknęła w odpowiedzi na spojrzenie, którym obdarzył ją tajemniczy przybysz. Lewe oko czarne, prawe czerwone…

Rozdział 2
Święty świrnięty

     Promienie słoneczne wesoło odbijały się od białej, w całości pomalowanej na taki kolor farby. A wszystko po to, by jeszcze bardziej człowiek ją noszący mógł uchodzić za uosobienie świętego. Ba! Nawet prostytutki z burdelów, w których często bywał, trzymały się od niego z daleka. Co dziwne, był on dosyć przystojny: skrzyżowanie niebieskookich blondynów z muskulaturą anorektyka. Szedł od wielu godzin, taszcząc na plecach duży, dwuręczny miecz. Nikt, spośród postronnych obserwatorów, nie byłby w stanie go unieść, ale on? Co to było dla Wybrańca światła, poskramiacza ciemności i dwudziestoczteroletniego prawiczka? W końcu *skądś* czerpał tę niespożytą energię, co złośliwszy mogliby uznać za „niewyżytość seksualną”. Jako, że wyruszył na swoją krucjatę przeciwko siłą zła jakieś dwa lata temu, to nie, nie zdążył zebrać sojuszników. Czy też raczej nikt nie był na tyle nienormalny, by podróżować z kimś, kto…
-   O, ranne mrówki! – krzyknął nagle w niebogłosy, jakby znalazł ranną dziewczynę w skąpym stroju z przeciętym dekoltem – Witajcie mali przyjaciele! – pochylił się nad gromadą, która właśnie przecinała drogę, niosąc na plecach kawałki żarcia, którego pochodzenia znać *nie* chciał – Pozwólcie, że wam pomogę moli mali przyjaciele… -
     Jak pomyślał, tak zrobił, czego w dwadzieścia cztery sekundy później żałował. Jako, że ten świat nie należał do normalnych, również i takie nie mogły być przygody samozwańczego bohatera świętych sprawiedliwości świętości. I nie, mrówki *też* nie były normalne. Widząc zagrożenie w postaci wielkiej, spoconej łapy lecących z prędkością warp w ich kierunku, stado zatrzymało się jak wryte.
     Głównodowodząca mrówka rozkazała swym rodakom zatrzymać się jak wryci, po czym dała znak czułkami na głowie. Jako, że w pobliżu, które liczyło dwa metry na wschód w głąb polany, znajdowało się mrowisko, którego nasz bohater oczywiście *nie* zauważył, do ataku przyłączyli się pozostali obrońcy Królowej. Stado stopiło się w jedność, tworząc metrowego mrówkopotwora gotowego za każdą cenę bronić swego domu, ojczyzny i zapasów sfermentowanego soku z jabłek! Wybraniec upadł na plecy, patrząc i jęcząc na swą zgubę, która niewątpliwie zakończy tę tułaczkę pełnych uderzeń w pysk od każdej napotkanej dzierlatki…
     Nie namyślając się długo – w końcu stawką było *jego* życie – kopnął monstrum z buta, po czym zerwał się na równe nogi, uciekając ile pary w nogach, byle jak najdalej od potwora. Krzyczał przy tym w niebogłosy i wywijał rękoma niczym przestraszona czteroletnia chora psychicznie dziewczynka z zespołem glenna.
     Część mrówek zginęła od uderzenia, ale ci co przeżyli, na zawsze będą wspominać tę historyczną batalię, która zakończyła się kolejnym zwycięstwem mrowiska i Królowej! Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że stworzony przez nich „obrońca” miał 1 lvl…
     Wybraniec zatrzymał się dopiero dwa kilometry od miejsca zdarzenia, dzielnie przedzierając się przez porośniętą trawą drogę między łąkami. Pocił się na całym ciele, był jednak szczęśliwy: udało mu się nie zabić potwora, gdyż nie uznawał mordowania nikogokolwiek i czegokolwiek, co nie zaatakowało go pierwszym, nie będąc wcześniej sprowokowanym przez nikogo. A że pierwszy wysunął dłoń, to pomyślał - o dziwo - że mimowolnie nadał wydarzeniom pęd. Po nakreśleniu swego boskiego znaku, na swym nieboskim czole, co dla postronnych - nie obeznanych obserwatorów – wyglądało jak uderzenie się z pięści w głowę, ruszył w dalszą drogę, wspominając modlitwy swego dobrodzieja boga Góba. Choć zdrowy normalnie człowiek uznałby to raczej za samowolne pranie mózgu…

3
Offtopic / FlameZone
« dnia: Luty 12, 2007, 02:25:08 am  »
Jak głosi temat, czyli Flaaaaaaaameeeee Zoneeeeeeee Chlip... To będzie boskie coś czuję. No to od czego ktoś zacznie? Bo z tego co widzę po tak cholernie długim czasie mojej nieobecności, to ciągle słyszę o flame tu, flame tam, ale nikt się nie poczłapał, by taki temacik założyć.
Nie, ja nikogo nie prowokuję, czy coś w tym rodzaju. Po prostu nudzi mi się nieziemsko, więc iskra boża by się przydała, by ogień piekielny opalił mi oczka ahahaahaha...
Może temat do kolekcji jakiś ślicznych flameów, ku chwale dla potomnych? Albo do wspominania przy ciepłej herbatce, hę?
O już wiem! Mi się podoał mój post dotyczący Regulaminu Forum. Nikt nie odpisał na niego, a całkiem ślicznie mi on wyszedł że ni hu hu:
http://squarezone.pl/smf/index.php?topic=1105.480

BTW: Załamię się chyba, jak czytałem wasze posty w TO dotyczące zaostrzenia regulaminu. Bo jak na taką zatrważającą ilość nowych użytkowników, to normalnie... No, wow.

4
FanFik / Tawerna
« dnia: Luty 08, 2007, 01:31:41 am  »
Kolejny losowo wybrany rozdział z mej powiastki. Nie ma zwiazku z poprzednią częścią, więc można czytać bez żadnych obaw.

------------------------------

     Nie wiedział, jak długo już podróżują. Szli w milczeniu, nie zważając na siebie nawzajem. Vinas poruszała się dosyć szybko, zgrabnie, podczas gdy on po prostu parł naprzód. Nie zatrzymywali się, raczej nieznacznie tylko zwalniali, po chwili znowu przyspieszając. Po drodze mijali głównie drzewa, żadnej łąki, polany, czegokolwiek, co by mogło sugerować, że zbliżając się do upragnionego celu. Tylko co potem? Uśmiechnął się odczuwając ironię sytuacji. Tyle bowiem czasu zajęło mu wydostanie się z miasta Niaa'n Kiri, że nigdy tak naprawdę nie zastanowił się, co z ową wolnością zrobi. Zdążył już wypić cała zawartość bukłaku, mocując go przy pasie za pomocą skórzanego skórka, którym był owinięty. Zawsze miał Shadee do pomocy, która w swój własny, specyficzny sposób nakierowywała go na jakiś cel. Czy to „zabicie” któregoś z uczniów, czy też pozbawienie go przytomności, by przyśpieszyć nieco wydarzenia. – „Jutro Turniej”… Rany, to zdecydowanie było jej najlepsze zagranie. – Samo to wspomnienie wywołało u niego uśmiech, który po chwili zgasł. – Jak mi jej brakuje... – przetarł oczy dłońmi. – Muszę być silniejszy… -. Dopiero teraz zauważył, że prawą miał rozerwaną, a w nie lepszym stanie była druga z rękawic. Zdjął obydwie, chowając do kieszeni. I tak nie planował użycia sejmitara w miejscu publicznym, o ile w końcu do jakiegoś trafią. – Nisha’s Cha’Ran…Co to o cholery znaczy?! -. Ostatnie słowa mrocznej. – To musi przecież coś oznaczać… Inaczej by ich nie mówiła. „Żegnaj” w deamrowskim? Miasto? Nazwa broni? Określenie osoby? Cholera… -. Mimochodem spojrzał na Vinas. – Może ona będzie wiedzieć? -. Pokiwał przecząco głową: nie ufał jej dostatecznie, by dzielić się z nią historią swego życia. – „Och, urzekła mnie twoja historia.” – pomyślał gorzko, wyobrażając sobie jej reakcję. – „Jesteś z obcego świata, no niesamowite po prostu. Dobrze, to ty tu zostaniesz, a ja gdzieś skoczę po coś gdzieś daleko… Tak, ależ oczywiście, że cię nie zostawię, w końcu to mogło się przytrafić każdemu.” Rany, co za głupota… To totalnie nie w jej stylu. W sumie to nie wiem, co by było w *jej* stylu. -. Vinas była ubrana w czarne, skórzane, choć sprawiających wrażenie luźnych, spodni i zbroje. Nie miała na sobie żadnych metalowych, a tym samym ciężkich części. Jego teoria na temat profesji zabójcy i złodzieja zdawała się potwierdzać. Ciekawiło go tylko jedno: dlaczego ktoś taki jak ona, to znaczy: wysportowana, silna, zabójcza, potrzebuje do „ochrony” kogoś takiego jak on? – Na przynętę? Tym właśnie dzisiaj byłem. -. Bandyci, o ile tym właśnie byli, zdawali się potwierdzać jej historie, ale był prawie przekonany, ze kłamała. W sumie to i tak było bez znaczenia, gdy tylko bowiem dotrą do miasta i otrzyma zapłatę, rozstaną się. Wtedy do zrobienia zostanie mu tylko jedno: znaleźć miejsce na nocleg, najlepiej ze śniadaniem do łóżka. Nagle Vinas zatrzymała się, opierając o jeden z konarów.
-   Jesteśmy prawie na miejscu. –
     Gdy do niej podszedł, oparł się o kolana. Zdecydowanie nie był przyzwyczajone do takich spacerów. Z drugiej strony był całkiem z siebie zadowolony: nie spodziewał się, że wytrzyma. Najwidoczniej to co przeżył w Niaa'n Kiri wzmocniło go. Albo to zasługa sucharów… Stali na zboczu pagórka, skąd rozchodził się widok na całą osadę. Architektura aż nadto przypominała ilaejską. Budynki otoczone zewsząd liścianymi drzewami, których gałęzie zdawały się oplątać każdy kolejny. Pośrodku zabudować stało coś na wzór wieży. Wyróżniała się na tle reszty, gdyż wokół niej nie znajdowało się żadne drzewo. Nieco dalej widoczne były zwykłe domy z przylegającymi do nich polami. Przez całą osadę ciągnęła się jedna główna droga, co mogło sugerować, że jest czymś na wzór szlaku kupieckiego.
-   Jak nazywa się ta wieś? –
-   Snas'a. –
-   Idiotyczna nazwa… -
     Kobieta uśmiechnęła się zrozumiale. Najwidoczniej musiała myśleć podobnie.
-   Jeśli nie masz nic przeciwko, zapłacę ci w tawernie. –
-   Dobrze. –
     Przynajmniej nie będzie musiał pytać o drogę obcych. Vinas pierwsza ruszyła na dół. Będąc w połowie drogi, chciał coś powiedzieć, ale się przed tym powstrzymał. – Cholera, co mnie obchodzi, co ona zamierza… Przecież nie stworzymy „drużyny”… -. Ta myśl wydala mu się co najmniej żałosna. A jeśli chce przeżyć, odszukać powrotną drogę do domu, będzie musiał wpierw nauczyć się liczyć tylko na siebie.
     Znaleźli się na wydeptanej ścieżce, prowadzącej do głównej drogi. Słońce już dawno zdążyło zajść za horyzontem. Vinas poruszała się pewnym krokiem pomiędzy budynkami i nielicznymi ilaejczykami, podczas gdy on cały czas odczuwał zdenerwowanie. Nie mógł się pozbyć wrażenie, że jest wciąż obserwowany w ten sam sposób, jak to miało miejsce w Niaa'n Kiri. Przechodnie byli dosyć prosto ubrani, wieśniacko wręcz. Takiej sobie jakości spodnie, skórzane buty, koszule, podczas gdy kobiety w suknię. Tylko nieliczni mieli na sobie coś na kształt skórzanych zbroi, których wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Nikt nie zwracał na nich najmniejszej uwagi, od czasu do czasu tylko zerkając, głównie na Arka. – Mogłem dokładniej zmyć z siebie krew... Chociaż pewnie wyglądam jak żebrak, z tymi wszystkimi dziurami… – pomyślał.
     Zatrzymali się przed piętrowym budynkiem. Wejście otaczały dwa solidne drzewa, ale do tego rodzaju widoku zdążył się akurat przyzwyczaić. Szyld, w kształcie spłaszczonej szyszki, przedstawiał jęczmień, z którego sączył się na żółto pomalowany napój do brązowego kufla. – Szczyny? -. Zapach zdawał się to sugerować. Vinas weszła pewnym siebie krokiem, on tuż za nią.
     Był w lekkim szoku. Delikatny smród rzygowin, wymieszany z innym, jakże subtelnym zapachem szczyn, tworzył intrygującą wręcz mieszankę. Nagle ktoś złapał go za prawą nogą, przytulając do siebie. Dwóch obrzyganych pijaczków siedziało po przeciwnych stronach, słodko śpiąc. Z siłą wyrwał swoje cenne ciało, oddalając się od nich w pośpiechu. Pomieszczenie oświetlały nieliczne świece znajdujące się w czymś na wzór żyrandoli. Przybytek, o ile mógł użyć tak wzniosłego określenia na tę spelunę, przypominał raczej zbiorowisko oprychów. Przez chwilę patrzyli na dwójko nowo przybyłych, po chwili jednak oddając się delektowaniu złocistego trunku. Przypominali przy tym bandę bezdomnych biedaków, którzy pili po to, by zapomnieć. Na północy znajdowały się schody prowadzące na piętro. Bar mieścił się po lewej, zaś resztę przestrzeni zajmowały bez jakiekolwiek porządku porozstawiane okrągłe stoliki, „zręcznie” wymijające cztery w sumie kolumny podtrzymujące strop. Ich nogi były wyrzeźbione w kształcie splatających się gałązek. Na jednym z nich, znajdującym się mniej więcej pośrodku, leżał wyciągnięty na plecach człowiek. Wydawał się być mu dziwnie znajomy. Trzymał uniesiony nad sobą miecz, który posuwał w górę i w dół. Nagle umieścił go pomiędzy nogami, szczerze się przy tym uśmiechając. Starając się nie zwracać na to uwagi, podszedł do Vinas, która zdarzyła już zamienić parę słów z barmanem. Okazał się nim być chudy ilaejczyk, z krótkimi, różowymi włosami. Przywitał go z uśmiechem, choć miał wrażenie, że to po prostu szczękościsk. Za nim znajdowały się drewniane drzwiczki w kształcie liścia, sugerujące na drzwiczki okna, zaś po prawej drewniane, grube drzwi.
-   Dla niego to samo? –
     Co dziwne, miał melodyjny głos.
-   Tak. – odpowiedziała za niego Vinas.
     Przez chwilę poczuł się, jakby był w towarzystwie Shadee…
-   Usiądźcie gdzie chcecie. –
     Arek spojrzał na niego, jak na idiotę. – Jakby był jakiś wybór. – pomyślał. Vinas położyła na ladzie sztukę złota, co pewnie oznaczało zapłatę z góry. Nagle po pomieszczeniu rozległ się pełen satysfakcji jęk. Mężczyzna, który odbywał stosunek z własnym mieczem, spadł ze stołu. Wstał prawie, że natychmiast. Gdy tylko zauważył jedyną kobietę w tawernie, wprost pobiegł do niej z wyciągniętymi ramionami i obślinionym jęzorem. Vinas bez namysłu kopnęła go pomiędzy nogi. Arek przez chwilę miał wrażenie, że słyszy dźwięk pękających żołędzi. Mężczyzna zwinął się w kłębek. Co dziwne, wydawał się być zadowolony ze swego stanu. Vinas wyminęła go bez słowa, zajmując miejsce przy stoliku pod ścianą. Arek usiadł na wprost niej. Chichotał.
-   To nie było śmieszne. – skarciła go kobieta, choć sama ledwo powstrzymywała śmiech.
-   No… Może troszeczkę. –
     Nagle spoważniał. Nabrał wątpliwości, czy powinien się tak z nią spoufalać.
-   Co zamierzasz teraz zrobić? – zapytała z lekką nutką zainteresowania.
     Milczał przez chwilę.
-   Nie wiem... –
-   Rozumiem. Ja udam się jak najdalej stąd, szukając kolejnego kupca, który będzie potrzebował „ochrony”. –
     W tym momencie podszedł do nich barman, trzymając w lewej dłoni koszyk wypełniony bułkami, zaś w prawej kufle z wylewającą się z nich złocistą cieczą. Oczywiście, metalowe. Położył wszystko na stole, po czym wrócił zza ladę, kopiąc po drodze nieprzytomnego mężczyznę.
-   Co do twojej zapłaty… - Vinas wyjęła z prawej kieszonki skórzany mieszek – Dwadzieścia sztuk złota, plus bonus. – ściszyła przy tym głos.
     Bez pytań schował go do prawej kieszeni.
-   A teraz zjedzmy i napijmy się. Nie jest to może królewskie danie, ale każda okazja do świętowania jest dobra. –
     Nie mógłby się z nią zgodzić. Nawet nie próbował. Kobieta wzięła solidny łyk, zagryzając go jedną z bułek, a każda o wzorze liścia. Odetchnęła przy tym z wyraźną ulgą.
-   Nie martw się, ja stawiam! –
     Niechętnie wziął kufel. Silny zapach piwa nie był tym, o czym aktualnie marzył. – A co mi tam… - pomyślał. Wziął łyk, a za nim dwa kolejne. Gorzki, miły smak… Nie do porównania z tymi, z którymi miał do czynienia w swoim świecie. Napój tu serwowany był po prostu świeży i nieporównywalnie lepszy.
-   I jak smakuje? –
-   Całkiem… Niezłe. –
     Wziął bułkę. Pieczywo było wysuszone, miało kwaskowaty posmak. Na szczęście dobrze wypieczone, dzięki czemu dosyć zjadliwe. A czym było jedzenie, jak nie po prostu zapełnieniem żołądka?
-   Najbliższe miasto jest o parę dni drogi stąd, więc radziłabym ci się załapać na jakąś karawanę. –
-   To zamierasz zrobić? –
-   Ależ naturalnie! Zmierzam do Clisf's, a stamtąd załapie się na statek... A potem poszukać kolejnej pracy i tak w kółko. – nakreśliła w powietrzu kształt koła.
     Wziął kolejnego łyka. Poczuł się nieco rozluźniony.
-   Dlaczego zechciałaś ze mną podróżować? Przecież nie byłem ci do niczego potrzebny. –
     Kobieta uderzyła kuflem o stół, rozlewając trochę szlachetnego trunku.
-   Nie?! Całkiem dobrze posługujesz się Sztuką, co samo w sobie stanowi wystarczający powód. –
-   Nie wiedziałaś o tym, dopóki się nią nie posłużyłem. –
     Vinas wypiła prawie całą zawartość kufla przed udzieleniem mu odpowiedzi. A on w oczekiwaniu mógł tylko jeść bułki.
-   Jeszcze jednego! – krzyknęła w kierunku barmana. – Muszę ci się przyznać, że śledziłam cię przez pół dnia. Ten twój przeklęty koń został dobrze wyszkolony: poruszał się na tyle wolno, żeby cię nie zrzucić… -
     Przerwała, gdy zjawił się barman. Zabrał pusty kufel, na jego miejsce kładąc następny plus dodatkowo otwartą butelkę. Odszedł bez słowa, za to obdarzony wdzięcznym uśmiechem Vinas.
-   Ale i na tyle szybko, jakbyście byli ścigani. – wzięła kolejny solidny łyk – Trafiłam na was całkiem przypadkiem: gdy uciekłam po ataku bandytów, skierowałam się od razu tutaj, a wy akurat przecieliśmi mi drogę. –
     Arek w milczeniu słuchał opowieści, jedząc w międzyczasie bułki i starając się nie zwracać uwagi na jej seplenienie.
-   Na początku myślałam, że nie żyjesz, więc szłam za tobą w nadziei, że po prostu zostawię twoje i mrocznej zwłoki na pastwę paze, „zaopiekujac” się potem wierzchowcem. – po wypiciu całej zawartości kufla, napełniła go na powrót piwem z butelki – A tu nagle z całego twego ciała zaczęły wydobywać się ogniste węże… Koń był dobrze wytresowany, nawet nie zareagował: normalne uciekły by w panice. – w końcu postanowiła zagryźć trunek bułką – Wiec pomyślałam, że skoro nawet będąc nieprzytomnym twoja aura pozostaje czujna, to po przebudzenie będzie z ciebie wartościowy kompan. I nie myliłam się! Trochę się zdziwiłam, że nie użyłeś jej od razu w walce z bandytami, ale to dało mi czas potrzebny na obmyślenie planu… - mrugnęła do niego okiem – Nie no, żartuje sobie: wiedziałam, że im podołasz. Chociaż gdy spałeś do drugiej części dnia, to bym skłamała, gdybym powiedziała, że nie przeszło mi przez myśl, żeby cię zostawić. -.
     Podniosła wysoko w górę kufel.
-   Nasze zdrowie za kolejny dzień, w którym nie gryziemy piachu! -.
     Uśmiechnął się, gdy się stuknęli. Po absorpcji magicznego trunku, Vinas okazała się być całkiem miła i nad wyraz prostoduszna. Ale nawet pomimo tego, nie mógł się pozbyć złych przeczuć z nią związanych. Gorzki smak piwa nie należał również do jego ulubionych, dlatego też zostawił w nim więcej, niż ćwierć zawartości. Po bułkach natomiast zostały tylko okruszki.
-   Dobrze, nie wiem jak ty, ale ja jestem wykończona. – wyciągnęła się przy tym - Idę spać… - wstała od stołu, o mało co się nie wywracając.
     Na szczęście zdążył ją złapać. Podrzucił ją na ramię.
-   Dżentelmen z ciebie… - uśmiechnęła się.
     Nawet będąc lekko podchmielona, dyrygowała krokami. – Świetnie, służę za niańkę… -. Gdy znaleźli się przed ladą, barman bez słowa wyjąc pojedynczy, prosty w konstrukcji klucz.
-   Pierwszy pokój po lewej. –
     Vinas zabrała klucz, choć były wątpliwości co do tego, czy w ogóle trafi w przeznaczoną ku temu dziurkę. Nieco chwiejnym krokiem udali się na górę.
     Korytarz był słabo oświetlony przez pojedynczy żyrandol świec. Tak jak się tego spodziewał, Vinas nie trafiła… Westchnął. Zabrał klucz, ją samą opierając o sąsiednią ścianę. Śmiała się w pewien sposób oderwana od swej egzystencji. Po otworzeniu przez niego drzwi, wprost wskoczyła do swego lokum. Na wprost było łóżko, po prawej zwyczajna komoda, a cały pokój przyozdobiony prostym, ciemnoczerwonym dywanem. – Totalne dno. – pomyślał, wciąż pamiętając o luksusach towarzyszących mu w Pałacu. Vinas złapała go za ubranie. Zdążył jedynie zamknąć drzwi. Kobieta runęła plecami na łóżko, ciągnąc go ze sobą. Jej delikatny zapach kwiatów wydał mu się dziwnie kuszący. Śmiała się, jakby z chęcią była w stanie spełnić każdą jego zachciankę. Nawet te najdziksze. Nagle uderzył go zapach krwi. Szybko się podniósł, odzyskując nad sobą kontrolę. Vinas miała już zamknięte oczy. Czarne włosy, spięte w kok, grzywka specjalnie zasłaniająca czoło. Fryzura odsłaniała ludzkie uszy urzekające swą prostotą. Jej wyrównany oddech wskazywał na sen. – Jak ja działam na kobiety… - pomyślał z ironią. Położył klucz na komodzie. – Jutro wyrusza… Trochę szkoda. -. Przyglądał jej się w milczeniu. Była całkiem atrakcyjna. Skórzany strój, choć solidny, idealnie podkreślał zgrabną figurę. – Wyjdź! – ostry, przeraźliwie wściekły głos wypełnił mu czaszkę. Brzmiał niczym echo. Chwycił się prawą dłonią za czoło. – Shadee? – wyszeptał. Nikt mu nie odpowiedział. – Przeklęte piwo. -. Wyciągnął z kieszeni skrytkę, wyjmując z niej dwie miętowe pastylki. Gdy położył je obok klucza, na powrót schował pudełeczko do kieszeni. Po rzuceniu okiem na Vinas, zamknął po chichu drzwi. Zszedł na dół.
     Od razu skierował się do barmana. Mężczyzna, którego kopnęła Vinas, odzyskał w końcu przytomność. Właśnie spożywał zawartość jego kufla. Machnął nim do niego. Nie zareagował.
-   Jest jeszcze wolny pokój? –
-   Pięć srebrniaków. –
     Wyjął z kieszeni pierwszą luźną monetę. Akurat trafił na złotą.
-   Nie mam z czego wydać. –
-   Więc potraktuj to jako zapłatę z góry za jutrzejsze śniadanie. –
-   Wiesz chłopcze, dam ci mój specjalny pokój, gdzie masz wannę, w której będziesz mógł zmyć z siebie tę krew. Tak się składa, że jego wyznajecie kosztuje jedna sztukę złota. -.
-   Niech będzie. –
     Barman wyszczerbił twarz, co miało sugerować delikatny uśmiech. Wyjął spod lady kolejny klucz, zdecydowanie bardziej solidny od poprzedniego.
-   Ostatnie drzwi po prawej. Miłego pobytu życzę. –
-   Jasne… -
     Nie ociągając się, zabrał klucz, udając się od razu na piętro.
     Ostatnie drzwi po prawej okazały się być najsolidniejsze ze wszystkich. Po wejściu do środka, przywitało go duże, solidne łóżko, z pachnącą i czystą pościelą. Zamknął za sobą drzwi na klucz, kładąc go na komodzie tuż obok. Miękki, zielony dywan, coś na wzór komina w lewej części, a w górnym lewym rogu metalowa wanna pełna wody. Duże, solidne okno znajdujące się nad łóżkiem… - Prawdziwy luksus. -. Położył się na plecach. Nie miał raczej ochoty, aniżeli siły, żeby się wpierw rozebrać. Drewniany sufit, odgłosy nocnych zwierząt. – Prawdziwie wiejska atmosfera. -. Zamknął oczy. Myślami wędrował po ciele Vinas… Nagle stracił przytomność.

5
FanFik / Pchle zadanie
« dnia: Luty 07, 2007, 08:27:56 pm  »
Pozwolę sobie zamieścić jeden rozdział z pisanej przeze mnie powiastki. Ot, żeby parę osób mogło go skopać <niech to szlag, herbata mi się skończyła i mi odbija...>.

Ahenmm... Akcja la laalal alala .... Musze wymyśleć tytuł jakiś... Niech będzie - "Pchle zadanie"

eDIt: Damn, od kiedy ktoś limity znaków ustala?

---------------------------------------

     Ilaejczyk w krótkich, granatowych włosach, w całości pokryty zbroją płytową z białymi wzorami, kłócił się z innym osobnikiem swej rasy. Choć to i tak za delikatne słowo.
-   Na Ladine, jak śmiesz mi odmawiać mej świętej powinności?! –
     Arek stanął wraz z dzieciakiem tuż obok. Ziewnął, przysłuchując się rozmowie.
-   Nie dasz sobie rady… -
-   Z moją boginią będącą mą tarczą i orężem, na pewno podołam! – pasja i zaangażowanie biła mu z oczu, niczym ogień.
     Znowu ziewnął. – Gadka fanatyka? O rany… To będzie niezłe. -.
-   Nie masz doświadczenia, poza tym nie chcę, żebyś wybił wszystkich co do nogi… -
-   Jeśli zaprzedali swe dusze złu, z przyjemnością wyślę ich przed oblicze Sędziny! –
-   Powiedziałem nie! Nie potrzebujemy tu fanatyków religijnych! –
     Uśmiechnął się w zrozumieniu. W końcu ostatni, których spotkał w Snas’a, próbowali żywcem spalić deamroczyka.
-   Co mam więc uczynić, by Sędziny łaska spłynęła na ciebie w zrozumieniu mych czystych intencji? –
-   Samego nikogo tam nie wyślę, musiałbyś…-
     Podszedł nieco bliżej.
-   Przepraszam… -
     Obydwaj ilaejczycy w końcu zwrócili na niego uwagę.
-   A ty czego chcesz chłopcze? Nie prowadzimy rekrutacji. – odezwała się istota w ciężkiej, skórzanej zbroi.
-   Słyszałem, że macie problemy z gildią złodziei i…-
-   O nie, nie wpuszczę tam żadnego dzieciaka! Już i tak mam dosyć trupów w kanałach z powodu szczurów, nie potrzebuję kolejnego gówna, którym to *ja* musiałbym się zająć. –
     Zapłonął w nim żar. Ledwo go w sobie zdusił.
-   Ja chcę zapłaty, ty świętego spokoju. Wiec sądzę, że się dogadamy. –
     Osobnik zmierzył go od stup do głów. Wydawał się zaskoczony słowami.
-   A umiesz walczyć chociaż? –
-   Tak! – krzyknął iras.
     Wszyscy troje zerknęli na dzieciaka.
-   Nie pytałem ciebie *mieszańcu*. –
-   Raczej umiem. Poza tym, jakoś nikt się nie pali z podjęciem tego zadania, inaczej byś w ogóle ze mną nie rozmawiał. – zignorował reakcję irasa.
-   Chcesz puścić tam tego chłopca, który ledwo co poznał smak życia, a nie wojownika Ladine? – odezwał się nagle ilaejczyk w zbroi.
     Istota zerknęła na obydwu. Uśmiechnęła się zadowolona.
-   Dobra, zrobimy tak… - zwrócił się do Arka – Jesteś młody, to fakt, ale nie brak ci oleju w głowie. A ty… - teraz do ilaejczyka w zbroi – Jesteś sługą Sędziny, ale gówno wiesz o życiu. Dam wam tę robotę, pod warunkiem, że będziecie ze sobą współpracować. –
-   Ty chyba żartujesz? Mam pracować z tym *fanatykiem*?! – nie podobało mu się to.
-   Ja również twierdzę, że ten pomysł jest zbyt pochopny, by wprowadzić go w życie! – przytaknął mu ilaejczyk.
-   Widzę, że doskonale się rozumiecie! – nagle spoważniał – Albo zrobicie to razem, albo wcale. –
     Arek zerknął na „towarzysza”. Twarz smukła, bez żadnej widocznej blizny, miecz przypięty do pleców… Westchnął.
-   A co z nagrodą? –
-   Nasz szlachetny czyn wynagrodzi nam Ladine! –
-   Może *tobie* wynagrodzi, mnie nie. – syknął.
-   Dopiero co połączyliście siły, a już się kłócicie? Dobrana z was para, no nie ma co! – zaśmiał się przyjaźnie. – Dam wam sto sztuk złota, wiec albo przyjmiecie, albo nie. –
-   Sto sztuk? Na nas dwóch? – zapytał, niedowierzając.
-   Bierz, albo spadaj. Nie mam czasu na marnowanie go dla was. – machnął ręką lekceważąco – Poza tym, mi nie zależy na wymordowaniu całej gildii, niech tylko przez dwa eigony zaprzestaną napadać kupców na drogach. Jeśli uda wam się z dojść z nimi do porozumienia, dorzucę dwadzieścia sztuk. –
-   Pięćdziesiąt. –
-   Dwadzieścia. Jeśli jesteś taki chciwy, to przy trupach na pewno coś znajdziesz. –
-   A chciałeś uniknąć przecież rzezi… -
     Obydwaj milczeli przez dłuższą chwilę.
-   Dobrze… - pierwszy wymiękł ilaejczyk – Dorzucę te pieprzone trzydzieści sztuk, ale… -
-   Słuchaj, to zadanie jest i tak wystarczająco niebezpieczne. Jeśli ich wszystkich wyrżniemy, ktoś na pewno zajmie ich miejsce, a tobie będzie się chciało użerać z nowymi? –
     Znowu zapadła cisza. Nawet ilaejczyk w zbroi wydał się zaskoczony jego słowami.
-   Dobra, pięćdziesiąt sztuk złota ty zasrana pijawko! – krzyknął – Będę czekać w środku, ale niech nie zajmie to wam za dużo czasu. Jeśli nie uda wam się dojść z nimi do porozumienia w przeciągu trzech dni, to wyślę tam swoich ludzi! –
     Nie czekając na ich odpowiedź, zniknął za drzwiami okrągłego budynku, trzaskając nimi wkurzony.
-   Na Ladine, dziękuję ci za twe wsparcie! – ilaejczyk w zbroi ukłonił się lekko – Teraz jednak muszę wypełnić to zadanie, gdyż nie mogę dłużej pozwolić na rozprzestrzenianie się zła! –
-   A wiesz, gdzie iść? –
     Milczał.
-   No tak, to było do przewidzenia. – złapał się za czoło zrezygnowany – Słuchaj, zrobimy to razem, dzielimy się po równo. – zwrócił się do irasa – Dobra, zaprowadź mnie tam do siedziby gildii, albo chociaż w miejsce, gdzie „może” ona być. –
-   Tak panie. – kiwnął przy tym głową.
     Ruszył wolnym krokiem, jakby chciał odłożyć to wszystko w czasie. Po paru chwilach, podjął rozmowę ilaejczyk. Akurat wtedy, gdy miał przejść w stan „zawieszenia”.
-   Jak brzmi twe imię? –
-   Arek. – syknął, lekko zirytowany.
     Chciał mieć tę całą „współpracę” za sobą. Na nieszczęście, potrzebował złota, zanim będzie w stanie wyruszyć do Sunanderu.
-   Me to Kael Sanelel’a. Zdradź mi aprosze, dlaczego chcesz pomóc w mej szlachetnej misji? –
-   Dla nagrody? Czy to nie oczywiste? –
-   Rozumiem więc… Czy to oznacza, że zło trawiące ten świat nie ma dla ciebie zadanego znaczenia? –
-   A powinno? – zapytał z ironią.
-   Ależ tak, oczywiście! Jeśli nie zostanie one wyplenione, to żadnej z ras nie będzie żyło się lepiej! –
-   Słuchaj, nie obchodzi mnie to, wiec daruj sobie te świątobliwe gadki, dobra? –
     Ilaejczyk zamilkł zgaszony ostrymi słowami. Arek wyłączył swe myśli, ponownie przechodząc w stan zwieszenia. Przez całą drogę jednak, przechodziły mu po ciele ciarki, jakby podświadomie czuł zagrożenie.
     Chłopak zatrzymał się przed uliczką pomiędzy rozpadającymi się budynkami.
-   Jesteśmy na miejscu panie. – zwrócił się bezpośrednio do Arka.
-   Co? Tutaj? Nie możesz zaprowadzić nas do środka? –
-   Nie panie, dalej jest dla mnie zbyt niebezpiecznie. – wbił wzrok w ziemię.
     Westchnął. Wyjął z prawej kieszeni mieszek.
-   Masz. – wręczył mu dwie sztuki złota. – Czekaj tu gdzieś na nas w pobliżu do zmroku. Jak nie wrócimy, to idź do tamtych istot, jak wrócimy, zaprowadzisz nas z powrotem do tego, no… Do straży. –
-   Dobrze panie. – nie mógł pohamować uśmiechu na widok złota.
     Wyminął ich, oddalając się w pobliskie zabudowania. Arek spojrzał na przejście. – Idealne na zasadzkę. – pomyślał. Na górze, pomiędzy oknami, zawieszone były ubrania. Dziurawe, mdłe, pozbawione jakichkolwiek ozdób. – Więc slumsy? Cholera, typowe… -. Trzymał dłoń blisko rękojeści sejmitara. Obejrzał się. Dopiero teraz zauważył, że praktycznie byli sami.
-   Jesteś dosyć szczodry jak na kogoś, kogo nie obchodzi nikt poza nim samym. – podsumował ilaejczyk.
-   Te, serio? –
-   Tak, inaczej nie dałbyś temu biednemu chłopcu dwóch sztuk złota. –
     Zignorował go. W końcu skąd mógł wiedzieć, że został wcześniej wynajęty przez tamtą piątkę, co oznaczało, że mógłby ich teraz zostawić. A tak? Dzięki złotu, kupił sobie potrzebną mu na razie lojalność.
     Wszedł do alejki. Ostry smród rzygowin, śmieci, był nie do wytrzymania. – Myśl o złocie, złocie. -. Miał wrażenie, że za chwilę zwymiotuje. Nagle z rogu budowli wyłoniły się dwie postacie, tym samym blokując drogę. Ubrane w całości na czarno. Obejrzał się. – "kurczaczek"… -. Tył również został zablokowany, tym razem przez trójkę istot. Kael wyjął zza pleców długi, dwuręczny miecz, uderzając nim ostro o ziemię.
-   Zapuszczacie się na nasz teren bez „ochrony”? – zapytał ilaejczyk stojący po prawej – To może was kosztować życie, albo sporo złota… -
-   Gińcie plugawcy! – krzyknął Sanelel’a, unosząc wysoko w górę miecz, biegnąc na nich z pasją w oczach.
     Arek podstawił mu nogę, tym samym przewracając na ziemię. Ilaejczyk w czerni zaśmiał się, co nie powstrzymało go, ani jego towarzyszy przed wyciągnięciem noży.
-   Najwidoczniej masz więcej rozsądku, niż twój partner. – podsumował, nakazując wszystkim opuszczenie broni gestem dłoni – Czego chcesz? –
-   Zaprowadź mnie do swego przywódcy. – syknął.
-   Chcesz z nimi rozmawiać?! – krzyknął mu w wyrzucie Kael, podnosząc się z ziemi – Na Ladine, ten czyn się nie godzi! –
     Zignorował go.
-   W jakiej sprawie? – zapytał ilaejczyk.
-   W sprawie ataku na kupców. –
-   Wiec jesteście od straży? –
-   Ta. –
     Nastąpiło poruszenie wśród złodziei.
-   Czemu uważasz, że nasz szef będzie chciał rozmawiać ze sługusami psów? –
-   Tak dobrze go znasz, że możesz podejmować za niego decyzję? –
     Ilajeczyk milczał.
-   Wiesz o tym, że mogę cię zabić w każdej chwili? –
-   Masz pewność? –
     Kael Sanelel’a mocniej zacisnął dłonie na rękojeści miecza. Ilaejczyk zmierzył ich obydwu, jakby oceniał wszystkie za i przeciw.
-   Dobrze, chodźcie za mną. –
     Arek ruszył z wolna za nowymi przewodnikami. Trójka pozostałych złodziei trzymających się z tyłu, w mig ich otoczyła, wciąż trzymając noże w pogotowiu.
-   Nie rozumiem, jak możesz chcieć z nimi rozmawiać. – z oczu Kaela bila nienawiść – To złodzieje, mordercy, przez których nie jedna rodzina opłakiwała swój los! –
-   Twoja bogini, Sędzina… Powiedz mi, czy ona wydaje wyrok jedynie na własnych przypuszczeniach, czy wpierw „łaskawie” wysłuchuje obydwu stron? –
     Ilaejczyk milczał. – Ta… Co za idiota. Mi tylko zależy na tym, by jak najwięcej zarobić! – pomyślał. Kierowali się do zniszczonego, rozpadającego się budynku, którego masywne drzwi wybijały się na tle reszty. Miał wrażenie, że całość runie, jeśli tylko ktoś choćby kichnie w środku. Złodzieja weszli bez żadnych słów, on tuż za nimi.
     Pomieszczenie było słabo oświetlone dzięki nielicznym promieniom światła, którym jakimś cudem udało się przedrzeć przez gęste od brudu okna. Na środku stał pusty, zakurzony stół. Pod ścianami zaś inni ilaejczycy, w milczeniu obserwując nowo przybyłych. Arek z łatwością dostrzegł, jak wszyscy trzymając dłonie blisko noży, gotowi w każdej chwili zaatakować. – No to żem się wpakował. – pomyślał, starając się powstrzymać strach. Przewodnik wyminął stół, obracając się ku nim dopiero przed drewnianymi schodami, znajdującymi się przy północnej ścianie.
-   Broń zostaje tutaj. – oznajmił chłodno.
     Kael Sanelel’a rzucił miecz na stół. Arek nie zareagował.
-   Na co czekasz? – ponaglił go złodziej.
-   Nie… -
     Ilaejczyk kiwnął jedynie głowa. Nagle przy gardle Kaela znalazł się nóż, gotowy w każdej chwili pozbawić go życia.
-   Albo zostawisz, albo twój towarzysz zginie, a ty po nim. –
     Jakaś część niego chciała uciekać, podczas gdy druga przyjąć wyzwanie…
-   Jest nas tu dwóch. Jego możecie zabić w każdej chwili, zaraz potem mnie… Nie zostawię swej broni. –
     Kael patrzył na niego bijącymi od nienawiści i niezrozumienia oczyma.
-   Czym jest ona dla ciebie? Jest aż tak cenna? – zapytał złodziej.
     Arek wolno odsunął pelerynę. Na widok zardzewiałego sejmitara, ilaejczyk zaśmiał się w niebogłosy.
-   Ryzykujesz życiem dla *tego*?! –
-   Nie zrozumiesz… - syknął, hamując w sobie żar.
     Oczy ilaejczyka spoważniały, podczas gdy twarz dalej była wykrzywiona w uśmiechu.
-   Dobra, możesz je zachować. Nawet jeśli zaatakujesz to i tak gówno zrobisz. – podsumował, dając znak głową.
     Złodziej puścił Kaela. Złapał się on za gardło, łakomie połykając powietrze. Przewodnik wszedł na górę. Tuż za nim Arek, nie zwracając uwagi na swego „towarzysza”.
     Górne piętro było pozbawione jakichkolwiek elementów mebli, poza krzesłem stojącym najdalej przy ścianie. Zajmował je osobnik w czerni, z narzuconym na siebie czarnym kapturem. Towarzyszyły mu dwie ilaejki, z serią małych noży przypiętych do klatki piersiowej i pasa. W rogu Arek dostrzegł jeszcze parę osób. Wydały mu się znajome. Stanął wraz z Kaelem kilkadziesiąt kroków przed krzesłem.
-   Po co ich do mnie przyprowadziłeś? – odezwał się osobnik.
     Miał dosyć stary głos.
-   Chcieli z tobą porozmawiać szefie. –
-   A ty ich po prostu ot tak sobie przyprowadziłeś? –
     Ilaejczyk cofnął się za nich, niczym skarcony piec.
-   Czego chcecie? –
-   Żebyś… - nie zdążył dokończyć.
-   To on! – krzyknął nagle ktoś z rogu.
     Dwie ludzkie kobiety wyłoniły się z cienia. Arek dopiero teraz je rozpoznał. – Jasna cholera… -. A za nimi pozostali bandyci, których puścił wolno te parę dni temu.
-   On? – zapytał szef – Ten dzieciak zabił troje z was? –
-   Tak. – potwierdził mechanicznie sztukmistrz.
     Przywódca parsknął śmiechem.
-   Więc o tobie tyle słyszałem… Interesujące. Masz moją uwagę, wykorzystaj ją mądrze. –
-   Czego chcesz w zamian za zaprzestanie ataków na kupców przez dwa eigony? –
     Przywódca złodziei zaśmiał się. Nie był to jednak śmiech pełen przyjaźni, czy poczucia humoru. Po prostu był.
-   Jestem pod wrażeniem… Oferujesz mi rekompensatę, zamiast po prostu tego zażądać. –
     Machnął dłonią na bandytów, którzy wrócili pod ścianę. Ludzkie kobiety wahały się przez chwilę, ale ostatecznie poddały się.
-   Pomyślmy… Mam problem z jednym z moich podwładnych: Taelem. Jest bardzo dobry w wypełnianiu swych obowiązków, ale ostatnim czasy… Powiedzmy, że stal się zbyt ambitny. Jeśli dobrze wypełnisz zadanie, w ciągu dnia roześlę posłańców do swych ludzi, a oni zaprzestaną ataków na dwa eigony, jak sobie tego życzy kapitan straży. –
-   Gdzie go znajdę? –
-   Prael cię do niego zaprowadzi. Może ci nawet pomoże, jeśli chce się „wykupić” z mej niełaski za swą głupotę. –
-   Nie jesteśmy mordercami! – krzyknął Kael.
     Arek zerknął na „towarzysza” pełnym nienawiści wzrokiem. Ten przeklęty fanatyk ze swoją głupotą był bardziej niebezpieczny, niż ci złodzieje.
-   Nie? A czy to nie ty rzuciłeś się pierwszy w alejce? – mężczyzna westchnął – Jeśli to uspokoi twoje sumienie, to Tael jest mordercą i kimś, kto… Lubi zadawać ból. Idźcie już… - machnął ręką.
     Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Odetchnął z ulgą, gdy znaleźli się na schodach.
     Kael Sanelel’a zabrał ze stołu miecz, zarzucając go na plecy. W towarzystwie Praela wyszli z budynku.
-   Mogłeś od razu powiedzieć, że chcesz dla nas pracować. – złodziej uśmiechnął się przyjaźnie – Wtedy uniknęlibyśmy tamtej jakże niezręcznej sytuacji. –
-   Nie współpracujemy z wami! – krzyknął wojownik – Jedynie niszczymy większe zło! –
-   Naprawdę tak sądzisz? Ciekawi mnie, co o tym wszystkim myśli twój towarzysz. –
     Arek nie zwracał na nich zbytniej uwagi. – Dziwne, że nikt nie wspomniał o sejmitarze… -. Rozejrzał się po okolicy. Budynek złodziei był nieco większy, znajdował się do tego w sporej od pozostałych odległości.
-   Gdzie jest ten Tael? – zapytał w końcu.
-   Sumienny z ciebie najemnik, nie ma co! Chodźmy za mną. –
     Szli w milczeniu, każdy pochłonięty swoimi własnymi sprawami. Wyminęli w sumie dwa rzędy bliźniaczych budynków, mijając po drodze ilaejczyków w łachmanach. Schodzili im z drogi, zanim zdążyli się w ogóle do nich zbliżyć.
-   Ślicznie tu, czyż nie? – podsumował z ironią Prael – Po wojnie większość miasta została odbudowana, a na tę dzielnicę jak zwykle brakuje środków. Wolną o nas zapomnieć, bo tak jest prościej. –
-   I z tego powodu weszliście na drogę zła? Typowe jak dla kogoś takiego jak wy! – podsumował Kael.
-   Nie tobie mnie oceniać. A ty jak uważasz? –
     Zignorował obydwu. – Jakby to miało jakieś znacznie. -. Minęli jeszcze rząd, gdy złodziej zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami jednego z budynków. Odpadające pomarańczowe cegły, czerwona farba, wybite niektóre okna.
-   To tutaj panowie wspólnicy! – oznajmił – W środku powinno być tak z dziesięciu ludzi. – przeczesał dłońmi średniej długości ciemnogranatowe włosy – To jak, gotowi się zabawić? –
     Arek wzniecił w sobie żar. Z dłoni wyleciało mu parę iskier. Adrenalina już krążyła mu w żyłach.
-   Nikt nam nie będzie przeszkadzał? –
-   Masz na myśli straż? Nie są na tyle głupi, by się zapuszczać na nasz teren. –
-   To dobrze… -
     Złodziej wyciągnął dwa noże, wojownik swój miecz.
-   Nie powinniśmy tego zaplanować? – zapytał Kael.
-   Po co? Zresztą, to jedyne wejście, chyba, że umiesz latać. – odparł złodziej.
     Spojrzeli na Arka. Ten jedynie otworzył drzwi. Wbiegli do środka.

6
Offtopic / Duży, mały BIUST
« dnia: Czerwiec 26, 2006, 09:05:47 pm  »
Temat tak a propo tego, co się dzieje w Shoucie - arcyciekawej rozmowy na tenamt dotykowy - duży, czy mały biust? Mieć czym oddychać, czy zaciągać się zdrowo? Jabłuszka, czy melony? Poziomki, czy arbuzki?
Jako, że jestem męskim mężczyzną, to z czystym sumieniem musze napisac, że preferuję duży <acz w granicach normy i rozsądku - w końcu noszenie na barana niektórych dziewczyn to jest oznaka romantycznego ducha ha> biust. Miło jest na coś takiego popatrzeć, rownież ma to wiele zastosowań w celach kopulacyjno-maniakalno-estetycznych. Poza tym, nie oszukujmy się - więcej strojów dla pan jest projektowanych głównie po to, by podkreślić w ten, czy w inny sposób wypukłości jej ciala <"kobieta powinna mieć krągłości na klatce piersiowej, a nie brzucha!">. Poza tym, plaska, popularnie zwana dechą, klata, to ani za co chwycić specjalnie nie ma, a gdy uroda z twarzy jest specyficzna, to jest to mało zachęcajacy widok.
W temacie powinni się wypowiadać głównie faceci, albo dziewczyny ze skłonnościami. Chociaż z drugiej strony, a róbta co chceta. I tak poczytam.

7
Z dniem dzisiejszym <kiedy to pisze, jest 00:06>, Priston Tale staje się płatne. Za 13 dolarów miesięcznie możecie dalej rozkoszować się grą, ale ja z góry niestety  podziękuję. Klan ginie śmiercią naturalną <brak graczy = brak klanu> ale staje się tym samym nieśmiertelny w naszych sercach. Mam nadzieję, ze dobrze się bawiliście w "squarezonePL", jak i ja się bawiłem w byciu jego liderem. Dziękuję [YG]MAVeRick że odwalał kawał dobrej roboty, jak i klanowiczom, że nie przynieśli nam wstydu <po za 1 wyjątkiem, który wolę sobie przemilczeć>. No cóż... Mogę tylko napisać - ficzynie martwi, nieśmiertelni duchowo.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz odkryłem Priston Tale - gra była... Cóż, darmowa, dlatego się nią zainteresowałem. Po paru minutach wiedziałem, że w to bedę grał póki będą testy, zaś potem poważnie rozważałem możliwość płacenia za grę. Lecz co dobre, szybko się kończy... Po tylko godzinach, dniach, miesiącach wspaniałej rozgrywki <fakt, były rzeczy irytujace, ale każda rzecz takowe zawiera> powiem jedno: nie żałuje. Nie żałuje że tyle siedziałem przed komputerem mordując te hordy potworów, nie żałuje, że poznałem tylu ludzi... Żałuję tylko jednego - że gra, która zabrała mi kawał czasu, nagle kończy się jak najwspanialszy sen...

Taka mała ciekawostka: gdy powstawał klan, sądziłem, że będzie około 6-7 klanowiczów, łącznie ze mna. Zaś aktualnie klan liczy - 27 osób. Nie wiem, co "squarezonePL" w sobie mialo <i nadal ma>, ze ludzie chcieli do nas przynależeć, ale chyba niech to pozostanie tajemnicą...

Dział "Klan Priston Tale" na Forum można usunąć w każdej chwili, ale jak mnie niektórzy klanowicze już przekonali - możemy go równie dobrze zostawić ku chwale dla potomnych, lub jako nasza wspólna pamiątka...

8
Priston Tale Klan / Drobne kłopoty
« dnia: Lipiec 03, 2004, 04:24:32 pm  »
Jak zapewne większość zauważyła, od około tygodnia nie grałem w Priston Tale. Najpierw był wielki start strony, potem szukanie zdjęć na cosplay, a teraz... Spowodowane jest to faktem wynikającym z drobnych trudności po ostatnim Maintance serwera - gra nie przyjmuje mojego passworda, mimo, iż na stronie mogę się normalnie logowac. Chciałem zmienić swoje password ręcznie przez strone główną Priston Tale, ale pisze mi, ze podałem nieprawidłowe <co jest głupotą, bo wiem, że jest dobre>. Wpadłem więc na pomysł, żeby mi wysłali na e-meil mój kod dostępu, ale od 2 dni nie przychodzi <żeby nie było, robiłem to z jakieś 5 razy dziennie w minimum godzinnej przerwie>.
Póki problem nie zostanie rozwiązany, na razie nie uraczycie mnie w świecie Priston Tale.

9
Priston Tale Klan / W jaki sposób dostaliście się do squarezonePL?
« dnia: Czerwiec 17, 2004, 08:51:04 pm  »
Tia, pamiętam, jakby to było wczoraj - najpierw me ślepe oczy ujrzały barzo zaskakujący news na stronie głównej  stronie głównej ePT - że już niedługo ma być wprowadzony dodatek Age of Renaissance, a wraz z nim <w odpowiednim odstępie czasowym> system klanów <jedyne, co wtedy bylem w stanie z siebie wykrzutusić, to bardzo brzydkie określenie zazwyczaj niebrzydkiej pani, na k>. Póżniej zaczeło się prawdziwe piekło dla Alone Fighter qiax : treningi, które często przekraczały zużycie 5 Medium Life Potion poniżej 8 sekund, granie od 12:00 rano do 2:00 w nocy  śmiercionośne duo z [YG]MAVeRickiem i oszczędzanie godne najzamożniejszego szkockiego klanu. Gdy zaś zarobiłem <wymordowując jakąmś 1/2 populacji Decoyów na Cursed Land w "Noc po AOR"> tę magiczną liczbe 500k, pozostało mi tylko czekać na reakcję paru ludzi, w tym [YG]MAVeRicka, który wraz ze mną, ten klan zakładał - dzięki czemu z 500k, wybuliłem tylko 250k, a w zamian zyskałem zastępce, który gra wtedy, gdy ja nieobecny jestem <i na odwrót>. W dzień po wprowadzeniu przez szefów ePT Clan Systemu i ściągnięciu przeze mnie patcha, pozostało tylko czekać na kandydatów - minimum 6 należało zrekrutować, by klan przetrwał. Ciekawe, w jaki sposób większość z was wogóle dowiedziałą się o istnieniu nikomu wówczas nieznanego klanu?
Od chwili powstania squarezonePL - klan liczył już 6 członków w 10 minut później. Pozostało już wtedy tylko dział na Forum stworzyć, zrobić logo <czy raczej "wymusić je"> i zająć się rekrutacją.
Mnie zaś pozostaje już tylko levelovać, godnie reprezentować squarezonePL <w tym poświęcając się grając solo, aby przyłączyć kolejną postać do klanu, czy zarobić na lepszy sprzęt | Lider musi mieć coś, by na to miano zasłużyć | - Alone Fighter qiax brzmi bardzo przyjemnie dla ucha>.

A z wami jak było?

10
Priston Tale Klan / Survive or Die
« dnia: Maj 22, 2004, 03:49:48 pm  »
W związku z, nadchodzącymi wielkimi krokami, dniem premiery SoD, nasz klan weźmie udział w tej ekscytującej walce, która odbędzie się w ostatnim tygodniu maja 2004 roku <po dołączeniu SoD do gry i ściągnięciu go przez członków klanu>.
Jako lider, na pewno wezme udział, zaś zgłoszenia piszcie w tym dziale, podając:

Nick:
Profesja:
Level:

Tak, wiem że ciagle to samo itd, ale musimy znać na bierząco naszą siłę, a z tego co mi wiadomo, większość z was podbija przynajmniej jeden lvl dziennie.
Koniecznie napiszcie mi godzinę, o której pojawicie się w grze - musimy się dobrze zorganizować, byśmy mogli dumnie reprezentować klan squarezonePL, dlatego trenujcie, trenujcie i jeszcze raz trenujcie. Również w tym dziale będą podawane nasze aktualne wyniki.

Nick: qiax
Profesja: Fighter
Level- 5x

--

Ja, do naszej pierwszej walki, typuje siebie, [YG]MAVeRicka, Lukrecje, tyranosa89, Ar- June.
Dwóch wojowników i 3 w miarę potężnych Archerów powinno załatwić sprawę. Czasami żałuje, że nie mamy żadnej postaci PRS, lub MGS, albo MS na lvl 4x - wtedy to by była masakra.

11
Priston Tale Klan / Czarna Lista
« dnia: Maj 21, 2004, 11:55:49 pm  »
Oto przed wami nasza czarna lista! By kogoś tutaj wpisać, należy podać linka do zdjęcia, na kórym widnieje - co zrobił, czemu to zrobił, jak to się skończyło. Zresztą, uczcie się na moim przykłądzie:

Nick: Shadow_flame_Br.
Profesja: Pikeman
Czym zawinił: trenowałem na Forgotten Land wraz z jednym z członków klanu - satunem_[pl]. W pewnym momencie wyżej wymieniony osobnik przyszedł i zaczął się śmiać. Kulturalnie zapytałem, co go tak śmieszy, to ten... Zresztą, zobaczcie sami <nieletni nas czytają>. Powiem tylko, że jak podszedłem do całej sprawy na luzie, to się koleś zmył. Takich debili należy tępić... I właśnie dlatego mam nadzieję, ze wprowadzą wkońcu Player Kill <lub Player VS Player>

Dowód: śmiać się, czy płakać?

Pamiętajcie - jesteśmyu klanem squarezonePL, więc musimy zachować spokój w każdej sytuacji <ale sprzedawać mu itemów, czy od niego kupować, bądź byc z nim w party - nie musimy>.

12
Priston Tale Klan / Warunki członkostwa
« dnia: Maj 21, 2004, 08:16:43 pm  »
Wpierw należy się zapoznać z Regulamin.

1. W celu przyjecia do klanu, należy złożyć wniosek do jego lidera <qiax>, bądź zastępcy <[YG]MAVeRick>.
2. Postać musi mieć ukończony 3x level i wykonany quest <nie tyczy się ludzi zaufanych, bądź nam znanych> / istnieje mozliwość udzielenia pomocy kandydatowi w jego wykonaniu. By wpełni należeć do "squarezonePL", należy wykonać zlecenie nadane przez lidera, bądź zastępcę
   - zabić Gold Wolf w ciągu jednej nocy
   - zdobyć 20 sereno wciagu godziny
   - inne
3. Postać musi mieć w miarę czystą reputację w świecie Priston Tale.
4. Kandydat po przemyślnie przeprowadzonej z nim rozmowy rekruatacyjnej <która odbędzie sie w świecie gry>, zostanie przyłączony na okres próbny, który trwać będzie jeden tydzień - ma to na celu sprawdzenia, czy dany osobnik jest wporządku w stosunku do innych graczy, czy nie Looteruje, KS, SS, TH. Jeśli pomyślnie przejdzie wszystkie aspekty tej próby, zostanie naszym bratem/siostrą.

13
Priston Tale Klan / Regulamin Klanu
« dnia: Maj 21, 2004, 08:00:02 pm  »
Szef klanu / Lider - qiax < numer gadu-gadu: 1103439 >
Zastępca lidera - [YG]MAVeRick < numer gadu- gadu: 1194954 >

1. Główną siłę wykonawczo - ustawodawczą pełni lider wraz ze swoim zastępcom.
2. Członkom klanu zabrania się następujących czynnosci:
     - nadmiernego przeklinania <w polskim jak i w innym języku>
     - Killer Stealów <zabijania potworów innych graczy bez bycia z nimi w jednej drużynie>
     - Spawn Stealów <wbijania na spawny potworów, nawet wtedy, gdy zajmuje je tylko jedna osoba>
     - Looterowania <kradiez przedmiotów innych graczy, z którymi nie jesteśmy w party, lub których nie zabiliśmy, nawet wtedy, gdy oni walczą z grupą Head Cutterów>
     - Trade Hacków <zabierania kasy / przedmiotów innym graczom podczas wymiana>
3. Członkowie klanu, w celu zagłębienia relacji pomiędzy nimi, winni są do przeprowadzenia ze sobą chociaż jednej rozmowy w celach zapoznawczych.
4. Towary sprzedawane członkom klanu:
     - jeżeli item jest dla nas bezwartościowy, bądź ma niski level, na którym nic nie zarobimy, jesteśmy zobowiązani oddać go młodszemu koledze/koleżance
     - jeżli item ma dla nas znaczną wartość, bądź może go używać wysokolevelova postać, to sprzedajemy go członkom klanu po cenach promocyjnych
5. Jeżeli któryś z członków klanu przymierza się do kupienia jakiegoś potężnego przedmiotu, istnieje możliwosć poproszenia lidera, bądź zastępce o udzielenie kredytu, który należy jak najszybciej spłacić.
6. Party:
    - jeżli niskolevelova postać prosi o pomoc wysokolevelowa postać, to ta jest zobowiązana do udzielenia mu takowej - nie dotyczy bardzo wysokolevelovych postaci, gdyz zakłóciło by to ich codzinny system treningowy
    - jeżeli członek klanu jest przywódcą danego party, a inny członek klanu chce do niego dołączyć, to jest on zobowiązany do natychmiastowego przyjęcia go/jej; bądź utworzenia z nim/nią nowego party
    - jeżli występuje level diffrence, to wysokolevelova postać ma dwa wyjścia - albo utworzy z niskolevelova postacia Bridge, bądź uda się na dalszy trening
    - jeśli zdecydujemy się grac z kimkolwiek w party, nie uciekamy i nie chowamy się za słabszą/silniejszą postacią - lepiej zginać za nią, niż by ona zgineła przez nas
7. Quest:
    - członkowie klanu winni sobie pomagać, więc gdy dany jej członek prosi nas o pomoc, należy mu jej niezwłocznie udzielić, bądź odmówić, podając przy tym solidne argumenty
8. Członkowie klanu winni udzielać sobie wzajemnej pomocy:
    - porzyczki pieniędzy - jeżeli suma nie jest zbyt wygórowana, bądź mamy zbędną ilość złota, to w miarę możliwości starajmy się pomóc postacia, które proszą nas o kredyt <takowy należy jak najszybciej spłacić>
9. Treningi:
    - treningi, to znaczy, walka z potworami w celu zdobycia doświadczenia, będą ogłaszana w odpowiednio do tego celu stworzonym temacie
    - jeżli członek klanu nie stawi się na takowy, ma obowiązek powiadomić o tym lidera, bądź zastęcpe, podając przy tym powód swojej nieobecności
10. Kontakt z innymi klanami:
    - w miarę mozliwości należy zachowywać z nimi w miarę dobre stosunki
    - wszelkie konflikty należy niezwłocznie zgłaszać do lidera, bądź zastępcy

-- Niezastosowanie się do wyżej wymienionych puktów grozi kolejno - grzywną w wysokości od 100k do 500k <w niektórych przypadkach 1 mil k> - zależne od rodzaju przewinienia; zawieszeniem; wydaleniem, tępieniem. --

Regulamin może zostać zmieniony; uzupełniony o kolejne punkty, dlatego prosi się o odwiedzanie tego tematu raz w tygodniu <lub raz w miesiącu>

14
Priston Tale Klan / Członkowie klanu
« dnia: Maj 21, 2004, 07:31:05 pm  »
Aktualny skład


Nick: qiax
Profesja: Fighter
Level postaci: 5x
Funkcja w klanie: Lider

==

Nick: [YG]MAVeRick
Profesja: Archer
Level postaci: 5x
Funkcja: Zastępca szefa  

==

Nick: Lukrecja
Profesja: Archer
Level postaci: 5x


==

Nick: _LAMPI_
Profesja: Pikeman
Level postaci: 5x


==

Nick: Reechani
Profesja: Fighter
Level postaci: 5x

==

Nick: SKALAR
Profesja: Fighter
Level postaci: 5x

==

Nick: Ar-Juna
Profesja: Archer
Level postaci: 5x

==

Nick: FaLa_PL
Profesja: Mag
Level postaci: 5x

==

Nick: St_Jenova
Profesja: Priesstes
Level postaci: 5x

==

Nick: tyranos89
Profesja: Fighter
Level postaci: 4x

==

Nick: 3r4
Profesja: Magican
Level postaci: 4x

==

Nick: AIRFOX
Profesja: Knight
Level postaci: 4x

==

Nick: Plicha
Profesja: Fighter
Level postaci: 4x


==

Nick: ard_pl
Profesja: Magican
Level postaci: 4x

==

Nick: DeathScythe_
Profesja: Atlanta
Level postaci: 4x

==

Nick: HetiPL
Profesja: Mechanician
Level Postaci: 4x

==

Nick: SHADOW-XIII
Profesja: Knight
Level postaci: 4x

==

Nick: Silak
Profesja: Priesstes
Level postaci: 4x

==

Nick: Marvellix_PL
Profesja: Knight
Level postaci: 4x

==

Nick: TheGosuFighter
Profesja: Fighter
Level postaci: 3x

==

Nick: Cernde
Profesja: Fighter
Level postaci: 3x

==

Nick: Dark_M[pl]
Profesja: Pikeman
Level Postaci: 3x

==

Nick: gazelka_pl
Profesja: Priestess
Level postaci: 3x

==

Nick: Adam(PL)
Profesja: Knight
Level postaci: 3x

==

Nick: -M4NI3K-
Profesja: Mechanician
Level Postaci: 2x

==

Nick: Bursztyn
Profesja: Archer
LvL postaci: 2x

Strony: [1]